Gdzie pióropusz naszej chwały?

GDZIE PIÓROPUSZ NASZEJ CHWAŁY?

Peep-show George’a Tabori w Teatrze Nowym im. Tadeusza Łomnickiego w Poznaniu.

Tak, jak ocalić prawdę naszego życia, skoro nie ma się przekonania, że istnieje, albo nie rozwiała się „po drodze”. Misio, główny bohater przedstawienia, na swój sposób radzi sobie z tym pytaniem, bo wydaje się być pogodzony ze sobą i nie wygląda, aby trzeba mu jeszcze rozpoznań. Ale też łączy sobą różne postaci i także wątki teatru, w którym przedstawienie powstało. Jest po części Willie’im, bohaterem Peep-show, sztuki, którą George Tabori napisał z okazji 70-lecia swych urodzin, podsumowując dotychczasowe życie bohatera, co staje się także rodzajem wyroku, jaki autor sztuki przy okazji również i na siebie wydaje. Sens sytuacji Willie’go zawiera się w pytaniu: Co mu pozostało do wygrania, jeśli tyle w życiu się przegrało? Najpierw urodzony, czyli „wepchnięty” w świat, pozostał właściwie taki, nigdzie trwałym wartościom nieprzypisany, bo albo one jemu się wymykały, albo on im. (Może właśnie po trochu, jak aktor rozpisany w swoim życiu na wiele, choćby najlepszych ról, ale tych gorszych też). I tak się to dość dziwnie łączyło: nie zupełnie – ale jednak.
Oto postać Misia gra w przedstawieniu Michał Grudziński i jest to benefis Aktora po dziesiątkach lat pracy w Teatrze Nowym. Co więcej, jest to przedstawienie nawiązaniem do tragicznego wydarzenia sprzed dwudziestu lat, kiedy w czasie prób Króla Leara umarł wielki polski aktor, Tadeusz Łomnicki, przygotowujący się do tytułowej roli w tej tragedii Szekspira; a dodajmy koniecznie, że Michał Grudziński brał udział także w tamtych, tak szczególnych pod każdym względem, próbach. Inaczej mówiąc, wiele w tym przedstawieniu transformujących się wątków i znaczeń, przenikających się sytuacji, czy wielorakich odniesień, bo znajdujemy tu nawet echo powstańczych perypetii z Warszawy w 1944 roku, które nie ominęły rodziny Misia i samego Aktora, to znaczy jego Ojca, co Ildefons Stachowiak zagrał z iście ułańskim temperamentem i lekkim przymrużeniem oka, a przy jego potężnej sylwetce dawało to efekt wpisujący się w teatralność, manifestującą się wszędzie w tym przedstawieniu. Trzeba w tym momencie powiedzieć, że udało się realizatorom, i Reżyserowi szczególnie, w tej mnogości i pewnym pomieszaniu jedno bardzo ważne: rozegrać – całość w jednoczącej wszystko tonacji. Było to możliwe, bo aktorzy i my widzowie z założenia Reżysera znaleźliśmy się razem na tyłach sceny i tym samym także życia, a nie jego fasady. A na tyłach, jak zwykle, wszystko jest w nieobowiązującym już związku, więc bierze górę swoboda bycia, nieposkromione radości i smutki, czy złości, oczywiście też. Niania (Maria Rybarczyk) nie musi być tylko ciągle surowa, zasadnicza, przywracająca Misia do porządku, zgodnie ze swą zawodową rolą, może mu pozwolić zajrzeć w jej skryte, rozkoszne miejsca, jak kochance wypada. Pani Puha (Sława Kwaśniewska), może nie bardzo chwalebnie, odstępuje swe pokoje, ale za to jej domowe kreacje olśniewają, a kapelusz tak wspaniały – co rusz chciałby wzlatywać – jak u Marleny Dietrich, kiedy już w swoich latach była sławną damą filmu. A Fałszywa Garbo (Oksana Pryjmak) może na tyłach sceny i życia zatańczyć leciwie z koleżankami, jakby przedrzeźniając tym fałszem dla zabawy własną ich doskonałość, jaką pokażą widocznie za chwilę, tańcząc przed widzami już na scenie. A choć na ekranie pojawiła się uduchowiona twarz Grety Garbo, nieskazitelna biel Fałszywej nieodparcie przywoływała na myśl smukłe linie Marylin Monroe, której suknia swą jasnością ciągle, tak porywająco zdaje się ją unosić w ziemską wieczność. Jedynie Matka Misia (Bożena Borowska-Kropielnicka) kroczy wszędzie nieustępliwie i konsekwentnie. Nie może się zniechęcić do niczego, nawet do udawania, jeśli w jej kształtach, kobiety błogosławionej, zdarzyła się awaria i tym samym wizerunek jest zagrożony. A ona zawsze czuje się powołana, tego jej powinność matczyna wymaga. Gdy chodzi o relacje uczuciowe, sceniczne tyły pozwalają Misiowi i Lady O. (Dorota Abbe-Kuźmińska) ich rozczarowania bez ogródek, zwięźle, choć dramatycznie – i za to definitywnie – rozstrzygnąć. Inaczej z żoną, tutaj od razu „konkrety”, i Misiu jest już na wstępie „pod ścianą”. Bo Ciemna Dama (Antonina Choroszy) przynosi w prezencie męskie akcesoria, by pomóc mężowi, co żonie wypada, choć określa tym nieodwołalnie ich sytuację. Na Misiu, nie robi to jednak pożądanego wrażenia. On znajduje się w centrum, gdzie krzyżują się i nakładają różne sytuacje, które wymagają, by dać ze siebie, jeśli nie wszystko, to bardzo dużo. A przecież istnieje w człowieku granica wyczerpania. Stąd dystans wobec Ciemnej Damy, której argumenty i żądania nie skutkują. Bezradność Misia przenosi się na nią, stąd wściekłe tyrady Ciemnej Damy obnażające coraz bardziej jej własną bezsilność. Nie może mu już zadać dotkliwego ciosu, nie zobaczy tego na twarzy. A byłaby to na tym etapie jedyna możliwa satysfakcja. Jest więc tak, jakby uszło powietrze. Naprawdę koniec. Gdybyśmy nie byli wszyscy – my, widzowie i aktorzy – na tyłach sceny, mogłoby to wyglądać inaczej. Jednak jesteśmy na tych tyłach razem i nic nie broni – nie ma fasady, która by skryła jednych przed drugimi, choćby za pięknym, dużo znaczącym słowem lub gestem. A jeśli Misio ma wreszcie dość, jest słaby, chory, i matka jest z nim – gdzie się jeszcze cofnąć, nie ma już żadnych innych tyłów, po prostu pada na podłogę. Ciało nieruchome. Cisza. Okazuje się, że w teatrze może być tak dwa razy. Na początku przedstawienia tam, wobec widowni, bo może tak każe pamięć albo rola, którą się gra i nie musi to być ostateczność; i teraz na koniec tutaj – to już dla nas wszystkich.
Po przedstawieniu biorę wreszcie program. Czytam proste, zwyczajnie ludzkie, zniewalające bezpretensjonalnością życiorysy występujących Aktorek i Aktorów – pełne ufności w życie, które wiadomo, gdzie ich zaprowadzi. I zaprowadziło! Inaczej na scenie byśmy ich nie zobaczyli. Nic więcej w tym programie nie ma. Zrozumiałem, że tym razem tak musi być. Oto znaczący się swą ludzką prawdą bieg ich życia, przywraca teatralnemu dzianiu, w którym uczestniczą, tajemnicy – tej, którą przedstawienie zdaje się, że chce nam odsłonić, oddać pod rozwagę. Powiedzieć więc także musiało o małości, słabościach i niemocy nie obcej nikomu, trzeba tylko zajrzeć „od tyłu” na co nam widzom, tym razem pozwolono. Stąd życiorysy te są przy okazji tego przedstawienia tak ważne. Na dobrą sprawę ideałem byłaby sytuacja (oczywiście, jest to niemożliwe, choćby ze względów ekonomicznych) gdyby do każdego biletu dołączany mógł być program, dając tym widzowi do zrozumienia, że te życiorysy to integralna część przedstawienia. Dopiero razem jedno i drugie stawia przed nami teatr ze swą niedopowiedzianą, czy może raczej nieobjętą nigdy do końca prawdą.

Peep-show George Tabori, Teatr Nowy im. Tadeusza Łomnickiego w Poznaniu.
Przekład: Jacek St. Buras; opracowanie tekstu: Katarzyna Migdałowska, Piotr Kruszczyński. Reżyseria: Piotr Kruszczyński; scenografia, światła, video: Mirek Kaczmarek; kostiumy: Jola Łobacz; muzyka: Paweł Dampc; choreografia: Natalia Draganik; asystent reżysera/inspicjent: Hanna Kujawiak.
Premiera 4 maja 2012 roku