NIE MA ODPOWIEDZI

NIE MA ODPOWIEDZI

Sen srebrny Salomei J. Słowackiego w reżyserii Tomasza Cymermana w Teatrze Nowym w Poznaniu.

Dał nam Teatr tym przedstawieniem problem do zastanowienia w wielu wymiarach: historycznym, politycznym i teatralnym – prowokując po części do rewizji poglądów, z którymi właściwie się zrośliśmy, a dotyczących relacji Polski z Ukrainą. Słowacki napisał „Sen…” pięć lat przed śmiercią. Miał już za sobą najważniejsze dzieła: „Kordiana”, „Balladynę”, „Lillę Wenedę”, wszystko w większości zwrócone swą troską ku Polsce uciemiężonej, potrzebującej duchowego wsparcia. W tym dramacie Słowacki zwraca się w stronę Ukrainy, gdzie się urodził, ku ciemnym i bolesnym stronom tego co i nas z Ukrainą łączy, inaczej mówiąc, ku czasom kiedy to Polska była ciemiężycielem – zanim z kolei później sama tego doświadczyła ze strony innych sąsiadów. Ta relacja jest tutaj przedmiotem dociekania prawdy. Reżyser poznańskiego przedstawienia, Tomasz Cymerman, i dramaturg, Hubert Sulima, poszli tym tropem, po prostu są wierni dziełu w tym najważniejszym jego sensie. Wzięli pod uwagę racje za i przeciw obu stron, tak jak zawarł to Słowacki w dramacie dotyczącym czasu, kiedy Polska z Litwą stanowiły Rzeczpospolitą Obojga Narodów, i na ziemi ukraińskiej powstały ogromne latyfundia w większości polskich arystokratów, niekiedy nieomal wręcz mini państewka z własną armią. Było to możliwe tylko dzięki absolutnemu zniewoleniu i nieograniczonemu niczym wyzyskowi ukraińskiego ludu i związanych z tym jego cierpień. Na drodze rozpaczliwego rewanżu dochodziło potem do okrutnych rzezi Polaków. Stąd istotne założenie: chociaż samemu cierpi się niewolę, nie można nie widzieć, ani przekreślać swojej winy, że zniewalało się innych w nie tak bardzo Poecie odległej przeszłości. Odwrotnie, trzeba tę winę przeżyć, by zostało to naprawdę za nami, nie będąc już tak wielkim obciążeniem, czyniąc nas pewniejszymi swej racji na nasze dzisiaj. W tym kierunku poszło działanie realizatorów – ujawniać złożoność odległej historycznej, bolesnej prawdy, dodajmy – na różnych poziomach życia: społecznego, indywidualnego, czy państwowego. Już pierwsza kwestia Regimentarza, czyli hetmana polnego, w ustach Pawła Binkowskiego, sygnalizuje skalę zapętlenia i brzmi jak oskarżenie polskiego króla. Zaleca mu bowiem Król w liście współdziałanie wojskowe z Rosjanami by stłumić bunt chłopów ukraińskich, tzw. koliszczyznę. Oznaczało to, że interes klasowy, obrona latyfundiów w imię świetności wielkich rodów okazuje się ważniejsze, niż interes państwa. W tle było także i to, że wobec słabnącej Polski, powstawała w ten sposób sytuacja sprzyjająca przejęciu Ukrainy przez Rosję. (Nie zapominajmy, że dzieje się to dosłownie na kilka lat przed pierwszym rozbiorem Polski, kiedy królem jest Stanisław August Poniatowski, którego wybór mocno i skutecznie wspierała caryca Katarzyna II)

Zacznijmy jednak od tytułowej Salomei z jej snami srebrzącymi się tym co niedopowiedziane, co tutaj stają się bardzo dalekim znakiem zaplątanej w swych sprzecznościach rzeczywistości tamtego czasu. W realizacji poznańskiej, rzeczywistość dramatu Słowackiego jest jednak traktowana przede wszystkim jako opowieść o powikłanej, wspólnej historii Polaków i Ukraińców, która tworzy się w splątaniu wielu indywidualnych ludzkich działań pomnożonych o rożne motywacje, i okoliczności; niektóre można nazwać motywacjami chwili, czy nawet momentu. To także składa się na rzeczywistość – komplikuje, i czyni nieoczywistym wizerunek postaci, sygnalizując, że do rozpoznania jej nie dochodzi się po sznurku logiki przyczynowo-skutkowej, bo wnętrze człowiekowi otwiera się niekiedy szerzej, i błądzi się w przestrzeni przypadków i właśnie chwil – jak w śnie.

W pełni racjonalne rozpoznawanie postaci dlatego nie wchodzi w rachubę, choć Salomea w wykonaniu aktorskim Karoliny Głąb, wskazuje na takie dążenie. Zaczyna się od tego, że ona jest tutaj tylko tym, czym naprawdę jest – młodą dziewczyną, i o tyle jest zgodna z zapisem Autora, że jest niezwykle wrażliwa. Ale sama nieprzeciętna wrażliwość niekoniecznie daje wiedzę, by rozpoznawać rzeczywistość z wyraźną namacalnością rzeczy. Tym bardziej, gdy ta rzeczywistość jest tak uwikłana w zaprzeczających sobie związkach wielu postaci, i sytuacji, jakie z ich przyczyny powstają, właśnie jak na styku polsko-ukraińskim. Salomea odbiera więc rzeczywistość jako dręczący nieznany, obcy świat i tylko tyle. Dlatego prowadzi to ją do sprzeciwu, który nie ma jednak określonego, konkretnego adresata. Po prostu nie potrafi przetłumaczyć swych niejasnych przeczuć na realność tego co ją otacza. Najchętniej też, broniąc się przed obezwładniającym przeżywaniem, wiele w niej gotowości do odrzucenia tego co wokół. Stąd szorstkość, niechęć do kontaktu z otoczeniem, a na twarzy grymas obcości by bronić swej samotności, w którą wpędza ją wrażliwość. Najlepiej kaptur na głowę – nie widzieć, nie myśleć, brnąć niby przez dzikie chaszcze okolicznych jarów i być tylko ze sobą. I taka na początku przedstawienia wynurza się ku nam z głębi sceny. Choć o miłości, o potrzebie uczucia – nie zapomina, i Leon jest w niej od razu i konkretnie, trochę jednak na zasadzie drabiny ratunkowej. Tym bardziej, że perypetie historii później mocno w jej życie wkraczają. On, syn hetmana władającego potężnymi hufcami, może nosić się swobodnie, na poły z francuska, kapryśnie. Grzegorz Gołaszewski w jasnej marynareczce i ze śmiałym gestem szarżuje mocno w tej roli; ale to uzasadnione, wiemy, że na tym poziomie społecznej hierarchii jest naturalna pokusa, aby rzeczywistość uwodzić w ogóle, ma się do tego prawo, i w tym przyjemność; co po nim widać. Więc ona tym bardziej zabłąkana jak w nieswoim czasie, jak w śnie co niewiadomego jest rodowodu. Choć perypetie burzliwego czasu wokół, i ją na krótko zagarniają za sprawą Kozaka Semenki będącego pod jej urokiem. Pod koniec przedstawienia, odnajdują się jednak z Leonem, który przechodzi metamorfozę psychiczną, a my możemy spodziewać się że przynajmniej ten wątek zakończy się wedle romantycznego wzorca, czy wręcz stereotypu. Reżyser jest jednak konsekwentny, wątek miłosny jest wprawdzie kontynuowany, ale nie obejdzie się bez swawoli i wręcz zabawy, czego młodym, którzy się dla siebie odnaleźli, trudno się wyrzec. Więc kiedy są znowu razem, można powiedzieć, że po części wykluczają się z historii, osadzając się w prywatności. Widzimy, że Salomea, próbuje nagle przymierzać się do roli kobiety o oczywistej przyszłości, badając, i kokietując, Leona przykładaniem odpowiedniego akcesorium do swego płaskiego brzucha, by ją zapowiadał. A my już wiemy, że srebrzące się sny nocy niezgłębionych tajemnic życia nie będą już miały szans dręczyć swą nieokreślonością.

Ale w tej realizacji to jedynie wyimek z opowieści o splatających się dramatycznie ludzkich losach, kiedy przychodzi chwila krwawego rewanżu ze strony ukraińskich chłopów. Wiąże się z tym jedno centralne pytanie – o rozpoznanie tego splątania. Na ile jest szansa, że może stać się drogą do wzajemnego zrozumienia. Reżyser wprowadza dlatego postaci Ojca (Zbigniew Grochal) i Syna (Mateusz Ławrynowicz), którzy ruszają w drogę by rzeczywistość rozpoznawać. Przedstawienie staje się drogą ich pamięci, którą napędza i siły udziela moc przeszłości. Ta moc wciąga ich obu i poddaje sobie – tak jak sen poddaje sobie nas. Pamięć w śnie czuje się najbardziej uwolniona, niezależna od wspominającego. Stąd chyba poezja tak potężnie wtargnęła Słowackiemu do tego dramatu i prawie nim zawładnęła, stając się chwilami nieomal ważniejsza niż jego reguły. To waga i moc przeszłości pozwoliły na swobodę jaką rządzi się tylko sen. Przychodzi moment u obu wędrujących, kiedy emocje biorą górę, i w jej porywach obaj włączają się swobodnie i czynnie w świat snu, nawet walcząc po stronie uciśnionych. A my mamy przed sobą tego konsekwencje: otwartą scenę na oścież, prawdziwe theatrum polsko-ukraińskie, gdzie toczy się jeszcze jedna z niekończących się prób człowieka pytającego o siebie i rzeczywistość w której przyszło mu żyć – jakie ma możliwości, o co się może oprzeć.

Pośrodku, w centrum, Regimentarz, władca w swej siedzibie. Z jednej strony, daleko z boku w cofniętym fotelu, Księżniczka ukraińska jako jego stały gość, dystansująca się jednak konsekwentnie wobec prawomocnego – przede wszystkim jednak siłą – gospodarza, bo jedyne co ona naprawdę posiada, na całkowitą, absolutną własność, to jej godność. I to jest dla niej, jak korona jej bycia – bezcenne. A apogeum tej roli w wykonaniu Antoniny Choroszy, to moment, kiedy raz jeden przerywa nagle swą wstrzemięźliwość na dworze polskiego gospodarza, kilkoma krokami, lekko i szybko jak błysk, przecina po przekątnej całą scenę – i wtedy krótki pocałunek w usta Sawy; i już nic więcej z tego momentu na scenie nie zostaje – tylko może być w nas, widzach. A mogła sobie Księżniczka na to pozwolić. Sawa, z racji rodzinnej, będąc świadectwem związku ukraińsko-polskiego, odzyskał właśnie dowód na swe szlacheckie pochodzenie, na co Księżniczka tak długo czekała by móc się wreszcie z nim jawnie związać. Prawo klasowych podziałów obowiązywało jak Tablice Mojżeszowe; Słowacki tego nie ukrywał, a Reżyser stworzył warunki sceniczne, by Aktorka mogła poruszający moment kreować.

Wróćmy do wyjściowej, poniekąd symbolicznej sceny. Oto po jej drugiej stronie, głęboko cofnięty, leży w swym mrocznym kącie Semenko pragnący wolności i wyczekujący na moment zemsty za poniżenie i nędzę życia swojego i rodaków. Kiedy później udaje mu się podstępny plan zrealizować i dochodzi do rzezi na dworze Gruszczyńskiego, nie jest wcale aż tak bardzo tym usatysfakcjonowany, choć było to w jego pojęciu dla dobra wolnej Ukrainy. Michał Kocurek kreuje postać wewnętrznie złożoną; jego Semenko zdaje się być targany sprzecznymi uczuciami. I to nie tylko dlatego, że ma pewien dystans do swojej walki, bo chciałby zdobyć Laszkę, Salomeę. On zachowuje w ogóle pewną rezerwę do tego co robi, nawet kiedy czyni to z chytrym obliczeniem. Kiedy znajdzie się w rękach Regimentarza, co oznacza dla niego wyrok, koniec życia, zdaje się być na swój sposób z tym pogodzony. Z przepaścią jaka dzieli go od Salomei, i od Lachów także – było mu jednak ciężko; nienawiść nie wyzwalała go od niejasnego poczucia braku. Możliwości jakie widział przed sobą, nie składały się dlatego w harmonijną całość. To jak ktoś, kto ma świadomość, że powinno się wszystko dopiero ułożyć, a przecież wie od początku, że nigdy tak do końca nie będzie, jakby chciał. Może to step jest takim krajem wokół bez horyzontu, gdzie nie ma o co wzroku oprzeć, ani spojrzeć w dal, żeby tam natychmiast iść, zwyciężyć czy przegrać. Chociaż tak czy inaczej, jeśli by mu się udało, pozostałby obcy Salomei, czy Lachom; i ta myśl wydaje się w nim być; można powiedzieć, że go na swój sposób skazuje na los, od którego się już nie odwróci, i miał chyba świadomość, że sam ku zatracie siebie prowadzi.

Los Semenki nie ma być zapomniany; przychodzą po jego ciało Popadianki (Oksana Hamerska, Marta Szumieł), kościół prawosławny przechowa go dla pamięci. Z kolei Sawa, Polako-Ukrainiec, w wykonaniu Ildefonsa Stachowiaka, znajduje własną, indywidualną drogę. Bierze udział w tłumieniu buntu chłopskiego, lecz wiąże się z Księżniczką ukraińską choć ona przypomni mu przelaną ukraińską krew. Zanosi się jednak na to, że Sawa otwiera się na życie, jakim by nie było. On, pełen witalności, w dodatku wsparty miłością Księżniczki. Razem z nią mogą być przedłużeniem trudnego losu Ukrainy, przedstawienie zdaje się nas w tym kierunku prowadzić. Kiedy Sawa opowiada, wprost bucha swym przeżywaniem, schodzi nawet ze sceny do nas na widowni, skraca dystans tak bardzo, że czujemy się z nim razem, jak przy jednym stole. Zatracają się granice dzielące nas od opowieści, także jej wewnętrznych bolesnych podziałów, co prowadzi ku przebaczeniu, o czym z takim oddaniem mówi zakonnik Pafnucy Szymona Mysłakowskiego, z przekonywającą artykulacją wyraziście brzmiącego słowa Poety.

Splata się w potoku opowieści to co istotne i co, wydaje się, całkowicie nieważne; wręcz zbyteczne ktoś powie. Jak u Anusi Agnieszki Różańskiej, co służebnie oddana Księżniczce, gotowa na każde jej zawołanie, a jednocześnie coś sobie po cichu, kiedy jest sama, mimochcąc mota na boku; taki wątek chwilowego jakiegoś zajęcia, czy zainteresowania, niby od rzeczy. Wytrąca się w ten sposób sceniczne dzianie poza konieczny porządek przestawienia. Z wolna, rożne wyraźne granice porządkujące sceniczne dzianie, jego gradacje – zacierają się; i to co istotne, i co już nie tak uzasadnione – przestaje być osobne, oddzielone, jak nakazywałaby porządkująca hierarchia. Tworzy się na scenie z wolna jedna wielka przestrzeń życia – a więc w istocie bezład. I ten bezład zagarnia powoli wszystkich. Brak wyraźnych podziałów, którym służyłaby scenografia, powoduje, że zaczyna być zbyteczna. Ale chyba dlatego słyszymy przebijające się do głosu pytania o Wernyhorę, lirnika ukraińskiego, co wskaże, przepowie przyszłość. Tak jak zawsze służył rożnym, pokoleniom, wychodząc naprzeciw chwiejności ludzkiej i bezładowi – więc także i tutaj jest wzywany. Nie wiadomo w jakim kierunku wszystko się potoczy więc konsekwentnie do końca części scenografii są wynoszone. Będzie dużo miejsca. Taka jest wolność w przestrzeni ogołacanej sceny, gdzie nie znaczą się już żadne podziały – to rzeczywiście pełny bezład. I postaci tak właśnie chodzą po pustawej scenie. Przychodzi jednak upragniony Wernyhora – Tadeusz Drzewiecki w przejmującej kreacji – idzie aż do rampy, aby i z nami wszystkimi być jak najbliżej w tym momencie. Wyznaje obecnym – że nie wie, nie potrafi przepowiedzieć. Powoli odchodzi. Ludzie zostają sami na coraz bardziej pustej scenie; elementy scenografii, a więc oznaczenia miejsca i czasu rzeczywistości, znikły. Zostają ludzie żywi, ale i umarli, bo widać i Semenkę z ciężarem swego niedokonania. Nie ma dla nikogo żadnej pewności, za wielki ciężar pytań na nieprzepowiedzianej przez Wernyhorę drodze. Więc jeszcze ciągle chodzą bezładnie po scenie, choć ich ubywa. Poczucie dziwnego końca, bez ostatecznej, zamykającej odpowiedzi dla nas, widzów – uderza mocno. Lecz kto miałby nam przepowiadać – po prostu nie ma odpowiedzi. Może to naprawdę jedyne uczciwe? Otwarte zakończenie przedstawienia wiąże powagą. Jedyna, ale tym samym ogromna wartość – nie do przecenienia.

Sen srebrny Salomei J. Słowackiego w Teatrze Nowym w Poznaniu.


Reżyseria: Tomasz Cymerman; dramaturgia: Hubert Sulim.
Scenografia: Dominika Skaza; kostiumy: Hanka Podraza; muzyka: Ayane Yamanaka.

Premiera: 11 kwietnia 2015