Skrócona perspektywa dzieła – czyli coś za coś

SKRÓCONA PERSPEKTYWA DZIEŁA – CZYLI COŚ ZA COŚ

Hamlet Williama Szekspira w Teatrze Polskim w Poznaniu. Szkic ukazał się również w miesięczniku „Odra”.

Poznańska realizacja Hamleta, w reżyserii Pawła Szkotaka, chce być na wskroś współczesna, po prostu tu – na dzisiaj. Widać to na poziomie wielu warstw budujących przedstawienie, aż po owe drobne realia, jak rewolwer w dłoni Laertesa i Hamleta, czy błyski fleszy paparazzich, których wprawdzie nie widzimy ale wiadomo, że nasze oczy, siedzących grzecznie widzów, takiej energetycznej siły mieć nie mogą. Aby stało się jasne, jak Reżyser traktuje świat Hamleta, trzeba zacząć od tego, co jest u początku tragicznych wypadków opowiedzianych ongiś przez Szekspira. Reżyser sięga do samego zawiązania tragedii – do pragnienia zemsty u Hamleta. Kiedy Duch ojca wyjawia synowi tajemnicę popełnionej na nim zbrodni zemsta staje się czymś więcej jak zrozumiałą synowską reakcją, chodzi o przynależny światu konieczny ład, o przywracanie zgwałconego porządku, który zresztą w różny sposób dopomina się o respektowanie. Nawet król Klaudiusz korzystający przecież z wszystkich zysków swej zbrodni – i korona, i kobieta, królowa Gertruda – przeżywa wahania i męki sumienia. Hamlet także się reflektuje. Zabić Klaudiusza w takiej chwili? Dać mu szansę na łaskę, kiedy korzy się w swej wewnętrznej grze z sobą, a owoców zbrodni wcale się nie wyrzekł. Nie o taki dwuznaczny ład świata chodzi. Trzeba zło strącić kiedy triumfuje na piedestale, wtedy jednoznacznie określa się jego miejsce. Hamlet nie korzysta więc z szansy, jaką dała chwilowa słabość Klaudiusza. Inaczej mówiąc nikt w tragedii Szekspira ładu świata nie lekceważy absolutnie, do końca, nawet jeśli go tym, czy innym czynem podważa.
W poznańskiej realizacji Reżyser zgodnie z duchem naszego czasu zaczyna od frontalnej weryfikacji, odsłania zasadniczą wątpliwość – czy o ład świata w ogóle komukolwiek, tak naprawdę chodzi, a więc także Hamletowi. Wszystko od początku wskazuje, że nie o sprawiedliwość idzie tutaj walka, lecz o to, kto, kogo przeskoczy. Wystarcza krótka scena, kiedy oto straży Elsynoru migocze w oknach zamku nierozpoznana postać, a my orientujemy się, że to sam Hamlet nieco przebrany, aranżuje spektakl dla „maluczkich”, żeby postraszyć ich złudą mocy sił wyższych, które stają oto po jego stronie. My natomiast widzimy, że nie ma żadnego Ducha ojca, sił nadprzyrodzonych, tak czy inaczej rozumianego uniwersum, które wspierałyby racje Hamleta – w istocie jest tylko zręczny spektakl, mistyfikacja zaaranżowana dla strażników, a tym samym dla ludu Danii, bo oni z ludem mają najlepszą komunikację; a chodzi o to, aby lud był po stronie Hamleta; i nie tylko w walce o tron, ale także w obronie własnego jego życia, jako że Klaudiusz (Piotr Kaźmierczak) człowiek bardzo miernej postury duchowej – co od razu widać w poślednim zachowaniu i manierach – chwyci się każdego środka, by pozostać u władzy. Nie ma więc Hamlet w walce godnego siebie przeciwnika-partnera. Nie potrafi też sprostać sytuacji Królowa, jego matka (Barbara Krasińska), w której zwyciężyła całkowicie jednowymiarowo pojmowana kobieta – która po prostu musi mieć mężczyznę; a pozbawiona racji matki, bezwolna, i tym oszołomiona, jakby otępiona sobą, że taka jest, spogląda ciężko i bezradnie na syna i na to, co się wokół dzieje.
Ranga wielkich dylematów duchowych Hamleta obniża się, czy wręcz zatraca, właściwie z wielu rożnych powodów niemal do zera, bo co najważniejsze – o jaką tu sprawiedliwość mogłoby chodzi, skoro w walce z królem-mordercą wspiera się kłamstwem, zwykłą manipulacją. W dodatku wkrótce też zabija poplecznika królewskiego, Poloniusza, choć liczył, że trafi szpadą samego Króla. Nie jawią się nam na tym etapie tragicznych perypetii – powiedziawszy oszczędnie – ani nieskazitelne racje, ani sytuacje, gdzie zło i dobro człowieka splatałyby się w tragicznym związku na miarę człowieka. W Hamlecie Szkotaka jesteśmy po prostu w świecie twardych realiów walki o władzę i nic więcej, dokładnie jak dzisiaj (męża stanu ani tam, ani dzisiaj nie znajdziesz). Widzimy tylko ludzi uwikłanych w tę walkę, co przesłania wymiar i sens tego, co się dzieje. Przynajmniej do pewnego momentu wydaje się, że przedstawienie nie wyjdzie poza perspektywę Kronik Królewskich Szekspira. Warto tu dodać, że tej świadomie i konsekwentnie ograniczanej perspektywie dobrze służy celowo pomyślana scenografia Agnieszki Zawadowskiej. Oto zabudowana scena elewacją zamku pozostawia tylko płytki pasek otwartej przestrzeni. Ta płytkość, można tak powiedzieć, odpowiada ograniczonej skali tragicznych wydarzeń. Są tutaj za to liczne drzwi (lub na piętrze wnęki odsunięte na krawędzie bardzo szerokiego okna sceny) otwierane na stosunkowo krótkie wystąpienia postaci. I kiedy one znikają, zaraz drzwi są zamykane ze znaczącym trzaskiem, ucinającym ciąg dalszy tego, co zapewne powinno być jeszcze powiedziane, przeżywane, czy robione, ale już nie dla publiki, nie dla świata, to zostaje za tą milcząca ścianą. Nie ma tu rezonansu scenicznej głębi, przydającej wymiaru teatralnemu dzianiu.
W tej walce ważna jest bezwzględność i zdecydowanie działających, szybkość zmieniających się wydarzeń, które gwarantują zwycięstwo temu, kto będzie w tym lepszy, to znaczy skuteczniejszy. I taki pełen pasji i energii jest Hamlet Michała Kalety, który podporządkowuje swojemu celowi nawet osobistą, intymną relację z Ofelią. Ale przyjdzie jednak moment, kiedy to, co człowiecze musi się w końcu przełamać i dojść do głosu. U początku musiał być jednak impuls z zewnątrz i zawdzięcza go Hamlet właśnie Ofelii Barbary Prokopowicz. Bo też Aktorka dała nam postać właściwie bardzo osobną w tym świecie wyłącznie zorganizowanym do walki; dlatego nie musi być zrozumiana, ani mieć swojego miejsca. Choć są w niej mgnienia sprzeciwu – łamią się zaraz, jak delikatne, wiotkie łodygi kwiatów – jedyny świat, gdzie jest jej dobrze. Jest otwarcie, nieodwołalnie bezradna, bo czuje się upokorzona swą własną miłością do człowieka, który zabił jej ojca. I to dlatego odmawia sobie prawa do obecności; nie obłęd ją zabija.
Kiedy Hamlet na cmentarzu widzi kondukt żałobny z prochami Ofelii, zdaje sobie sprawę, że to co istotne bezpowrotnie przegrał, nie docenił jej, ani swojej miłości. Kończy się dla niego czas gry i walki o władzę. Jesteśmy oto znowu wobec tragedii o nierozwiązywalnym splątaniu ludzkich losów. Czując się winnym jej śmierci, Hamlet porwawszy urnę wysypuje prochy na swoja głowę. Wydaje się, że dopiero teraz, kiedy już za późno, zrozumiał jak bardzo ją kocha. To wyjątkowa scena w tym przedstawieniu, prawdziwe apogeum tragedii, ale już wyłącznie ludzkiej, dzięki aktorstwu Kalety. Teraz słowa Hamleta o przeczuciu, które go nachodzi, są już czymś znacznie większym, niż tylko przyznaniem się do winy. To właściwie jest jak wyrok, który on sam na siebie wydaje. Stąd końcowy pojedynek i scena otrucia wszystkich współwinnych nie jest już tak potężnym akordem. Część tego pojedynku zresztą Reżyser metaforyzuje – oto na obu krańcach sceny wysuwają się szpady i pchnięcia, które kłują prosto i długo w nas, w publiczność.

Hamlet William Szekspir, Teatr Polski w Poznaniu.
Przekład: Stanisław Barańczak; reżyseria: Paweł Szkotak; scenografia i kostiumy: Agnieszka Zawadowska; muzyka: Krzysztof Nowikow; kompozycja świateł: Magdalena Górfińska; montaż filmu: Adam Rosołowski. Asystent reżysera: Łukasz Chrzuszcz; inspicjent: Elżbieta Bednarczyk.
Premiera 27 marca 2012 roku