Da się żyć tylko udając

DA SIĘ ŻYĆ TYLKO UDAJĄC

Udając ofiarę braci Presniakow w Teatrze Nowym im. Tadeusza Łomnickiego w Poznaniu. Szkic ukazał się również w „Czasie kultury” 3/2009.

Oleg i Władimir Presniakow opowiadają o rzeczywistości, w której przebrała się miara człowieczego zagubienia. Proces rozkładu, a właściwie zanikania relacji z innymi, ze światem i w konsekwencji ze sobą samym, postąpił tak daleko, że nie jest się już zobowiązanym wobec nikogo i niczego. Są tylko spotykane na codziennie okoliczności mnożące się wokół bez liku i trzeba być czujnym, bo dzięki nim wychodzimy na swoje lub nie. Główny bohater, młody Wala (Nikodem Kasprowicz) po filozofii, nie ukrywa, że jest nikim, że go po prostu nie ma. To rodzaj zuchwałego wyznania, czynionego tak, jak to w zwyczaju u szarej myszki. I nie dlatego, żeby dokonywać wyboru, lecz by być właśnie od tego wybierania wolnym. Nie usztywniać się zasadami – chwytać okazje. Inaczej mówiąc, to ktoś niejako urodzony do życia, w którym nie musi być sobą. Udawanie jest naturalnym i koniecznym sposobem radzenia sobie; tym bardziej że okoliczności to mozaika, która zaskoczy każdego. Praktykowanie takiego sposobu na życie, jest tak bardzo powszechne, że trudno nie uznać, tego za normalność. A jak wtedy odróżnić, co udawane, a co nie? Komu jednak ze zwykłych zjadaczy chleba miałby być potrzebny trud takiego rozgraniczania? Poza tym realność tego, co jest, co dzieje się na naszych oczach, wymazuje granicę dzielącą to, co jest mówione naprawdę, od tego, co tylko udawane. Czy więc jedno nie staje się z czasem drugim? Najważniejsze to jednak płynąć z biegiem rzeczy, w jakichkolwiek tarapatach by się było. Trudno odmówić temu swoistego uroku. Nie da się ukryć, że dąży taka rzeczywistość ku grotesce. Ale żywioł tej groteski – powinno się pamiętać – to na dwoje babka wróżyła. Jest śmiesznie i zabawnie ale za wszystkim kryje się w sztuce groza. Nic nie jest w tej rzeczywistości jasne, ani w swych konsekwencjach niedwuznaczne. Po prostu panuje nieprzewidywalność. A człowiek w swych działaniach jest zwyczajnie nieobliczalny, stosownie do swoich duchowych ułomności i wyolbrzymień myślowych. Chwilami też wydaje się, że odnajdujemy w tych zachowaniach pozostałości po dawnej proletariackiej równości, domagającej się, żeby trzymać się razem, pospołu. Choć czasem wzajemnie sobie, dokładając, poklepując się po plecach i uśmiechając, jakby rozumiano się doskonale, gdy faktycznie każdemu chodzi o co innego.
Szkoda, że rzeczywistość poznańskiego przedstawienia mieni się w naszych oczach nazbyt groteskowo, że traci przypisaną jej skrytą grozę. Grozę wynikającą nie z czyhającego w człowieku zła, nie z agresywnych – lecz z pokrętnych motywacji i działań, które choć związane z konkretnymi osobami, zdają się być całkowicie przypadkowego, wręcz anonimowego pochodzenia. Na kogo byśmy pokazali palcem, jako na winnego – poczuje się zaraz pokrzywdzony lub przynajmniej źle rozumiany. To prawo do niedopowiedzeń, prześlizgiwania się obok istotnych dla bohaterów pytań, jest ich bronią. Można powiedzieć, że zastępuje Boską Opatrzność, która nie przychodzi na myśl, bo wybito im to dawno z głowy – w poprzednich pokoleniach.
Jest w przedstawieniu kilka postaci, które ten konieczny cień dwuznaczności, niepokoju, czy nawet grozy jednak podtrzymują, stosownie oczywiście, do swej roli. Myślę o Matce Danieli Popławskiej, wujku Piotrze Mariusza Puchalskiego, Zakirowie Mandara S. Purandare’a, Wierchuszkinie Ildefonsa Stachowiaka, Sysojewie Waldemara Szczepaniaka. A także o Kierowniku Restauracji Wojciecha Deneki, który swym epizodem jest, jak dalekie echo ongiś znakomitego teatru absurdu, kiedy pomysł przede wszystkim musiał błyszczeć inteligencją. I Deneka o tym przypomina. Sądzę, że doświadczenia teatru absurdu, w sztuce braci Presniakow byłyby jak najbardziej na miejscu.
Powiedzmy do końca: mamy przed sobą ludzi ze społeczeństwa, które przez dziesiątki lat, przez wiele pokoleń dwudziestego wieku – żyło pod ciśnieniem ogromnego terroru i tacy „sprasowani” zostali pozostawieni sobie, kiedy w ostatnim dziesięcioleciu minionego wieku terror nagle zanikł, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Nie było siły społecznej, która by świadomie go usuwała, ani krwawej rewolucji, która by obalała. Załatwiono odgórnie, urzędniczo. A autorzy napisali sztukę o społeczeństwie, na które przyszedł czas odchorowania tej „epoki”. Wala znalazł swój własny sposób. Najmuje się do pracy, przyjmując rolę ofiary, w wizjach lokalnych organizowanych na potrzeby śledztw w sprawie morderstw. W istocie chodzi mu o próbę prawdziwego życia, aby się zbliżyć, poczuć jego smak. Bo udając w relacjach z innymi traci je, przestaje naprawdę żyć. Każe nawet w pewnym momencie podduszać się swojej dziewczynie, żeby dojść do momentu, kiedy udawania już być nie może. Jednak ograniczenie wynikające z fizycznych parametrów nie daje szansy na nową psychiczną przestrzeń. Zresztą to tylko jedna strona rzeczywistości, naznaczonej przecież pokrętnością ludzkich działań, które, nie wiadomo nigdy, dokąd ludzi zaprowadzą. Nie ma dla nich granic, nie ma mety. Kiedy dochodzi do wizji lokalnej w domu rodzinnym Wali z powodu otrucia matki, wujka Piotra i jego dziewczyny, prawda i udawanie splatają się w węzeł nie do rozplątania. Nie jesteśmy już w stanie powiedzieć, czy Wala staje się ofiarą naprawdę, bo zemścił się na matce i wuju za otrucie ojca, o co ich podejrzewał. Czy tylko udaje, że ich zabił i sprowokował wizję lokalną, żeby udawanie zatriumfowało, zamykając wszystkim usta i cała ta mistyfikacja pomyliła zainteresowanym tropy. Nie pozostało im nic innego, jak milczeć lub wrócić do przeszłości. Ona tłumaczy bohaterów, jakimi dzisiaj są. Ta przeszłość, to ojciec Wali (Witold Dębicki, świetny w finale!) wracający do syna w śnie na początku i na końcu przedstawienia. I w ten sposób przeszłość trzyma życie Wali, jak w żelaznych szczękach, z których nie ma wyjścia. Nie ma także ojciec. Ta relacja nawiązuje, rzecz jasna, do szekspirowskiego Hamleta, ale tylko po to, byśmy ujrzeli jaka nieodwracalna przepaść dzieli te dwie pary. Jakby to były zupełnie różne ludzkie gatunki. Tam Duch ojca wyposaża swoim dziedzictwem syna, współtworzy go, sposobi do działania, a tutaj ojciec Wali, wraca ze swojego, jak mówi „głupiego życia” do syna, jedynego, kto mógłby mieć dla niego usprawiedliwienie, że istniał, że żył – i opowiada, jak pływał po oceanach przez tyle lat, coś w oddali ciągle błyszczało, a kiedy udało mu się wreszcie dopłynąć, okazało się, że to puszka ze śledziami w oleju, po których rzygali przez tydzień. I jakie ma teraz ojciec szanse u syna, po tym, czego dowiedzieliśmy się w przedstawieniu? A syn u ojca? Niemoc wzajemna. Może jednak lepiej udawać?

Udając ofiarę Oleg i Władimir Presniakow, Teatr Nowy im. Tadeusza Łomnickiego w Poznaniu.
Przekład: Agnieszka Lubomira Piotrowska; reżyseria: Łukasz Wiśniewski; scenografia: Szymon Gaszczyński; kostiumy: Aleksandra Grudzińska; opracowanie muzyczne: Agata Jagniątkowska; asystent reżysera: Hanna Kujawiak.
Premiera 13 marca 2009 roku