Don Juan odchodzi

DON JUAN ODCHODZI

Don Juan Moliera w Teatrze Nowym im. Tadeusza Łomnickiego w Poznaniu. Szkic ukazał się również w „Czasie kultury” 4/2009.

Dla jednych jest Don Juan człowiekiem, który bezbożnie swawoli pod okiem nazbyt długo cierpliwego Nieba. Inni widzą w nim buntownika mówiącego „nie!” porządkowi świata, w którym przyszło mu żyć. A jeśli jest to jedynie bon vivant francuskich XVII-wiecznych wyższych sfer, nie zapominajmy, że uwodził szlachetnie urodzone jak i proste wieśniaczki, zrównując tak różne stany dużo wcześniej niż sto lat przed Rewolucją Francuską. I to wszystko na oczach Ludwika XIV w jego ulubionym teatrze. Tak więc mógł myśleć Molier tylko o komedii i najlepiej, jeśli było jej blisko do farsy, którą Król Słońce szczególnie lubił. Prezentowanie długich dialogów, przechodzących nieomal w dysputy pana i jego sługi, czyli Don Juana i Sganarela, to przede wszystkim zabawa w umowność, co pozwala ujawnić dwuznaczność rzeczywistości, nie dając przy tym pretekstu do tupania na Moliera, żeby się poskromił.
Reżyser poznańskiej realizacji Don Juana Moliera – Aleksander Kaniewski jest poniekąd takiej strategii wierny. Podaje nam historię Don Juana wziętą w cudzysłów. Wprowadza Postać Teatralną i to ona aranżuje opowieść o dwuznacznych poczynaniach bohatera. O ile jednak dwuznaczne sensy obracały się ongiś w zabawę, tak dzisiaj odwrotnie, Postać Teatralna (Mariusz Puchalski) uprzedza nas, abyśmy zanadto komedii nie zawierzyli i intonacją sugeruje, że kryje się za tym znacznie więcej. Od razu też rozumiemy, że losy Don Juana są nam przedstawione ku nauce, a nie tylko dla naszej uciechy. Nikt przecież nie lubi, kiedy daje się mu nauki wprost. Mamy więc teatr w teatrze. Dodajmy, że Postać Teatralna wciela się także w inne epizodyczne postaci, co ma też aspekt ekonomiczny, ale jesteśmy w teatrze i wiemy, że chodzi przede wszystkim o potęgującą umowność, przydającą ludzkim działaniom ten szczególny naddatek napięcia, jaki niesie gra. Gra, która jest nieustającym balansem pozoru i prawdy prześladującym wszelkie ludzkie relacje, o czym rozstrzyga definitywnie, dopiero finał, i nie inaczej dzieje się z Don Juanem.
Wróćmy jednak na chwilę do czasów, kiedy Don Juan był postacią bardzo jednoznaczną i na pewno nie negatywną. Myślę o przedstawieniu w Teatrze Polskim w Warszawie w reżyserii Bohdana Korzeniewskiego w 1950 roku, które oglądałem jako licealista, choć pewne uderzające wartości tego spektaklu przetrwały w pamięci. Don Juan Czesława Wołłejki atakujący triumfalną ironią zaskorupiałą ludzką mentalność – to zamykanie się w sobie, które miało też znaczenie zupełnie inne, było wtedy obroną wobec zaciskającej się coraz bardziej pętli politycznego reżimu. Ale Don Juan chciał być ponad wszelkie ograniczenia, jego postawą rządził otwarty umysł i tchnienie wolności, które przynosił całym sobą. Ulegał jedynie czarowi kobiet, utożsamianych bardziej z urodą świata niż tylko z obiektem, czy podmiotem erotycznym. Miał w sobie lekkość wziętą jak z poezji, co nie przeszkadzało mu momentami uderzać zjadliwym, krytycznym pchnięciem, które – czuło się – bierze się w nim z entuzjazmu wobec życia w ogóle. Szok, jaki przyniosła końcówka przedstawienia, uratował dla pamięci ten dość wyjątkowy, pełen ironicznej finezji obraz teatralny, kiedy triumfujący ciągle Don Juan ni stąd, ni zowąd zapada się w otwierającą się pod nim dziurę, jak na czyjeś hokus-pokus, bo jest to poprzedzone kilkoma zaledwie uchwytnymi dla oka, drgnieniami gipsowego popiersia Komandora dekorującego salon. Po bohaterze pozostał ulatujący natychmiast w górę obłoczek pary czy dymku, rozwiewający się momentalnie w nic. Zrobiło się tak, jakby Don Juan wszystkim oczekującym wywinął przed nosem fimfę: chcieliście dla mnie kary? To ją macie! Takie odejście to po prostu psikus zrobiony całemu światu, który chciałby go pognębić.
Don Juan Radosława Elisa w poznańskim przedstawieniu – to już zupełnie inne czasy. Podmiotowość człowieka nie jest czymś podejrzanym, została wyniesiona na piedestał, co w konsekwencji czyni człowieka ofiarą samego siebie. Don Juan wie, że całe bogactwo świata, różnorakich z nim relacji jest jemu przeznaczone do odczuwania i przeżywania. To jakby jego zadanie, które oczywiście, powierzył sam sobie. Tylko jak daleko na tej drodze można się posunąć? Aktor, budując postać Don Juana, nie poszedł oczywistą, wydawałoby się, drogą, nie sięgnął do aktualnych stereotypowych zachowań. Jego Don Juan nie jest drapieżnym dwudziesto- czy trzydziestolatkiem naszych czasów, który nie liczy się z niczym, by osiągnąć swoje. I to się wydaje najciekawsze, chociaż wiadomo, że podniosło ogromnie próg trudności dla Aktora. Jego Don Juan jest inteligentnym, wrażliwym na świat i ludzi młodym człowiekiem. To, rzecz jasna, trochę mało jak na CV, które ma przyciągnąć uwagę. Inspirujące go pragnienia i namiętności przynoszą jednak istotną dwuznaczność, która komplikuje idealną formułę. Bo czy otwarcie się na świat, chłonność tym podyktowana – nie może się stać bardziej wyrafinowaną formułą obłudy, za którą ukrywa się folgowanie wszelkim swoim zachciankom? Don Juan wie, że nie oprze się pokusie, kiedy spotka kobietę, która może odsłonić nowe doznania, nowe światy. W gruncie rzeczy to z niewiary w siebie, z nieufności – nie chce wrócić do Elwiry (Ewelina Dubczyk), żeby nie zadawać jej nowych cierpień. Gdzieś na dnie tkwi w nim pragnienie, aby uciec przed swym brakiem nieodpowiedzialności, któremu frontalnie nie potrafi czy nie chce się przeciwstawić.
Rodzący się dystans względem siebie samego widać u Don Juana również w jego relacji ze Sganarelem (dobra rola Cezarego Łukaszewicza), jego sługą, który zawodzi, zwyczajnie tchórzy, kiedy jest potrzebny swemu panu; a w sytuacjach, gdy niczego nie ryzykuje udziela rad, krytykuje go. Don Juan z reguły to znosi, z wyjątkiem rzadkich momentów irytacji. Pozwala, a nawet chce równania ich wzajemnych relacji. Słucha niekiedy długich tyrad sługi, choć respektuje prawa swego stanu w stosunkach z innymi. Podejmuje wyzwanie do pojedynku Don Carlosa (Nikodem Kasprowicz), brata Elwiry, którą skrzywdził, mimo że wcześniej Don Juan uratował mu życie. Można powiedzieć, że odpowiada na różnobarwną rzeczywistość świata, nie tylko tę, która ofiaruje przyjemność.
Z kolei, kiedy spotyka Karolkę (Marta Szumieł) i Małgośkę (Jagoda Stach), zauroczony nimi, żadnej nie wyróżnia, chce sprostać oczekiwaniom obu. Jest więc w tym kontakcie istotna równorzędność i równoczesność. Oglądamy na scenie trójkąt, choć żadna w tym perwersja minionego czy obecnego wieku. Jest tylko sceniczne, miłe dla oka, na wpół taneczne trio. Jak pragnie tego Don Juan, jest wspólność ludzkiego przeżywania i jej radość. Nie ma zdrady, nie ma skakania z kwiatka na kwiatek. Don Juan odsłania właściwie pragnienie jedności, tak jakby w rzeczywistości istniało jedno ciało świata, którego jest tylko cząstką. Kiedy dochodzi do ostatniej rozmowy z Don Luisem (bardzo skupiony, oszczędny Aleksander Machalica) ojcem Do Juana, wszystko pryska. Syn może schować do kieszeni subiektywizm swej podmiotowości. Nie ma szans wobec praw i zasad ludzkiej rzeczywistości, o których respektowanie upomina się jego ojciec. Don Juan się ugina, nie chce rozpaczy ojca, a wie że nie będzie zrozumiany. To jego ostateczna klęska. W tej rozmowie ojciec jest w głębi sceny, na balkonie, jak prawodawca i strażnik prawa, choć zależny od tego, co syn powie. Don Juan, na proscenium, zwrócony do widowni i poprzez nią, poprzez nas słuchających, mówi to, co ojciec chce usłyszeć – mówi w swą najgłębszą samotność. Tak jakby własne słowa nie miały go nigdy doścignąć. Kiedy więc opowiada o tym Sganarelowi, to właściwie błaznuje.
Na pewno nie chciałby drugi raz, po tym, co powiedział, stanąć przed ojcem. Idzie potem z proscenium w głąb. Odchodzi spokojnie, bez pośpiechu, człowiek pogodzony ze swoją klęską. Znika za kulisami teatru aranżowanego przez Postać Teatralną. I takie to jest odejście: bez ostatniego słowa. Bo był dla siebie wszystkim – tym, co przeżywał i co prawa sobie zakreślał. Może to było dla niego za dużo.

Don Juan Moliera, Teatr Nowy im. Tadeusza Łomnickiego w Poznaniu.
Reżyseria, adaptacja: Aleksander Kaniewski; scenografia, kostiumy: Wiktor Archipow; muzyka: Jerzy Satanowski; inspicjent, asystent reżysera: Dorota Kuczyńska-Standełło.
Premiera 30 maja 2009 roku