Być – jak w koloseum

BYĆ – JAK W KOLOSEUM

Trup Erica Coble’a w Teatrze Polskim w Poznaniu. Szkic ukazał się również w „Czasie kultury” 2/2010.

Poznańskie przedstawienie to dość dotkliwy policzek wymierzony kulturze masowej, czy jak kto woli: popkulturze. Rzadko się zdarza, aby teatr schodził z piedestału sztuki wysokiej i poświęcał swej siostrze (a może tylko kuzynce, bo sporo czasu upłynęło odkąd się rozdzieliły; a może nigdy to nie była miłość?) tyle uwagi. Trochę to zapewne rewanż za inne sztuki, na przykład film, w którym nie trzeba się męczyć nad uczonymi tekstami, pisze się po prostu, ile milionów dolarów zarobił i wiadomo – idę, grosik swój dołożę, nie wypada być gorszym. Nareszcie jedno z podstawowych haseł minionego ustroju – dostępność kultury, zostało zrealizowane. Wtedy, o dziwo, się nie udało. Teraz w demokracji już nie wola Sekretarza, czy uchwała Komitetu Centralnego, lecz Rynek pomógł. Za równanie w dół do jak najbardziej powszechnych gustów, nikt nie odpowiada, co najwyżej anonimowa ręka tego Rynku. Oglądalność jak miecz Damoklesa wisi nad każdym, kto chce poszaleć obrazkami na ekranie lub na żywo i powiedzieć, że nie wszystko ani proste, ani zabawne. W jakimś momencie przestaje takie być. Komu chce się tego słuchać?! Kiedy jednak z „wysokości” coś próbujemy powiedzieć, co w tej kulturze piszczy naprawdę, to w planie nauki, owszem, można dużo i ciekawie, lecz wtedy wszystko pozostaje na ogół w murach cytadel uniwersyteckich, a zresztą jak tu strzelać z grubej, decydującej o wszystkim armaty do niefrasobliwej popkultury, która z reguły umyka ciosom?
Piszę o tym, bo Teatr Polski w Poznaniu gdzie spotykamy się ostatnio z dziełem Michaiła Bułhakowa, czy Jarosława Iwaszkiewicza albo Biljany Srbljanović, sięgnął tym razem do propozycji teatralnej, która daje szansę krytycznego dialogu ze zjawiskami popkultury wyzwalającej się z intelektualnych ambicji i ograniczeń formy. I tutaj, ku skwapliwej przyjemności widzów próg dzielący od życia zdaje się zacierać, wręcz zanikać. Bo takim złudzeniem reality show właśnie przyciąga. Ma się wrażenie, że przyłapuje się to życie na gorącym uczynku i to bez własnego trudu emocjonalnego i duchowego przeżywania, co by nas jeszcze na swój sposób egzaminowało. A któż lubi być egzaminowanym, jeśli może być przyjemnie i wesoło?
Tak. Niełatwo wdać się w polemikę, a co dopiero ujawnić tę drugą odwróconą twarz nieustającego dobrego samopoczucia, którym popkultura chce nas obdarować na wieczną chwałę naszego – jakżeby inaczej – fascynującego losu. Może więc trzeba być najpierw „trupem”, aby się to udało?
Coble nie buduje wymyślnej intrygi dramatycznej wokół powstającego reality show – jego sztuka to rodzaj reportażu teatralnego. Reżyser Paweł Szkotak idzie dokładnie tym tropem. I słusznie. To jedyna droga, aby wystawienie tej sztuki miało sens. Fantasmagorii reality show Reżyser nie próbuje niczego przeciwstawiać, co by miało ją demaskować, obnażać nicość kulturalnych uciech, jakie zdemokratyzowana, zrównana do najniższego poziomu działalność oferuje ludziom w czasach względnej pomyślności (na taką formułę ostatnie dwudziestolecie chyba zasługuje…). Żadnego dystansu, cienia ironii, lekkiego choćby brania w cudzysłów – ma być tak, jakby Reżyserowi przedstawienia udzielił się zapał Giny Yaweth (Ewa Szumska), pomysłodawczyni i zarazem prowadzącej reality show. Jedyne, co może w tej sytuacji skompromitować oglądany w spektaklu program – to osąd bezimiennej milionowej publiczności. Jeśli zareaguje niezgodnie z oczekiwaniami prowadzącej, to będzie skończona, a stojących za nią mocodawców zniechęci do takich pomysłów.
Gina, aby zapewnić sukces swojemu programowi, wybiera na bohatera małomiasteczkowego nieudacznika Eldona Phelpsa (Łukasz Chrzuszcz), młodego człowieka bez jakiejkolwiek perspektywy na przyszłość, który nie ma żadnych złudzeń, co do swojego losu i swej wartości, czyli kogoś, kto za życia jest poniekąd trupem. Tylko bowiem ogromna dysproporcja intelektualna, nierównowaga nie do przekroczenia, dzieląca autorkę i bohatera jej programu, pozwala na stosunkowo swobodne nim manipulowanie, tak by przykuć miliony do telewizorów. Bo jedyne, o co naprawdę chodzi – to liczba widzów. Wielkość tej liczby, która rosnąc wskazuje bezimienne morze, i przestaje być czymś, co się rozumie, zaczyna być jak niepojęty ogrom zagarniający swą dziwną magią nawet dotąd nieprzekonanych. I tak matka Eldona (Barbara Krasińska) początkowo ocenia propozycję miliona dolarów za tydzień życia syna, po którym musi umrzeć, jako niedorzeczną i wycofuje się w swą biedę, w swoje outsiderstwo, jedyną realność, w której ma oparcie. Jednak, z dnia na dzień, odnajduje swoje „ja” wobec milionów niespodziewanie zainteresowanych jej synem. Uwodzi ją magnetyzm ludzkiego nieograniczonego zainteresowania. Nagle ma tyle do powiedzenia o sobie, chce nawet pisać książkę. Christy (Anna Sandowicz), która rzuciła Eldona, odnajduje także sens w chwilowym blasku ślubnej bieli, bijącej w oczy z ekranów w milionowym pomnożeniu, choć przecież na początku rzeczowo oświadczyła, że nie będzie 21-letnią wdową.
Czarodziejska moc niewidzialnej widowni działa przede wszystkim na bohatera programu, samotnego na tej szczególnej arenie, na której jego życiu miliony nie tylko się przypatrują i go skazują – mają także wybrać rodzaj śmierć na jaką zasłuży. On, urzeczony fortuną zrazu pojmuje to jako dane mu – wprawdzie na bardzo krótko, bo tydzień ale jednak – wyzwolenie; i oddaje się uciechom życia, najchętniej bez ograniczeń (tacy jesteśmy). Owe uciechy, zachowania nazbyt spowszedniałe w zdemokratyzowanym do cna społeczeństwie, nie gwarantują jednak Ginie wzrostu oglądalności. Trzeba szukać stale czegoś nowego, choćby największego głupstwa, byle zostało zauważone. Czasem Gina szuka także sytuacji, momentów, kiedy ujawnia się poczciwość, prostota czy nieporadność – tchnące za to dobrocią, tym bladym i rzadkim kwiatem zabłąkanym tragicznie na łące ludzkiej przebiegłości. Eldona z kolei kłuje lęk przed tym jak ocenią to niewidoczne, ale widzące go dobrze miliony. Bo może jednak jest jakaś szansa, aby nabrali do niego sympatii i życie darowali, a przynajmniej wybrali łagodny, bezbolesny sposób umierania, z kilku zapisanych w regulaminie programu, które publiczność zna doskonale z filmów, na przykład: piła mechaniczna. Eldon przeżywa więc moment wewnętrznego buntu, przeciwko sobie, jakim był dotąd. Gina wykorzystuje tę chwilę i podprowadza go do jego własnego rozwiązania. Eldon odnajduje w sobie wolę, aby być wreszcie kimś innym. Dougie (Piotr B. Dąbrowski) z ekipy Giny kręci, żeby natychmiast pokazać publiczności, jak oto beznadziejność ludzka może zostać przełamana, i człowiek czujący się za życia na poły trupem albo potem błaznujący wśród przyjemności Disneylandu – zmienia się, odzyskuje wolę czynienia dobra, nie dla siebie, lecz dla innych. Co więcej, niewidoczna publiczność ma prawo być świadoma, że dzieje się tak dzięki temu, że ona bierze w tym udział i wydaje każdego dnia osąd pomnażającą się liczbą zainteresowanych jego losem. Dougie ściśle wedle instrukcji Giny pilnuje tego kamerą. Oglądalność pnie się w górę. Eldonowi trudno nie uwierzyć, że świat może być inny niż jest. Że może być lepszy. Ma ochotę, pieniądze na to by świat zmieniać – ale zbyt mało umie i wie o życiu na miarę możliwości finansowych, jakie uzyskał, i ogromnej popularności, jaką zdobył. W szpitalu dla dzieci powoduje więcej zamieszania niż udziela rzeczywistej pomocy. Ciągnie za nim tłum reporterów, dziennikarzy, zwolenników, choć i przeciwników także, bo to przecież są pieniądze uzyskane za cenę samobójstwa, które musi nastąpić w niedzielę. Jedynie Pielęgniarka (Magdalena Planeta) nie daje się zwariować, stawia sprawę twardo: Eldon pomoże dzieciom najwięcej, wówczas kiedy z tego szpitala zniknie. Bohaterowi nie wychodzi pomaganie, traci entuzjazm, energię. Gina, aby przywrócić jego pozytywną aktywność i utrzymać dynamikę rosnącej oglądalności, sięga do jedynego haka – ale pozytywnego! – jaki ma w zanadrzu: miłości. A pora właściwa: śmiertelny finał za progiem. Gina wyciąga Christy na zwierzenia przed kamerą. Christy wyznaje, że jest smutna, ale i szczęśliwa, bo widzi, że Eldon się zmienił, dojrzał. Jest ludzki, emanuje z niego prawdziwe człowieczeństwo. I tak na oczach milionów to reality show czyni ze zwykłymi ludźmi cuda – dojrzewa każde do pełni swej mądrości, czy nawet losu. Bo arena wyciśnie z każdego wszystko, co trzeba, od porywu niskiego lotu, aż po wysokie loty ducha i spożytkuje to na chwałę nieustającego dziania się, którego miliony ludzi czują się sprawcami. Czy mogą być wspanialsze chwile złudzenia, kiedy anonimowi, wzajemnie sobie nieznani odnajdują w tych ogromnych liczbach uczestnictwa swą wspólną wolę – po prostu wspólnotę. To tak, jakby nieznane, a jednak obecne (czymkolwiek to jest w wyobrażeniach) oddawało im pełnię władzy nad człowiekiem, a nie Gina. Bo przecież podobno z powodu publiczności i dla niej samej to się dzieje. Kiedyś w pięćdziesięciotysięcznym Koloseum zwycięski gladiator, z mieczem pokonanego na piersi, czekał na znak: kciuk w dół albo jasna chusteczka uniesiona w górę. Cesarz rozglądał się wokół, jakie życzenie ma lud Rzymu, który obok należnego mu daru zboża i oliwy, miał też swój udział w akcie jego świętej władzy: skazywania lub darowania życia.
Gina odczytuje wyniki głosowania – jaką śmierć publiczność wybiera dla Eldona – i wydaje się jej, że jest u celu: zapisuje dowód swojej władzy. A jednak, z całą wiedzą wyjątkowo sprawnego manipulatora, nie uwzględniła jednego, że była też, jak jej bohater reality show – na arenie. I to ona zrobiła z Eldonem, co chciała. Trudno, żeby miliony oglądające jej program, nie miały tego zrozumieć i ocenić. Te miliony nie były fizycznie na arenie, wykluczone żeby można je złapać za rękę, tak jak ją. Na nią jedną musi to spaść. Większość głosuje, że ona ma wykonać wyrok śmierci. Szok. Gina nie wie, co zrobić. Dała Eldonowi szczęście na tydzień i teraz ona musi go za to zabić, czyli pożreć własne dziecię, które stworzyła i nawet nie ukrywała, że jest z tego dumna. (Bardzo wiarygodnie zagrana przez Ewę Szumską końcówka spektaklu).
Nie za często się zdarza, aby publiczność tak niezwykle trafnie ingerowała w przedstawienie, w tym wypadku wtórując teatrowi. Miałem okazję być tego świadkiem na jednym z pierwszych popremierowych spektakli. Bo właśnie w momencie, kiedy Gina, czytała wynik głosowania, które wskazywało na nią jako na sprawczynię, wybuchła burza oklasków – już nie niewidocznej milionowej widowni, lecz publiczności przedstawienia, która zaangażowała się, jak się to mówi: na całość. To był poruszający moment, ta jasna i zdecydowana deklaracja widzów Teatru Polskiego. I przyznam, że wtedy dopiero nabrałem absolutnej pewności do tego, co w tym tekście piszę. A przecież nie był to ostatni moment tego przedstawienia demaskujący rzeczywistość reality show. Gina szamocze się ze sobą, ale nie ma wyjścia. Wola milionów, to jak wyrocznia, od której nie wolno odejść. Strzela. Eldon umiera. Nad nim rodzina robiąca za publiczność w studiu. Gina biega półprzytomna. Wszędobylska kamera nieubłagana, zapisuje wszystko bez litości. (Dyskusyjna wydaje się jedynie nadmiernie manifestowana ruchliwość ekipy filmowej w pierwszej części przedstawienia). Ludzie ze stacji telewizyjnej przywołują przez komórkę Ginę do przytomności: Rób coś! Jesteś na wizji. Gina zbiera się w sobie. Zbierają się wszyscy. Muszą. Miliony patrzą! Co znaczy jednostkowe przeżywanie w takiej sytuacji! Kończy się program. Uczestnicy i pracownicy trzymając się za ręce wychodzą do swych widzów na pożegnanie. Mocna, triumfująca muzyka po tygodniu przeżyć i pracy pełnej napięcia. Między nogami żegnających się z nami aktorów, widać nieruchomą postać Eldona Phelpsa. Powoli zaczynamy zbierać się do oklasków, ale jeszcze nie jesteśmy pewni, czy już się skończyło, czy jeszcze trwa.
A wysoko w górze, gdzie widzieliśmy fragmenty filmowe i zdjęcia reklam (Czy telewizja może się bez tego obyć?), jest w czasie tego pożegnania ogromne zdjęcie Eldona Phelpsa. Twarz unieruchomiona podwójnie – bo i tym, co się przed chwilą z nią stało – żeby mogła się, mimo tego, do nas zbliżyć, czy tylko przypomnieć swą zwykłość, jakby już gotową do obumierania. Oczy Phelpsa proszą, mają ludzką tkliwość istoty bezbronnej, i to tak mocno w nich zapisaną, jakby chciały ją wyrażać także za niektórych spośród innych bohaterów oglądanego reality show. Myślę, że ten moment kreacji aktora, Łukasza Chrzuszcza, zapamiętam na długo.

Trup Eric Coble, Teatr Polski w Poznaniu.
Przekład: Jacek Kaduczak; reżyseria: Paweł Szkotak; scenografia i kostiumy: Agnieszka Zawadowska; reżyseria świateł: Magdalena Górfińska; aranżacje muzyczne: Krzysztof Nowikow; opracowanie muzyczne: Bartosz Borowski.
Prapremiera polska 6 marca 2010 roku