Kłamstwem ustanowić porządek życia?

KŁAMSTWEM USTANOWIĆ PORZĄDEK ŻYCIA?

Kotka na rozpalonym blaszanym dachu Tennessee Williams w Teatrze Polskim w Poznaniu.

Rzadko się zdarza, aby scenografia (Katarzyna Stochalska) tak zasadniczo określała i ciążyła na wszystkim, co w przedstawieniu się dzieje, przywołując od razu naszą – widzów czujność i obserwację do szczególnego pogotowia. Oto mamy przed sobą na wielkiej scenie z jednej strony ogromną górę worków, prawie aż po sufit – plon tysięcy akrów urodzajnej ziemi na Środkowym Zachodzie Stanów należących do śmiertelnie chorego Tatulka (Wojciech Kalwat). Zapewne to kukurydza lub pszenica, a najpewniej jednak bawełna, sądząc po tym, jak dość liczna jego rodzina, wyłażąc, czy raczej gramoląc się, zsuwa się z tej góry miękko po białych workach i nigdy potem zbyt daleko nie odchodzi. Tak jak nasze oczy, tak ich przede wszystkim ta góra nieodparcie przyciąga i w żaden sposób nie da się jej pominąć. Rodzi się, oczywiście, najważniejsze dla rodziny pytanie: w czyje ręce dolary z tej góry będą się osypywać, kiedy zabraknie Tatulka?
Po drugiej stronie sceny jest jedynie łóżko obwarowane butelkami whisky, opróżnionymi lub jeszcze nie i leżący na nim młodszy syn Tatulka, Brick (Michał Kaleta), którego ani góra, ani kręcąca się wokół niej rodzina, nic nie obchodzi. Podobną relację ma ze swoją ciągle bezdzietną żoną, Margaret (Ewa Szumska), która rzeczywiście, niczym owa tytułowa kotka na rozpalonym dachu jest zawieszona między swoimi namiętnościami i ambicjami, a dezaprobatą ze strony rodziny, będąc dla deprecjonującej krytyki obiektem niezwykle łatwym. Wydaje się, że nie ma argumentu na swoją obronę poza złośliwym językiem. A ironizować jest z czego. Mae (Barbara Prokopowicz), żona najstarszego syna Tatulka, co rusz ma dziecko – właśnie szóste w drodze – przychodząc w ten sposób mężowi w sukurs, aby on się liczył w rywalizacji o schedę. Tym bardziej, że Gooper (Jakub Papuga) jest świadomy, iż ojciec ma go za nic i popada w frustrację, a nerwowy tik dopełnia obrazu człowieka, któremu nie bardzo można ufać. Tymczasem Tatulek jest po prostu zafascynowany Brick’iem. Nie daje mu spokoju – i widać, że nie pogodzi się z tym – że oto jego dzieło, ta góra, niczym swoisty, własny jego pomnik tkwiąca między nimi w rodzinie i ponad nimi, domagająca się, jakby sama z siebie, uznania dla swej wielkości i znaczenia – na Brick’u wrażenia nie robi żadnego. Tatulek nie może się z tym pogodzić. Sonduje go, jak tylko potrafi. Od perswazji przechodzi do wściekłości, wyrywając mu szczudło, którym Brick wspiera się kulejąc. I znowu łagodnieje, by znaleźć za wszelką cenę drogę do przyszłego dziedzica, osoby mu najdroższej. Wcześniej, jego żona, Mamuśka (Teresa Kwiatkowska) usiłuje przypomnieć o sobie, zaakcentować swoją rolę przy mężu i w rodzinie. Przygotowuje uroczystość z okazji rocznicy urodzin męża, choć wszyscy myślą o jednym, co ojca czeka, bo nie zostało to między nimi dopowiedziane. Ona jedna, jak dobry, opiekuńczy duch rodziny, wbrew temu, na co się zanosi, jest pełna dobrych myśli, życzliwa wszystkim, tym samym nieustająco dając świadectwo, że pominąć się jej nie da, jako osoby po Tatulku najważniejszej.
Tatulek nie może się z tym pogodzić, że zatroskana o wszystko Mamuśka, której ma absolutnie dość, usiłuje zapanować w jego domu i przygotowuje się skwapliwie, żeby być jak najbliżej władzy. I wreszcie najważniejsze: osiągnął tak dużo – świadczy o tym ta góra – a on mimo to ma poczuć, że zbliża się kres jego mocy; co gorsza, widzi, jak oni wokół kryjąc się z tą złą wiedzą o nim, jakby czekali, kiedy sam to uzna i wreszcie zwiesi głowę. Nie ma jednak ochoty przyjmować niczego do wiadomości. Tak jakby nie wiedzieć, mogło znaczyć, rzeczywiście, że nic mu naprawdę nie grozi. Dlatego, swym brutalnym zachowaniem, poniżaniem ich, namacalnie wszystkiemu zaprzecza, na swój sposób osobiście pognębia każdego, po prostu chętnie by zniszczył, zanim stanie się to, czego się spodziewają. Wściekły do ostateczności wybucha i wydaje się, że to już nie tytułowa kotka, lecz kocur jest na rozpalonym dachu swego własnego życia i nie ma gdzie zeskoczyć; nie ma takiego miejsca. Teatralnie jest to scena niezwykle mocna i porażająca. Miałem wrażenie, że Tatulek zapanował przez chwilę nad całą przecież rozległą sceniczną przestrzenią. Jakby nawet ta nieustająco obecna góra zmalała i przestała na chwilę poświadczać jego znaczenie i moc.
Pora, aby zwrócić się w druga stronę, do Brick’a popijającego powściągliwie, choć nieustępliwie z butelki, cały czas w tym swoim zewnętrznym i wewnętrznym odosobnieniu, jednocześnie tak, żeby nikt nie przeoczył jego „namiętności”. Bo w istocie alkoholizm jest u niego maską, a problemem i to najgłębiej ukrywanym – własna męskość. Stąd jest w sobie głęboko przygaszony i zdystansowany wobec wszelkich innych spraw. Nie ma w nim tyle życia, ile być powinno, tak to sam interpretuje. Nie nazywa jednak tego po imieniu odsuwając tym samym rdzeń swojej słabości, bo przecież jeszcze niedawno był znanym piłkarzem, właściwie symbolem męskości. Michał Kaleta dał nam portret prawdziwy, i co najważniejsze, trafnie, mądrze zniuansowany. Czujemy, że chodzi Brick’owi także o własny człowieczy kształt, o portret wyraźny nie tylko dla innych, lecz także dla siebie, żeby do tego portretu się przekonać, dać sobie jakąś szansę. (Daje mu ją później Margaret, ale prowadzi to w innym kierunku niżby się u niego zanosiło – wrócę do tego na końcu). Bo Margaret zna jego tajemnicę, jest mu dlatego potrzebna by tej tajemnicy wobec rodziny dopełnić swą obecnością przy nim. W atmosferze zgęszczonej niepewności i narastającego zakłamania, kiedy członkowie rodziny zaczynają się czuć bardziej ofiarą niż sprawcą – którym są przecież także – naturalna jest potrzeba szczerości, rozmowy z samym sobą czy zwrotu w jakąś inną zupełnie stronę. A więc wytchnienia od tego, co jest na co dzień. Każde z nich ma taką chwilę przed mikrofonem na wyznanie, które staje się też rodzajem niby songu wobec widowni, tak jednak, jakby każde kierowało się jakąś cząstką tej prawdy jedynie do siebie, jakby nie w całości ta intymna chwila była na sprzedaż, abyśmy my – widzowie otrzymywali wszystko. To uchylenie drzwi, właściwie szparka, a nie otwarcie ich na oścież. Mikrofon przydawał tym wystąpieniom postaci specyficzną podwójność, kiedy napięcie wynikało z tego, że wyznanie było po części publiczne, jednocześnie stając się tą chwilą samotności zachowaną dla siebie momentami z pewną i nieśmiałą czułością.
Są jednak potem chwile, kiedy realizatorzy chcą otwierać przedstawienie o wiele szerzej do publiczności. Kiedy Ksiądz (Andrzej Szubski) wchodzi nawet między widzów i wyglądało – przez chwilę na szczęście – że zanosi się nieomal na dyskurs o prawdzie i kłamstwie, o aspiracjach niemal intelektualnych. Sztuka Williamsa jest właściwie opowieścią o kłamstwie, które staje się prawdą, co niektórym przynosi – przynajmniej u Williamsa – ulgę i duchowe wyzwolenie. Aktor poprowadził jednak rzecz bardzo zręcznie i inteligentnie, jego wywód przyjmuje charakter konwersacji właściwie lekkiej, na poły niefrasobliwej. Można to było traktować w ostateczności jako przerywnik, bo sztuka Williamsa jeszcze się tak nie zestarzała by ją trzeba było ubogacać intelektualnie. Mimo, że temat rodziny jest, że tak się wyrażę, przerobiony współcześnie na wszystkie strony, dramat Williamsa zachowuje swoją moc dramatyczną, widać to po realizacjach aktorskich. Jego postaci idą do zwarcia i ze sobą, i z drugim. One walcząc o swoje, ryglują się same i wzajemnie, i z tego rodzi się napięcie w dialogach. Świat Williamsa jest światem mrocznym nie dającym się wypowiedzieć do końca i nazwać. Bezsilność jest niejako u korzeni tych postaci w obliczu tego, co nimi rządzi. (Inaczej nie byłoby sensu, aby wstawiać taką górę na scenę, co jest sobie sama i milczy). Otwarcie, wpuszczenie światła, żeby dało się wszystko zobaczyć i nazwać, a może jeszcze opatrzyć receptą, jakimś rozwiązaniem racjonalnym, to nie dla Williamsa. Nie takie było jego życie, nie mogły być takie jego dramaty i te napisane także.
Właśnie: świat staje się mroczny, kiedy triumfuje kłamstwo, ale co zrobić – jak już napisałem – kiedy staje się ono prawdą w świecie ludzi i przynosi niektórym ulgę, a nawet więcej: wyzwolenie. Bo tak jest w zakończeniu. Reżyser, Kuba Kowalski, wyosobnił szczególnie tę istotną scenę, jednocześnie czyniąc ją bardzo zwyczajną, wręcz niepozorną, jakby nie znaczyła tyle, ile faktycznie znaczy. Ale ma rację. Bo tak musi wyglądać zmowa dwojga ludzi, którzy ustalają porządek rzeczy przynajmniej na jedno pokolenie. I jest to tylko jedenaście kwestii Margaret i Brick’a – policzyłem w sztuce. Teraz nagle staje się ważne i rośnie znaczenie tego, co uprzednio żona Brick’a powiedziała w obronie własnej wobec atakującej ją rodziny – że jest w ciąży. Teraz to już nie jest jej obronne kłamstwo – teraz ono będzie budować ich nowe życie w rodzinie. Brick się wcale nie śmieje, ani oburza, ani złości – pyta tylko swą żonę o jedno, jak sobie to wyobraża – że z nim, kiedy wiadomo, że ona wszystko o nim wie. Ale dla Tatulka – wiedzą oboje – ważne jest jedno: żeby był ojcem rodziny, a jak do tego dojdzie, Margaret bierze na siebie. Prawda tego zakończenia jest niby zwyczajna, niby ludzka – ale może to jest najgorsze, tak niepokojące? Z drugiej strony widzimy, że w czasie tego ich krótkiego dialogu, kiedy wydaje się, że jedynie dekretują to, do czego od dawna się przygotowywali, do jedynego rozwiązania, które nie tylko ich ocala wobec innych, ale przynosi także zwycięstwo. Bo oto wszystko się w nim jakby rozprostowuje, będzie ojcem rodziny, będzie władcą tej góry. Bierze butelkę po butelce i metodycznie wali nimi w podłogę z całej siły, widać, że z satysfakcją. Roztrzaskują się jedna po drugiej. Szkło pryska po scenie na wszystkie strony. (Boje się o Aktora, że coś sobie zrobi). Ale Brick ma rację. Niepotrzebna jest już maska. A więc uwolnią się ich wspólnym kłamstwem od słabości? Człowiek silny nieprawdą? Myślę pytaniami. Nic już dalej? Wychodzę z Teatru. Jak sobie z tym poradzić? Czy to w ogóle kłamstwo? Muszę tak to nazwać? Widzę teraz Brick’a nagle zdecydowanego, silnego, pełnego pasji, który już wie czego chce, co robi, kim jest. Jakby i na mnie wziął odwet za ten swój długi czas na łóżku wśród butelek, kiedy mu się przyglądałem i myślałem o nim zupełnie inaczej.

Kotka na rozpalonym blaszanym dachu Tennessee Williams, Teatr Polski w Poznaniu.
Przekład: Kazimierz Piotrowski; dramaturgia: Julia Holewińska; reżyseria: Kuba Kowalski; scenografia i kostiumy: Katarzyna Stochalska; reżyseria świateł: Damian Pawella; muzyka: Piotr Maciejewski; asystent reżysera: Andrzej Szubski; inspicjent: Elżbieta Bednarczyk.
Premiera 10 listopada 2011 roku