Co ze swoim złem uczynić?

CO ZE SWOIM ZŁEM UCZYNIĆ?

Mykwa Piotra Rowickiego w Teatrze Polskim w Poznaniu. Szkic ukazał się również w „Czasie kultury” 3/2009.

Po książce Jana Tomasza Grossa i dyskusji o antysemityzmie polskim, jaka przetoczyła się przez media w minionych latach, wiemy sporo o mordzie na Żydach w Jedwabnem. Jednak nadal problem nakładających się okupacji niemieckiej i radzieckiej i uruchomionych wtedy przeciwstawnych sił po stronie okupowanej polsko-żydowskiej społeczności nie został w pełni wyczerpany. Ślad tego daje się zauważyć także w przedstawieniu, gdzie żołnierze obu armii pojawiają się trochę deus ex machine na zasadzie migawkowego wtrętu, który właściwie nic nie wnosi. Publicystyczne rozpoznanie to jedno, obraz teatralny – zupełnie co innego. Tam wgląd w splot uwarunkowań psychospołecznych i politycznych, w działanie stereotypów i tak dalej – tutaj wgląd w człowieka, który w pojedynkę mocuje się w sobie z przeszłością. Dopowiedzmy gwoli ścisłości, że reżyserka Monika Dobrowlańska nie rezygnuje z ostrza publicystycznego, w końcowym rachunku odnosząc rzecz do rzeczywistości dnia dzisiejszego. Zatrzymamy się przy tym, co decyduje o randze przedstawienia – przy tak przejmująco prowadzonym głównym wątku. A więc wgląd w człowieka – sprawcę zbrodni. Obserwacji poddany jest proces przeżywania zbrodni przez tego, który ją popełnił. Takie ujęcie jest szczególne, gdy do zbrodni, do ofiary – mamy dotrzeć przez zbrodniarza, który sam bardzo wolno, z ogromnymi oporami, walcząc ze sobą, wraca do niej i to po latach, kiedy jest stary, na przedprożu śmierci. Kiedy przyszedł czas i chce za wszelką cenę wiedzieć, kim jest, jak się załatwiło najważniejsze sprawy. Jan Sapieżka Wojciecha Kalwata (znakomita rola) walczy o siebie jak o sprawę ostateczną. Rodzina, czyli żona (Małgorzata Peczyńska) i przede wszystkim bracia (Sylwester Woroniecki i Zbigniew Waleryś), którzy też mogą się czuć winni udziału w zbrodni, starają się przejść nad wspólną przeszłością do porządku dziennego. Jedyny Sapieżka przyjmuje wyzwanie swej pamięci. Nie odwraca się od niczego. Bezwzględną otwartością przeżywania chce przezwyciężyć to, czego wymazać ze swego życia mu się nie udaje. Na różne sposoby dialoguje z przeszłością. Chwilami zaciekle, brutalnie zaprzecza, by znowu wrócić do tego, co dręczy. Cały czas stoi obok lub leży na centralnie usytuowanym posłaniu, w rozległej scenicznej przestrzeni. W głębi, za posłaniem ma tylko samotne, liche i nieco krzaczaste drzewko. Taki nieustępliwy cierń, jakim dla siebie jest też Sapieżka nie mogący niczego zmienić w swej pełnej gorzkiej bezradności egzystencji. Musi więc być kim jest, tak długo jak żyje. Bo jak się oczyścić? Gdzie?
Kiedy dialoguje, jesteśmy coraz mniej pewni, czy tylko ze sobą i z innymi – czy coraz bardziej ze wszystkim dookoła, co bliżej i dalej. Więc i z tą milczącą, niezmąconą niczym przestrzenią, którą scenografia Petry Korink, wyzwoliła z ograniczeń architektonicznych teatralnego budynku – i ona się uobecnia z taką siłą, że wydaje się być czymś bardzo konkretnie odczuwalnym, a jednocześnie bez kresu – jak świat. Jeszcze toczą się rozmowy Sapieżki z ludźmi wokół. Jest spowiedź u Księdza (Jakub Papuga), która kończy się fiaskiem, bo relacja ich stała się grą ludzi, konkretnych celów i postaw. Jest spotkanie z żydem Mendlem, który oczekiwał przyznania się do winy ale to właśnie – choć oczywiste – ograniczyło w punkcie wyjścia szanse na zainicjowanie bliskiego kontaktu. Sapieżka na swoją obronę mówi o nacjonalistycznym wychowaniu w czasach II Rzeczypospolitej, przypomina o swej walce w AK; był też ofiarą, kiedy znalazł się w Auschwitz. Ale absolut życia, które odebrał Sarze, żydowskiej dziewczynce, najpierw ją gwałcąc – jest nieprzekraczalny. Nie ma ucieczki. Jego walka o siebie załamuje się wobec niewzruszonego niczym milczenia nieuchwytnej, nie mającej granic przestrzeni, której musi się oddać cały ze swoją wiarą i świętymi imionami, skazując siebie, nie znajdując usprawiedliwienia. I jednego tylko dostępuje, jakby w odpowiedzi – widoku Sary, którą ujrzał na moment jak ulatuje na skrzydłach tchnień w nieskończoność. W tym scenicznym momencie tłumionym lekkim półmrokiem, jaki jest wokół ich dwojga, odnajdujemy nieoczekiwaną tkliwość i pokorę. Być może to już chwila do obmywania i oczyszczania, jak w mykwie? Tutaj logika przeżywania Sapieżki przecina się – bo prędzej czy później musi – z logiką życia. Krzyś (Łukasz Chrzuszcz) wykorzystuje chwilę słabości czy nieuwagi. Zabija Sapieżkę i rabuje pieniądze, na które czyhał od dawna. Ale wnuk nie wie, że zabija już innego człowieka, niż ten, którym Sapieżka był, kiedy Krzysiu przymierzał się do tych pieniędzy po raz pierwszy, przekonany, że przeklęta przeszłość dziadka daje mu wolną rękę, prawo, aby pieniądze mu zabrać.
My, widzowie, możemy mieć wrażenie w tym momencie, że logika przeżywania sprzęga się czasem z logiką życia do tego stopnia, że życie „słucha” oto przeżywania Sapieżki i wykonuje wyrok, jaki on wydał na siebie, rękami wnuka. Krótka końcowa część przedstawienia, raczej rodzaj epilogu, traktuje o Krzysiu, który sposobi się, by wstąpić na dawną drogę dziadka – antysemity. Ale w moim przekonaniu to raczej zaczątek dramatu do napisania, miejmy nadzieję już nie tragedii. Memento jakim są losy Jana Sapieżki w Mykwie mają siłę własną, ogromną i wystarczającą za wszystko inne.

Mykwa Piotr Rowicki, Teatr Polski w Poznaniu.
Reżyseria i opracowanie muzyczne: Monika Dobrowlańska; scenografia i kostiumy: Petra Korink; choreografia: Krzysztof Raczkowski; reżyseria świateł: Damian Pawella; asystent reżysera: Krzysztof Raczkowski; asystent scenografa: Dorota Zys.
Prapremiera 26 marca 2009 roku