Wychodzi się na swoje, czy nie?

WYCHODZI SIĘ NA SWOJE, CZY NIE?

Obsługiwałem angielskiego króla Bohumiła Hrabala w Teatrze Nowym im. Tadeusza Łomnickiegow Poznaniu.

To właściwie nie pytanie lecz po części nagląca życiowa maksyma, co zdaje się patronować w życiu bohaterom Bohumila Hrabala. Mniej u niego mówi się o dobrych czy złych ludziach – są ci, którym się udało, i którym się nie udało. Tacy, którzy mieli szczęście, i których to ominęło. A pomyłka, złe obliczenie, może się zdarzyć każdemu, ważne, jeśli ten, który się pilnuje, umie grać o swoje, kiedy ty byś już na to nie liczył – i tego nikt nie zlekceważy. Komu wtedy sądzić, oceniać? I jak? Na co by się to przydało? Jedno wydaje się pewne, opowieść Hrabala o ludzkim świecie to mocny prysznic budzący z podniosłych wyobrażeń, którymi się człowiek przyodziewa z wielkim zadowoleniem, mimo że bardzo różnie to się kończy. Czy kiedykolwiek dobrze? Na to Hrabal pewno by się uśmiechnął i spojrzał spod oka: kto to za jeden, co tak pyta.
Nie ma innej rady, trzeba powiedzieć wprost: to świat pozbawiony sacrum. O żadnej świętości, o niczym co ponad nami, takimi jakimi jesteśmy – się nie mówi, za niczym takim nie tęskni. I człowiek z dziwną przyjemnością przyznaje się do tego, wręcz niekiedy zuchwale. Jak mówi bohater Obsługiwałem angielskiego króla, Jan Dziecię, jego życie to usługiwanie. O czym więc jeszcze sam miałby stanowić i w imię czego? Potrząśnie co najwyżej kieszenią, że jest w nienajgorszym stanie, jeśli mu akurat skapnęło. I nie będzie taki ukrywał zadowolenia, że wymyka się ocenom, sądom – bo kto wie, co by przyniosły. I to chyba najlepszy sposób, aby poczuć się wolnym w życiu, które tak chętnie tej wolności nam odmawia? Żadnych powodów do dramatu postaw, sił sobie przeciwstawnych, prowadzących bezkompromisową walkę. Pozostaje najbliższa bohaterowi realność: opowiedzieć o swoim losie, czy się udało: zdobyć, przeżyć – skoro mus taki człowieka najdzie, a przecież stale coś człowieka nachodzi. Jest tylko pytanie: czy potrafimy z bliska na siebie spojrzeć? A mamy z tym chyba spory problem.
Powinno więc być to opowiadanie o sobie, jak o kimś innym, żeby stać było człowieka na konieczny dystans, aby mówić „na luzie”, bez minoderii, takiej czy innej zgrywy. Czyli musi być dwóch, choć o jednej osobie mowa. To punkt wyjścia do adaptacji powieści Hrabala i reżyser poznańskiego przedstawienia, Piotr Cieślak, taki przyjął. Dodajmy, że bohater mówi o swoim życiu po kilkudziesięciu latach, ta perspektywa tym bardziej uzasadnia fizyczne rozdwojenie postaci. A w tle mamy oczywiste pytanie, jak Jan Dziecię I (Michał Grudziński) widzi swój związek z sobą – młodym, kiedy dokonywały się wydarzenia stanowiące o jego losie. Myślę, że Aktor odsłonił nam złożoność tej subtelnej relacji, a w istocie, mówiąc wprost, te grę Jana Dziecię z własną pamięcią. Jest tu pełna akceptacja ale i zakłopotanie sobą, momentami wręcz bezradność, by za chwilę wyrozumiałość i to życzliwa, mogła ukryć wszystko za uśmiechem dyskrecji, bo kto by chciał tracić kontakt ze sobą, być w absolutnej niezgodzie na dłużej. W końcu ten rys dwuznaczności w prozie Hrabala ukryty głębiej, niejako przesłonięty narzucającym się jej plebejskim charakterem, znalazł tutaj w obrazie teatralnym swoje wyraźne, namacalne uwidocznienie. Postać, którą kreuje Grudziński, zdaje się podsuwać istotną myśl, że nie wszystko stało się w jej życiu tak jak by mogło. A na ile nie? Nie próbuje tego oceniać definitywnie, jeśli sądzić po tym, z jaką wstrzemięźliwością, wręcz sceptycyzmem przygląda się sobie.
Bo też los Jana Dziecię, którego sensu on dochodzi, to nieustająca szkoła życia, czyli po prostu samo życie, zaskakujące nagłymi odmianami, nieprzewidzianymi zwrotami. Jest wobec nich, rzeczywiście – jak dziecię. Nie bez powodu Hrabal tak go nazwał. A my przypominamy sobie pierwszą scenę przedstawienia, kiedy odsłania się nam ciemny nieboskłon a w jego przepastnym mroku samotne, drgające i wykonujące nieokreślone ruchy światełka – żarówki (scenografia Szymon Gaszczyński). Podobnie dzieje się potem z młodym Janem Dziecię II (Grzegorz Gołaszewski), bo jest w jego losie coś z niemożliwego do uniknięcia błądzenia w morzu przypadków – i pytanie jedno: gdzie go to ciemne morze wyrzuci? Odpowiedź zaczyna się poniekąd już od samego początku, od sprzedaży serdelków na dworcu, gdzie wysyła go szef restauracji (Paweł Binkowski) jeszcze jako pikolaka i już tam ujawnia się to, co popycha go mocno do przodu – spryt, i właśnie: przypadek. A w jego wypadku znaczyło to: tak je sprzedawać spieszącym do pociągu, aby nie mógł zdążyć im wydać reszty. To ten spryt, to jak najlepsze usługiwanie przede wszystkim sobie, zwraca uwagę, budzi sympatię u oszukanego, ale bogatego, Waldena (Zbigniew Grochal), dzięki którego protekcji ląduje w lokalu wyższej kategorii i to od razu w Pradze. Ale to dopiero początek. Przychodzą pierwsze pieniądze, takie że można już iść do przybytku uciech. Tu piękna sekwencja przedstawienia, bo Jaruszka (Oksana Pryjmak) i Jan Dziecię II Gołaszewskiego, ich pragnienie przeżycia czegoś więcej, niż taki przybytek ma w swej ofercie. I wreszcie, faktyczna intensywność tego przeżycia, co stało się faktem u obojga, przemienia na naszych oczach ich seks w coś znacznie więcej. Chociaż są to chwile, i tym to zbliżenie dla nich pozostanie, jednak Jaruszka oddaje potem dwieście koron, które Jan Dziecię II dla niej zostawił. Chce w sobie innego miejsca dla tego, co zaszło między nimi. Świadectwem wewnętrznego wyzwolenia, jakie przyniosło jej to przeżycie, staje się moment kiedy na oczach innych pełna euforii wylewa sobie na głowę butelkę czegoś, co ma akurat pod ręką. (Od razu przypomina się scena kobiecego aktu Anny Sandowicz w Złodziejach z Teatru Polskiego, którym Aktorka także wychodzi poza stereotyp erotyczny, przydając scenie swej nagości głęboko ludzki wyraz – wspominam o tym, bo widać w obu poznańskich teatrach dramatycznych dążenie, aby wyjść poza na ogół jednoznaczny i dość prostacki sposób traktowania nagości i seksu).
W Pradze edukacja zawodowa i życiowa Jana Dziecię II nabiera rozmachu. Choć sceny związane z erotyczną przygodą Prezydenta (Paweł Hadyński), czy wizytą egzotycznego Cesarza Abisynii, nie są aż tak teatralnie ciekawe, jakby zapowiadała sama polityczna wyjątkowość pierwszej, czy geograficzna egzotyka drugiej. (Ta druga usytuowana za bardzo w głębi sceny, jak sądzę, sporo traci z tego powodu na sile wyrazu). Szczególną uwagę przyciąga Brandejs – kolejny szef grany przez Pawła Binkowskiego – swoją rzeczową wręcz intrygująca postawą, jakby było w nim coś ze zwierzęcego automatu. Nauki jakich udziela Skowronek (Aleksander Machalica) w zakresie rozpoznawania upodobań gości restauracyjnych, z ich dolegliwościami chorobowymi włącznie, stają się chwilami prawdziwego teatru, gdzie Aktor, choć stoi przy pierwszym rzędzie, nie na scenie, a jednak zdaje się ogarniać całą widownię, włączając nas w ten specjalny rodzaj profesjonalnego dyskursu kelnera, w którym zyskuje dziwną władzę, można tak powiedzieć, robienia z niczego coś. Nie zapomnimy też o Rajskiej i Cichym kąciku, gdzie Dziewczyny pląsają wokół Panów, oplatając ich niczym wodne rośliny, a jeden z nich (Andrzej Lajborek) jest aż półprzytomny z tych przyjemności, natomiast drugi, Generał (Tadeusz Drzewiecki) otrząsa się chwilami, warknąwszy raz po raz, jakby chciał przyprowadzić wszystko do porządku, którego nigdy tam nie było.
Po Anschlussu Austrii zainteresowanie Niemiec kieruje się ku Czechosłowacji i odtąd obroty historii zaczynają przypominać karuzelę. Jan Dziecię widzi swoje życie coraz bardziej z takiej perspektywy. My widzowie w ślad za nim. Na naszych oczach rysuje się jakby błędny, rzec można, chaotyczny bieg zdarzeń całkowicie sobie przeciwnych, tłoczących się jednak i splątanych jak w miłosnym związku przypadków, które choć z samej swej natury sobie obce, w pewnych okolicznościach przychodzi do ich splątania stosunkowo łatwo. A poza tym staje się jasne, że istotne jest to, żeby przetrwać. Pojawia się akurat rezolutna, pewna siebie i niefrasobliwa Liza (Edyta Łukaszewska) i od razu pozyskuje Jana Dziecię II dla siebie. Będąc Niemką rujnuje początkowo jego karierę jako kelnera, bo kelnerska brać z szefem włącznie odwraca się od niego. Ale gdy Niemcy wkraczają, zaczyna być od razu do przodu. Ona dostrzega jego niebieskie oczy, a on odnajduje swojego niemieckiego przodka. Mogą mieć nawet dziecko, ale jako niedorozwinięte nie będzie nigdy świadkiem przeciwko niemu, tym bardziej, że nie przeżyje. Ważne okazało się co innego. Liza przywozi mu z Polski cenne znaczki z pożydowskiego mienia, które po wojnie sprzedane za duże pieniądze, pozwolą mu wreszcie zrobić krok decydujący w kierunku wymarzonego hotelu. Chociaż przez pomyłkę gestapowca zostaje wysłany do obozu koncentracyjnego to wraca po wojnie w glorii więźnia. Nie nacieszył się jednak długo hotelem. Kolejna przewrotka: przychodzi socjalizm. Traci hotel, jednak dawny kolega, kelner, jest w nowych władzach i to ratuje go przed obozem dla milionerów. Sam się jednak potem zgłasza do takiego obozu, nie chce tracić tego, co go naznaczało określoną przynależnością, co cenił sobie od młodości: pieniądze. Ale życie jest bez litości, karczuje ślady jakiegokolwiek nacechowania jego jako istoty ludzkiej, rozciera je w nim na zero: obóz dla milionerów po prostu likwidują. Nie może być nawet poszkodowanym, czy prześladowanym. Gdzie właściwie należy? Gdzie jest zapisany? Zostaje praca na wygnaniu przy obróbce drzewa wśród ludzi najróżniejszych zawodów, ludzi wytrąconych z kolein swego życia. Taki los wspólny jest co najwyżej Cyganom. Jest tam także Profesor (Janusz Grenda) jedynie tylko złorzeczący, nic innego mu nie pozostało. Reżyser w tej końcowej części wyraźnie przyspiesza dokonywanie się kolejnych odmian jego losu, co odbywa się pewnym kosztem ich teatralnej wyrazistości, ale jest w tym szczególny sens. Mamy wtedy namacalne wrażenie, iż Jan Dziecię nie ma już szans na przeżywania kolei życia, a i my, widzowie także: śledzący je, zmieniające się na naszych oczach jak w kalejdoskopie. On z konieczności po prostu bardziej się prześlizguje w życiu, niż może je przeżywać serio, do dna. Nic tu nie sprzyja, aby zakorzenić się, czy swą radością, gdyby się przydarzyła, czy doświadczaniem cierpienia, zła. W końcu pozostaje jedynie obła rzeczywistość, czyli w istocie wygnanie zewsząd.
Czego więc Jan Dziecię miałby sobie życzyć? Nie ma dla niego żadnego sacrum, ku któremu można by się zwrócić, do niego się odwołać. Pozostaje mu jedno: to niewiarygodne. Mówi to sobie w ostatnim monologu: Jeśli będzie pochowany na górze, na dziale wodnym, to resztki jakie z niego zostaną mogą kiedyś popłynąć Dunajem przez morze Śródziemne i z drugiej strony na północ, Renem przez morze Północne, by spotkać się w Oceanie Atlantyckim – i będzie tam wszędzie i wszystkim. Nie ma już wówczas żadnego problemu z dzieleniem czegokolwiek na wyższe i niższe, co by ocalić, a z czym się rozstać na wieczna stratę. A więc jeśli nie ma sacrum, to musi być Niewiarygodne. Tylko to zostało. Inaczej nie dajemy rady ze swymi myślami – co z nimi zrobić? Sądzę, że udało się, choć z oporami, znaleźć drogę do bezwzględnej i tak konsekwentnej w swej bezwzględności myśli Bohumila Hrabala, abyśmy mogli tę myśl zrozumieć.

Obsługiwałem angielskiego króla Bohumil Hrabal Teatr Nowy im. Tadeusza Łomnickiego w Poznaniu.
Przekład: Jan Stachowski; adaptacja i reżyseria: Piotr Cieślak; scenografia i kostiumy: Szymon Gaszczyński; muzyka: Abel Korzeniowski; konsultacja muzyczna: Maciej Makowski; reżyseria świateł: Prot Jarnuszkiewicz; choreografia: Jarosław Staniek; asystentka choreografa: Marta Szumieł; inspicjent, asystent reżysera: Hanna Kujawiak.
Premiera 22 października 2011 roku