Dżungla – dzisiaj

DŻUNGLA – DZISIAJ!

Ich czworo. Obyczaje dzikich Gabrieli Zapolskiej w Teatrze Polskim. Szkic ukazał się również w „Czasie kultury” 3/2010.

Właśnie. Na kuli ziemskiej już jej niewiele. Trochę w Azji południowo-wschodniej, Kongo i Amazonii, o którą świat cywilizowany tak się teraz martwi. Aliści obawy możemy w pewnym sensie powściągnąć – choć drzew coraz mniej, prawa i reguły dżungli oraz związane z tym rudymenty zachowań człowieka mają się nad wyraz dobrze, ich żywotność w ludzkich relacjach nie słabnie, odwrotnie, manifestują się coraz bardziej. Chociaż nasz behawior nie powinien mieć obecnie zbyt wiele wspólnego z prehistorią ludzkiego bytowania, jest jednak inaczej. Zeszliśmy z drzew czy wyszliśmy spośród nich – jedno pewne, zabraliśmy ze sobą tę przeszłość, musi więc być także istotną częścią postaci zaludniających sztukę Zapolskiej, wystawianej w teatrze dzisiaj. Z takiego założenia zdają się wychodzić realizatorki, reżyserka Agnieszka Korytkowska-Mazur i dramaturg Dana Łukasińska. I zaczynają przedstawienie od obrazu dżungli, gdzie przemykają chyże antylopy albo melancholijnie płyną nad nią ptaki niejako w przesuwających się klatkach zwolnionego niemego filmu, co przypomina nam, że ta dzika przyroda jest jednak z drugiej ręki. Podobnie jak w mediach, które gwoli swej atrakcyjności, kuszą, wręcz namawiają obrazami naszej niby to niepohamowanej witalności, na przykład w reklamie lub reporterskiej fotografii sportowej nadmiarem ekspresji, wykrzywionych agresją twarzy czy całych ciał, przypominając o rodowodzie wywodzącym się z pomroki dziejów. Nawet w eleganckich, estetycznie wyrafinowanych magazynach dla kobiet, możemy zobaczyć tu i owdzie język nagle wysunięty, wręcz wywalony, jak z nieznanej, ciemnej głębi ciała, by mógł nas przeszyć dreszczyk przypominający o nie do końca jasnej naturze naszych odruchów. Z pozoru (a może chodzi właśnie o pozory, bo na więcej już za późno?) wygląda to na coraz śmielsze, wręcz manifestacyjne wyzwalanie się z różnorakich krępujących i ograniczających form, konwenansów estetycznych czy, idąc dalej, ukrytych za nimi więzi, by zaistnieć wreszcie w przypadkowym żywiole wyłącznie własnego przeżywania, tych często zaskakujących nas samych porywów i zachceń – namacalnego dowodu niepowtarzalnego ego, które wydaje się dzisiaj kwintesencją wolności, sensu życiowego każdego z nas.
W poznańskiej realizacji na postawy i zachowania bohaterów patrzy się z tej perspektywy. Skalę trudności, jakie stały przed teatrem, ocenimy, dodając, że wszystko to na materiale sztuki Zapolskiej sprzed stu lat, opisującej zakłamanie moralne rodziny mieszczańskiej i wynikające z tego konsekwencje aż po jej rozpad. Teatr potrafił znaleźć jednak sposób, aby poprzez zużyte już dawno stereotypy ludzkich zachowań dotrzeć do tych instynktownych, żywiołowo się kształtujących wyobrażeń bohaterów o sobie i swoich związkach. I tak od razu na wstępie groźny i jednoznacznie wyrokujący podtytuł Tragedia ludzi głupich zmieniono na Obyczaje dzikich – mocno dwuznaczny, ale i nastawiający poznawczo wobec rzeczywistości, która – przyjmuje się z założenia – że jest nieznana, targana w nas najróżniejszymi siłami, nad którymi się nie panuje, więc gdy chodzi o możliwe konsekwencje – wręcz nieobliczalna. Siłą rzeczy odpada moralizatorstwo, wskazywanie palcem na zło, co by miało być wpisane w życie na podobieństwo przykazań wziętych ze szkolnej tablicy.
Mamy oto na scenie rodzinę w pogmatwanej sieci życiowych relacji jej członków i odkrywamy, co się z tymi relacjami dzieje, co nimi rządzi, jak się degradują do całkowitego ich zaprzeczenia. Ludzkie, empatyczne nacechowanie tych relacji zanikło nieomal zupełnie. Postaci czują się tak bardzo wolne, że jedyna pewność i jedyne ograniczenie, to fakt nie do przekroczenia, że są zamknięte w przestrzeni swego ciała. A w tym cielesnym jestestwie wszystko się kłębi: głębie przeszłości, myślenie w obecnej chwili – naglące i fruwające na wzór owych lotnych, przemykających się człowiekowi pragnień i nagłych konstatacji. Coraz to wybuchają czy wyślizgują się postaci gesty i wypowiedzi nieomal na wzór osobistego imperatywu czy deklaracji za chwilę nieoczekiwanie poniechanych, przerwanych czy po prostu zwyczajne niekończonych. Albo też w pojedynczych słowach wyrzucanych jak w nagłym zagubieniu z tym większą, gniewną, pełną złości siłą – wszystko po to, żeby ratować, to znaczy na powrót scalać czy utrwalać wyobrażenia i złudzenia gotowe zaniknąć w człowieku, rozpłynąć się w zaskakującej zmianie nastroju, kiedy nie wiadomo, co dalej robić czy mówić. Tak wyrazisty obraz postaci w istocie nieuformowanej rysuje swym precyzyjnie wymierzonym aktorstwem Barbara Krasińska w roli Żony, jak również Piotr B. Dąbrowski jako Fedycki, jej kochanek. Taki też bezkształtny jest ich związek, bo każde jest przede wszystkim pogrążone w wiecznym pościgu za sobą samym. Nie można nawet mówić o Żonie jako wyzwalającej się feministce ani o nim jako bojowniku wybijającym się na męską niepodległość. To ego obojga kochanków, dramatycznie zawieszone w pustce swej wolności nękane jest wiecznym człowieczym niedokonaniem. Zamiast relacji lepszej czy gorszej, wychodzenie ku drugiemu staje się ni stąd, ni zowąd potrącaniem się, bo ma się akurat interes do tej osoby natury seksualnej, finansowej, ewentualnie odnajdziemy jeszcze sprawę awansu zawodowego młodej doktorantki. Staje się naturalne, że jawią się wtedy demony, nie dające jednak konkretnej odpowiedzi tym, co zawiśli w niecierpliwym oczekiwaniu, choć bez konkretnej nadziei, przywracającej duchową stabilizację. Całe to niedopełnienie człowiecze przenikające rzeczywistość znajduje wyraz w obecności tego na poły tylko realnego towarzystwa nie odstępującego bohaterów świata rzeczywistego. Te demony czy raczej cienie tego, co by mogło być w realu, a jest niejako tylko projekcją, nęcącą tak, jak potrafi to tylko nasza wyobraźnia. Żeby wskazać na pokrętność relacji łączącej te dwie, jakby równolegle względem siebie, rzeczywistości, dochodzi nawet do bezpośredniego kontaktu w przypadku właśnie bardzo ekspresyjnego Fedyckiego, który wdaje się w dialog z owymi cieniami rzeczywistości, co dodaje przekonania i wigoru, rzec można, somnambulicznej nieomal postawie (taki rodzaj napędzania się samym sobą). Dodam, że Realizatorki otworzyły sobie tym ciekawym pomysłem przestrzeń w teatrze, gdzie można pójść jeszcze dalej, choć zdaję sobie sprawę, że powiedzieć łatwo, a dokonać o wiele trudniej, groziłoby to rozsadzaniem spoistej części realistycznej.
A tu ciekawie i niekiedy wręcz dowcipnie udało się przeobrazić stare motywy w nową treść, gdyby odwołać się do języka ongiś obowiązującej dialektyki. Mamy więc obok nieposkromionego ducha kobiety, co poczuła się wreszcie wolna po wiekach i w rezultacie dokonuje spustoszenia w życiu swojej rodziny – Męża (Andrzej Szubski), który jest teraz wielce uczonym Profesorem, wiernym strażnikiem rodziny, no i dobrze prosperującym autorem, co istotnie i długo waży w dramacie wyzwalającej się z oków Żony. Realizatorki bardzo długo pozwalają Profesorowi uchodzić za jedyną osobę walczącą o ład moralny, pozostawiając przyczyny takiej postawy w cieniu. Uwaga kobiet skupiona jest na męskiej ekspresji Fedyckiego, której czarowi ulegają zresztą w bardzo różny sposób. I tak Wdowa (Teresa Kwiatkowska) śmiało przed nim przyklęka, by twarzą i ręką znaleźć się na wprost miejsca, które ją tak w nim przyciąga. Córka Profesora (Katarzyna Dałek) przeżywa emocjonalnie kontakt z kochankiem matki, jej chwilowe wewnętrzne rozdarcie aktorka potrafiła nam przekonująco zasygnalizować. Kochanek Żony staje się swoistym fatum ujawniającym jedynie płynność wszelkich żeńsko-męskich relacji, choć i on jest w końcu zdystansowany przez Żonę Profesora, dla której wszelkie relacje życiowe zmieniają sens, kiedy wykrzykuje, że musi pomyśleć wreszcie o sobie – i rodzi się na naszych oczach singielka. Pod koniec przedstawienia dokonuje się ostatnia wolta, kolejne przewartościowanie relacji. Oto Profesor, owszem, zależy mu na rodzinie, wydaje się jej stabilizatorem, ale właściwie dlatego, że w gruncie rzeczy całkowicie się w niej separuje swoimi badaniami nad kulturami pierwotnymi. I w istocie jedynie to tak naprawdę go obchodzi, tym jedynie umie odpowiadać na wszelkie wspólne problemy. Nagle buńczuczne wykrzykiwania i bulwersujące decyzje Żony, wyglądają na bezowocne przebijanie balonu naukowych fascynacji Profesora i stają się wyrazem bezradności i buntu kobiety zaplątanej, która w rzeczywistości niczego nie rozumie, a najmniej samą siebie. Ostatecznie postawa Profesora demaskuje się za sprawą jego doktorantki (Oriana Soika), która ochoczo wskakuje w rolę żony, ale na gruncie osobistych relacji szybko odnajduje siebie w identycznej sytuacji, w jakiej była jej poprzedniczka – czyli nie znajduje żadnego kontaktu poza naukowym. Nagle córka, która cały czas broniła związku rodziców i dlatego stała po stronie ojca, teraz, patrząc na niego i doktorantkę, widząc pustkę między nimi, zaczyna rozumieć tamtą – między jej matką i ojcem. W szarym pomroku siedzą troje tak bardzo osobno jak nigdy dotąd, cisza i milczenie narastają jak nieznośny ciężar, od którego nie ma odejścia ani tam na scenie, ani tu na widowni. Odchodzi córka, odchodzi doktorantka. Profesor siedzi nieruchomo w półmroku sam ze swoją ogromną wiedzą i mądrością o życiu, o żelaznych prawach i rytuałach mieszkańców dżungli, która nie pomogła mu w dżungli serc i umysłów, pośród której żyje.

Ich czworo. Obyczaje dzikich Gabriela Zapolska, Teatr Polski w Poznaniu.
Dramaturgia: Dana Łukasińska; reżyseria: Agnieszka Korytkowska-Mazur; scenografia: Jacek Malinowski; kostiumy: Agnieszka Stanasiuk; muzyka: Paweł Betley; ruch sceniczny: Maciej Zakliczyński; projekcje: Sylwek Łuczak; reżyseria świateł: Mateusz Wajda.
Premiera 23 kwietnia 2010 roku