Wina trochę niewinna

WINA TROCHĘ NIEWINNA

Dwunastu gniewnych ludzi Reginalda Rose’a w Teatrze Nowym im. Tadeusza Łomnickiego w Poznaniu. Szkic ukazał się również w czerwcowym miesięczniku „Odra”.

Orzec o winie? To problem fundamentalny. Człowiek nie ma nad sobą instancji, która by go wsparła lub mogła zastąpić. Problem staje się tym bardziej fundamentalny, kiedy nie orzeka sędzia przygotowany zawodowo (powiedziałbym że „uzbrojony”, czy wręcz „opancerzony” w stosowne kodeksy), lecz sąd przysięgłych ławników osądzający oskarżonego w oparciu o swą wiedzę, życiowe doświadczenie, a właściwie o to – jakimi są ludźmi. Tak jest w scenariuszu Reginalda Rose’a, na podstawie którego powstał film Sidney’a Lumeta (1957). To oni, osądzający oskarżonego, stają się postaciami pierwszoplanowymi i poddani zostają wielkiej próbie człowieczeństwa.
Film Lumeta wprowadza nas w gęstwę zachowań i mini relacji błyskawicznie ustępujących jedna drugiej, gdzie kamera filmowa potęguje ekspresję, przechodząc od planu ogólnego pokoju, gdzie odbywa się posiedzenie, po obserwację postaci, twarzy, czy innych fragmentów, których szczegółowość tworzy barwnie mieniący się obraz, choć to film czarno-biały. W tej dramatycznej grze splatających się ludzkich chwilowych zaistnień, rozcieńcza się problem, ginie namysł nad nim ławników, choć wiadomo, że chodzi o śmierć lub życie oskarżonego. Przeraźliwa i właściwie okrutna prawda o człowieku po trosze skrywa się w obrazie utkanym z mnogości dramatycznych szczegółów. Dopiero przedostatnia scena, nagle refleksyjna, gorzka w swym wyrazie, powiedziałbym że syntetyzuje. Ale to tylko moment. Przysięgły nr 8 (Henry Fonda) wychodząc jeszcze spogląda na pokój, na odsunięte puste krzesła, na pustkę w ogóle, którą to wnętrze emanuje. To jakby drugie dno zwycięstwa czy triumfu Ósemki; ta pustka wydaje się, że najlepiej zapamiętała, co się tam naprawdę działo. Dlatego nie mogła być ta chwila ostatnią sceną filmu, kultura masowa ma swoje prawa, których się nie lekceważy (w teatrze i w literaturze jest to jeszcze – pewno na razie – możliwe, żeby te prawa masowej kultury nie rządziły). Kiedy Ósemka wychodzi z gmachu sądu, wraca nagle do niego Przysięgły nr 9 (pierwszy, który poparł jego wniosek by uniewinnić, bo są wątpliwości) i pełen uznania, ściska mu dłoń. Przypomina, że to jednak zwycięstwo i to głównie dzięki niemu, Ósemce. Wybitny i przede wszystkim bardzo popularny aktor, jakim był Fonda, nie bardzo inaczej może kończyć, musi być przydana gloria i twórca filmu o to zadbał.
W teatrze można postawić przysłowiową mocną kropkę nad „i” – nie tylko przemycać gorzką prawdę, lecz właśnie w oparciu o nią budować całe przedstawienie od podstaw. W poznańskiej teatralnej realizacji scenariusza Rose’a reżyser, Radosław Rychcik, tak właśnie postąpił. (Koniecznie pamiętajmy o celnym tłumaczeniu dialogów i dramaturgii Jana Czaplińskiego, która to umożliwiła). Reżyser wykorzystuje szczególny walor przestrzeni scenicznej naznaczonej także i przez nas, widzów, swym oczekiwaniem. Stąd owe ciążenie przestrzeni scenicznej do metaforyzacji. Dzięki temu, Reżyser buduje symboliczną ramę, z której nikt z owych dwunastu gniewnych się nie wyłamie, choć będą się w niej zawsze przełamywać z drugim, czy ze sobą samym. Ta rama nieustępliwa to ich marszruta, powtarzana, jak niewola, w tę i z powrotem, z głębi tylnego planu sceny prosto do mikrofonu na proscenium, który ma tu każdy z nich dla siebie, jako ten wreszcie własny głos. Trwa więc ta nieustająca przez całe przedstawienie wędrówka ze swego jeszcze wewnętrznego nieujawnienia w głębi (i odpowiadającego mu na tylnym planie lekkiego scenicznego przyciemnienia), aż po ów moment zaistnienia już publicznego. Powtarzanie marszruty przez całe przedstawienie grozi monotonią i osłabieniem ekspresji (i to momentami się czuje, ale tak jest z reguły zawsze na styku przestrzeni symbolicznej i traktowanej realistycznie). Jednak nieustanne przełamywanie się scenicznego dziania w plan realistyczny, gdzie postaci walczą każda o swoje, przydaje teatralnej wyrazistości, przynosi każdorazowo świeże, mocne uderzenie ekspresji i jest tak na przestrzeni całego przedstawienia wielokrotnie, można powiedzieć, że to jego teatralna uroda.
Wróćmy jednak do problemu, do postaci, które walczą każda po swojemu i o swoje, tak że pamięć o oskarżonym, o którego losie przecież właśnie decydują, zaciera im się, chwilami zupełnie znika z pola widzenia. Niby trzymają się tej swej żmudnej marszruty lecz, co rusz, coś ich z niej wykoleja. I widzimy jak Przysięgły nr 6 (Mariusz Puchalski) pada i płacze. Zagubił się na krótko w swej słabości, by odzyskawszy siły, zorganizować się jako tako i dotrzeć do mikrofonu, wypowiedzieć się. Obok przy mikrofonie tkwi nieruchomo przez jakiś czas Przysięgły nr 11 (Cezary Łukaszewicz) milczący, ale czujny, by rozeznać się w rzeczywistości, w której jest dopiero od niedawna, o czym inni mu przypominają, a on wybucha w końcu, jakby brał na sobie samym rewanż za nieobecność w dyskusji, wykolejając się ze swej marszruty. Przysięgły nr 5 (Mariusz Zaniewski) jąkała, któremu do głosu przyjść trudno, dość szybko stanie po stronie oskarżonego, bo rozumie, co to jest doświadczyć przykrego losu, od którego nie ma wyzwolenia. A Przewodniczący (Michał Kocurek) z racji swej roli musi być nijaki, bo jak inaczej sprawiedliwie, po równo wszystkich traktować, czyli im dogodzić? Przysięgły nr 10 (Andrzej Lajborek) wie jacy są ludzie, nikt mu nic nie powie, nie zamąci, to on gotowy każdemu mocno przypomnieć, jak by zasłużył, a zasługują! – i patrzy odpowiednio ciężkim wzrokiem, a nawet skłonny jest do fizycznej interwencji na rzecz swej racji, bo tak naprawdę nie ma innej, nie potrafiłby pomyśleć inaczej. Przysięgły nr 2 (Grzegorz Gołaszewski) nie znajduje w sobie niczego, co by przysposabiało do roli, w której jest pierwszy raz i na podłodze zostały resztki maskotki zmiętej w rękach, kiedy bezradnie oglądał się na innych, szukając wsparcia, by zdecydować o swoim stanowisku: winny, niewinny… Przysięgły Nr 12 (Janusz Andrzejewski) pogodny, zdystansowany do tego stopnia, że nic nie jest w stanie wyrwać go z dobrego samopoczucia – które chroni przed wszystkim – nie ma niczego, co mogłoby je zakłócić i dlatego dość swobodnie, nie jeden raz, potrafi zmieniać zdanie o winie i niewinności oskarżonego. Przysięgły nr 7 (Tadeusz Drzewiecki) mówi krótko, prosto, lecz dobitnie, bo co tu gadać, wszystko wiadomo: winny; a tymczasem mecz ukochanej drużyny ucieka. Przysięgły nr 4 (Zbigniew Grochal) powściągliwy w reakcjach, bo ufa swemu rozsądkowi uznającemu tylko fakty; więc choć bardzo długo trwa przy swojej racji, kiedy fakt okazuje się dowodem wątpliwym, pełen godności ma tyle szacunku dla siebie, by wycofać się z osądu, choć tak długo przy nim pozostawał. Przysięgły nr 9 (Wojciech Deneka) wewnętrznie jakby skręcony, niepewny swej obecności, odsuwający siebie na margines, chyba z racji wieku, ma dzięki temu dystans do szybkiego i jednoznacznego akceptowania winy oskarżonego i pierwszy łamie wspólny front większości, stając po stronie Przysięgłego nr 8 (Mateusz Ławrynowicz). W filmie Lumeta to ów spiritus movens, szlachetny, opatrznościowy mąż ratujący wizerunek sądu przysięgłych. W poznańskiej realizacji Reżyser jest konsekwentny, Ósemka to nie szlachetny humanista „wyrastający ponad poziomy” – jest tylko młodym, niecierpliwym buntownikiem, w którym „gra” biologia, jego zuchwałe, czupurne ego potrzebujące, gdzie się tylko da przeciwnika, by, oczywiście, znaleźć potwierdzenie siebie samego.
Zaczyna się jak najbardziej prozaicznie. Kiedy padają po kolei owe: winny, winny, winny… to on ma po prostu dość i kiedy przychodzi na niego kolej, mówi: niewinny! Lumet chce jeszcze ratować wizerunek naszego człowieczeństwa, widzi Ósemkę jako postać w pełni chwalebną, Rychcik nie znajduje litości. (I ma rację, wystarczy przypomnieć sobie u nas te wszystkie agresywne, straszne głupstwa rzucane w przeciwnika politycznego z ostatnich wyborów, nie żeby obalić jego racje, tylko osobiście znienawidzić). Co więcej, by uwyraźnić problem Reżyser buduje kolejną symboliczną formę. Oto Przysięgły nr 3 (Tomasz Nosiński), antypod Ósemki, do końca walczy o skazanie oskarżonego. Uważa, że zło trzeba tępić i trzeba być do tego twardym. (Wychował tak syna, że potrafił ojca uderzyć mocno w twarz i ojciec ze swego wychowania jest raczej dumny). Przeciwieństwo ich postaw wydaje się absolutne, jednocześnie nie można nie zauważyć fizycznego podobieństwa obu postaci i także ich podobnego behawioru. Trudno przypuszczać, że jest to przypadek, tym bardziej kiedy, zaprzeczając sobie, stają w centrum sceny i zastygają w zwarciu, prawie dotykając się ustami i nosem, tworzą figurę symbolicznego przeciwieństwa, ale i swym fizycznym podobieństwem, także wbrew wszystkiemu – figurę jedności. To wyjątkowy moment w tym przedstawieniu, rzec można przejaw widzialnej symetrii i niewidzialnej asymetrii, tej dwoistości naznaczającej nasze bycie w świecie nie tylko ich dwóch. Przejawem tego zdaje się być właśnie niepełne przyleganie obserwacji świadków, do faktów dowodowych, którymi stały się ich obserwacje, kiedy złożono je w formie zeznań. Bo fakty dawno nie istnieją, przepadły, zabrał je czas – za nic w świecie nie dadzą się powtórzyć, nawet na potrzeby sądu. Podejmowane na scenie próby rekonstrukcji, by ocenić rzeczywistą wartość dowodową tych faktów zamiast potwierdzić je w pełni, a tym samym winę oskarżonego, stawiają je pod znakiem zapytania. Ubywa więc tych, którzy chcą uznać oskarżonego za winnego. Sytuacja przypomina po trosze ściganie cienia umykającego z każdym krokiem, który się ku niemu robi. Przydaje to jednak przedstawieniu napięcia, dając nam, widzom, na swój sposób szansę podążania za prawdą, która ciągle umyka. Sakramentalne: uzasadnione wątpliwości, nie pozwalające powiedzieć: tak, winny – stają się w tym przedstawieniu czymś więcej, rodzajem zaklęcia zamykającego drogę do prawdy pewnej, ostatecznej.
I taki jest finał, mocny w tej bezwzględnej niemocy wszystkich. Bo odwrotnie jak na początku, gdzie jedenastu było gotowych skazać oskarżonego na śmierć, a jeden tylko na tę zgodność wściekły sprzeciwił się – teraz jedenastu stoi w głębi na tylnym planie w lekko przyciemnionym świetle, trochę tak, jakby mieli zacząć swoją marszrutę do ponownego zaistnienia i nikt z nich nie mówi. Cisza. Co było możliwe, zostało powiedziane. A naprzeciwko Trójka, plecami do widowni. Faktycznie, twarz nam już niepotrzebna, to prawda, ani jego słowa – wszystko wiadomo, to znaczy właściwie nic. Liczy się teraz tylko matematyka. Ona jedna została, ona musi mieć rację. Policzyć i koniec. Co jeszcze człowiek ma do powiedzenia w sprawie? Milczą. Czekają, aż Trójka wreszcie powie. Koniec przedstawienia.

Dwunastu gniewnych ludzi Reginald Rose, Teatr Nowy im. Tadeusza Łomnickiego w Poznaniu.
Przekład i dramaturgia: Jan Czapliński; reżyseria: Radosław Rychcik; scenografia i kostiumy: Anna-Maria Karczmarska; muzyka: Michal Lis; choreografia: Rafał Urbacki.
Premiera 2 marca 2012 roku