DEMOKRACJA – WYNALAZEK CZŁOWIEKA?

DEMOKRACJA – WYNALAZEK CZŁOWIEKA?

Demokracja Michaela Frayn’a w reżyserii Pawła Szkotaka w Teatrze Polskim w Poznaniu.

Nie wymyśliliśmy walki o władzę. To domena przyrody; nawet drzewa i rośliny, rosnąc w górę, ścigają się w milczącym boju o jak najwięcej światła. Wygląda na to, że w procesie dziejów człowiek swoją bezwzględność w zdobywaniu władzy i jej sprawowaniu chce jednak powściągać, czy wręcz nad nią zapanować. Już to, że skończyło się na „zimnej wojnie”, a nie „gorącej”, choć palec był tuż, tuż przy „guziku”, było jakimś sygnałem; także na plus, jeśli pamiętamy jak bardzo inaczej podobne zwarcia kończyły się w historii. Stąd pytanie, czy w warunkach demokracji praktyka człowieczego rządzenia ma większe szanse zaistnienia i realnego decydowania o sytuacji politycznej.

Frayn pokusił się o badanie wynalazku demokracji na przykładzie Republiki Federalnej Niemiec, kiedy rządy obejmuje Willy Brandt ze swoją ekipą. Wbrew „zimnej wojnie”, Kanclerz Niemiec Zachodnich szukał porozumienia ponad tym, co dzieliło Zachód od Wschodu, a w szczególności dwa państwa niemieckie RFN i NRD. To była jego wielka misja – zaprzeczyć kataklizmowi II Wojny Światowej, że nie musi się powtórzyć. A więc iść koniecznie do porozumienia, chociaż szans niewiele. Iść nawet za cenę swej milczącej zgody, na skryte wyrachowanie i cynizm drugiej strony, która nie będąc w istocie wolnym, demokratycznym państwem, może mieć swoje utajnione cele, choć dla swoich obywateli i całego świata staje się oto partnerem demokratycznego państwa. Przyjmując otwartą postawę wobec strony nie dającej się w pełni rozpoznać, co do politycznych intencji, strona demokratyczna skazuje się najpierw na trudne wypracowywanie zgody u siebie. A w warunkach demokratycznych to nic innego jak ciężka walka o tę zgodę na podjęcie politycznego ryzyka. Ścierają się więc różne opcje krytyczne i nie obędzie się bez nieustających kolizji i zwarć polityków. Tym bardziej, że ekipa Brandta to bardzo zróżnicowane rodowody życiowe i polityczne, gdzie każdy ma swoje obliczenie. Obok Wehnera, byłego komunisty sprzed 1939 roku, jest także, ongiś, żołnierz Wermachtu, a z kolei Numer Jeden ekipy, Brandt, władzy Hitlera nad sobą w ogóle nie doświadczał, co w pewnym momencie wydaje się sugerować, że brak tego doświadczenia, mógłby być w okolicznościach mniej dla niego sprzyjających traktowany jako znaczący niedostatek. Aktorzy dokumentują wprawdzie wierność swych postaci dla Numeru Jeden, ale charakterologiczna agresywność tegoż Wehnera (Piotr Kaźmierczak) daje o sobie znać, i przyczajenie Schmidta (Andrzej Szubski), ewentualnego następcy Brandta, też swoje znaczy. Nawet Ehmke (Jakub Papuga), z monotonią swego bezwzględnego porządkowania spraw, budzi pytanie, czym za chwilę zaskoczy, i w kogo to uderzy. Reżyser już w początkowej części przedstawienia buduje celny obraz sceniczny, który w ekspresyjnym skrócie, wręcz metaforycznym, przedstawia owo dzianie się polityki na gorąco, niczym gotowanie strawy, kiedy można się okropnie poparzyć i pokaleczyć na całe życie. (Uświadomiłem sobie wtedy, jak świetnie trafia Teatr premierą, akurat, kiedy zaczyna się u nas sezon wyborczy!) Oto przy nieforemnym stole rządzącej ekipy pojawiają się długie kije bilardowe. Zaczyna, oczywiście, najbardziej agresywny Wehner, mamy wrażenie, że będzie chciał nim kłuć. Ale to jest zaraźliwe. Wydaje się już po chwili, że głowy uczestników to kule bilardowe, w które będzie się trafiać i wzajemnie do siebie nimi strzelać. Gra staje się popisem gimnastyczno-akrobatycznym na stole i wokół, gdzie każdy chce się za wszelka cenę przekonać, czy przewalczy tych drugich do swego. Ale to, o co chodzi, wspólny namysł nad problemem – w kotłowaninie się zatraca.

W tej sytuacji o jedności demokratycznego działania i jego skuteczności zadecyduje narzucająca się osobność Brandta jako człowieka, co przekonywająco akcentuje na naszych oczach Michał Kaleta. Ta jego osobność, to nie emanująca z postaci witalność, ani wyjątkowa siła jego intelektualnego argumentowania, lecz samo poczucie misji, moc jego wewnętrznego przekonania, czym, rzec by można, został niejako obdarowany, a jest to po prostu tajemnica człowieka, skądinąd skazanego na różne dolegliwości zdrowotne, a także i namiętność typowo męską – kobiety. Kaleta swoim aktorstwem wskazuje nam, że jedynie misja polityczna jakiej Brandt się oddaje, czyni go tak silnym i konsekwentnym w swym dążeniu. Jedynie ona. On wie, że nic innego nie uzasadni tego, że jest Numerem Jeden w państwie. Jego działania nie bardzo udane w sferze gospodarczej to potwierdzały. A jednak w chwili kiedy klęczy pod Pomnikiem Bohaterów Getta w Warszawie, a właściwie w momencie, kiedy już wstaje z kolan, widzimy wreszcie w półobrocie jego twarz w świetle – twarz człowieka zaskoczonego sobą, co właściwie zrobił. Jakby nie wiedział nagle, skąd ten jego gest pokory, prośby o przebaczenie. Bo on tylko wypełniał posłusznie to co należało, czym chwila pod pomnikiem tak mocno mu zaciążyła. Więc czy naprawdę to wyłącznie jego własny gest, i niczego w tym więcej, na żaden inny użytek? A jeśli jest coś więcej, to należy już do innych, od nich tylko zależy, jak to zobaczyli – odczytali, a może i więcej?

Podążając drogą zapisaną przez Autora, Reżyser prowadzi nas także coraz głębiej w relację Brandta z jego sekretarzem Günterem Guillaume (Przemysław Chojęta), także szpiegiem enerdowskim. Relacja ta jest niezwykle ciekawie poprowadzona przez obu aktorów. Z jednej strony dotarcie służb wywiadowczych NRD tak wysoko, do samego szczytu władzy, wydaje się być sukcesem ogromnym. Z drugiej – dla Guillaume oznaczało to zbliżenie, wręcz bliskość z wyjątkową osobowością Brandta; dawało możliwość poznania jego istotnych motywacji, a więc szczerości i prawdy w polityce, czemu Brandt starał się być wierny. To mimowiedne oddziaływanie zmieniało osobisty stosunek Guillaume do Brandta, z początku tylko niezwykle cennego obiektu jego wywiadowczej inwigilacji. Z wolna Brandt stawał się dla niego – jak wyznawał to prowadzącemu go Kretschmann’owi (Piotr B. Dąbrowski) – równie ważny jak jego szef we Wschodnim Berlinie, co wykreował go do tak poważnego zadania. Im dłużej był tak blisko przy Brandt’cie, bardzo chciał, żeby Kanclerzowi się powiodło to, co planował. Kiedy uświadamia sobie, co to zaczyna znaczyć, widzimy jak pęka mu cały dotychczasowy wewnętrzny porządek świata, z którym stanął do zadania by szpiegować Brandta. Kiedy pojawiają się pierwsze oznaki możliwej dekonspiracji, silne staje się pragnienie, ażeby wyznać Brandtowi, jak bardzo go ceni i szanuje za jego pracę. Chciałby przyznać się do swej rzeczywistej roli przy nim; być tym pierwszym, który mu o tym powie, a nie żeby Brandt przeczytał o tym w gazetach. Narosło w nim jakieś ogromne zobowiązanie wobec Brandta. A kiedy później zorientował się, że Brandt już domyśla się jego podwójnej przy nim roli, a jednak nie podejmuje żadnych kroków przeciwko niemu – Guillaume świadomość tego obezwładnia. Nie rozumie Brandta czemu nie robi tego, co oczywiste. On sam szansy nie wykorzystuje i nie ucieka, choć prowadzący go Kretschmann o tej możliwości mu przypomina. Niepojęta bierność, może wyrozumiałość, czy wręcz skryte swoiste ostrzeżenie – bo i tak mógł w końcu rozumieć dziwną rozmowę z Brandtem o szpiegowaniu prowadzoną w warunkach rodzinnych wakacji Kanclerza – absolutnie go sparaliżowało. Można powiedzieć, że poczuł się wobec Brandta podwójnie winny, pozbawiony nagle wszelkich argumentów, jako człowiek wobec drugiego człowieka, którego teraz bardzo cenił, wbrew temu jaka była przy nim jego rzeczywista rola. Stąd poczucie osobistej, życiowej klęski staje się istotniejsze niż możliwa jeszcze ciągle ucieczka przed aresztowaniem i wieloletnim wiezieniem. Nie zdaje sobie jednak sprawy, że bierność Brandta może wynikać również ze świadomości własnej życiowej klęski. Bo przecież Brandt musiał zrozumieć od razu, że całego jego życie a więc i to najbardziej osobiste, skryte przed cudzą wiedzą – a związane z jego namiętnością – podlegało inwigilacji, co teraz znaczyło, że wisi mu nad głową kompromitacja jako człowieka. Poczucie osobistej, życiowej klęski uderza więc ich obu. Stąd szczególna i charakterystyczna bierność obu wobec sytuacji w jakiej się znaleźli. Dodam, że obaj aktorzy, Kaleta i Chojęta zagrali z wielkim wyczuciem sensu w tej końcowej części, i dzięki temu gra znaczeń tego, co między nimi nie zostało w słowach nigdy dopowiedziane, ma szanse by jednak do nas dotrzeć.

I jeszcze o samym zakończeniu, bo ono daje dużo do myślenia, jak możemy patrzeć na władzę. W demokracji nie musi być wielkiego dramatu, kiedy rządzący Numer Jeden poddaje się do dymisji z własnej woli, nawet tak bardzo zasłużony dla kraju jak Willy Brandt. W poznańskim przedstawieniu nie daje się więc jemu szansy na żaden wielki „teatr”; grający go Michał Kaleta – po prostu zwyczajnie odchodzi, znika w głębi sceny jak szary zwykły „nikt”, prawie niezauważony; jak my, zwykli ludzie, wszędzie tam, gdzie nie jesteśmy potrzebni, albo gdzie nam samym się nie podoba. Może wreszcie będzie demokracja. A więc władzę można pozbawić sacrum? Z głośnika słychać tylko wynik głosowania w Bundestagu: kanclerzem został Helmut Schmidt.

 

Demokracja Michaela Frayn’a w Teatrze Polskim w Poznaniu.

Reżyseria: Paweł Szkotak; scenografia, kostiumy, reżyseria świateł: Agata Skwarczyńska; muzyka: Krzysztof Nowikow; choreografia: Paulina Andrzejewska; multimedia: Marek Straszak; asystent reżysera, inspicjent: Magdalena Matusewicz; kierownik produkcji: Andrzej Szwaczyk.

Premiera: 16 kwietnia 2015