Arkadia tak blisko

ARKADIA TAK BLISKO

Panny z Wilka Jarosława Iwaszkiewicza w Teatrze Polskim w Poznaniu. Szkic ukazał się również w „Czasie kultury” 1/2010.

Sytuacja wyjściowa jest jasna: Wiktor Ruben (Michał Kaleta) wraca do miejsca, w którym był przed piętnastu laty. Zapala papierosa, trochę jak człowiek skupiony i zarazem nieobecny, i przysiada na proscenium. Za nim w głębi sceny jeszcze przesłonięte, bo tylu latami oddalone, wnętrze dworku, do którego wraca – także pamięcią wybiegając do tamtego czasu. Jest z nami, widzami, sam na sam na wyciągnięcie ręki, jednak wewnątrz siebie zawieszony jak na krawędzi. Tak jak on jest pełen pytania wobec siebie, którego granic zdaje się nie ogarniać, tak postać jego nieżyjącego przyjaciela lat młodości Jurka (Paweł Siwiak), natrętnie, niczym chimera, domaga się czegoś więcej niż miejsca jakie ma w pamięci Wiktora. Dopomina się o swoje, możliwe jeszcze w jego sytuacji, istnienie. Bo duchowe poruszenie Wiktora grozi rozpadem tego, co przez lata jakoś się ułożyło i pamięć o Jurku egzystowała na specjalnych prawach. Teraz jednak niczego nie da się już zatrzymać. Kiedy jest wreszcie w dworku z Pannami z Wilka, poczucie zawieszenia wcale nie zanika – przestaje być chwilą, zaczyna być czymś w rodzaju obronnej postawy, choć wcale nie koniecznie jest to jego wybór. Taki powrót po latach ma swoje nieugięte prawa, którym trudno nie ulec. Jest więc problem jego dochodzenia, czy wręcz dobijania się do swej nowej obecności, kiedy oto znowu znalazł się wśród Panien z Wilka. Lecz tym razem nie da się tego oddzielić od relacji, jakie miał z tymi osobami w przeszłości. Nie można myśleć o tych relacjach w oderwaniu od tego, jak wygląda sytuacja aktualnie, kiedy wrócił. Kółeczko się zamyka. Dodajmy, że istotne jest też, kto i co sobie przypomina lub chce sobie przypomnieć, żeby użyć tego jako broni dla regulowania z drugą stroną rachunków po latach. A jest sióstr pięć. I tak Kazia (Barbara Krasińska), przygotowując smakowite obfitości do zjedzenia i pozwalając Wiktorowi jak dziecku dziobnąć to i owo, mówi o swym nieudanym małżeństwie i swej miłości podlotka do niego, z której nic nie zostało. Ta sytuacja jest dowodem, że może już bez zahamowań wszystko wyznać i jeszcze samą siebie w swej duchowej mocy i niezależności wobec niego utwierdzić. Zosia (Magdalena Płaneta), młoda żona wicekonsula i matka na wakacjach, rozleniwiona w swoistej separacji duchowej, wyznaje mu, jak bardzo go nie lubiła, co teraz w sytuacji jej absolutnego zdystansowania psychicznego stawało się logicznym dopełnieniem postawy. Dawny brak sympatii z jej aktualnej perspektywy wygląda na zbytek dziewczęcej aktywności psychicznej, co obciąża jej pamięć jako osoby, która ponad miarę się angażowała, a przecież ona lubi pławić się w samozadowoleniu i lenistwie! Z kolei kiedy Wiktor biodrem ociera się o Julcię (Teresa Kwiatkowska), od razu wie, że to już nie jest ciało, które pamięta z niezwykłych dawnych wspólnych nocy. A dla niej, matki dwojga dzieci, to właśnie jakby podarowane nieoczekiwane przedłużenie tych chwil. Uwodzicielska Jola (Ewa Szumska) nie oprze się pokusie z przeszłości, ale to chyba właśnie przeszłość stanie na przeszkodzie pełnej i obopólnej satysfakcji. Z kolei Tunia (Alina Czyżewska), jako dziewczynka pamiętająca Wiktora w otoczeniu zafascynowanych nim jej starszych sióstr, kiedy sama staje wobec niego w podobnej sytuacji i może wreszcie po latach przekroczyć zaczarowany krąg swych wyobrażeń – nagle czuje, że realny, konkretny kontakt fizyczny jest dla niej przeszkodą nie do przekroczenia.
Teraźniejszość i przeszłość mienią się w tym nierozerwalnym związku grą swych różnorakich twarzy, a Wiktor, z uporem zawieszony między jednym i drugim czasem, szuka właściwie iunctim, tego co by było czymś stałym, rodzajem oparcia, żeby poczucie obecności stanowiło jakiś realny, namacalnie odczuwalny fundament. To co tak zasadniczo dzieli Wiktora od Panien z Wilka, to stosunek do czasu , swego przeżywania go, swego w nim „bycia”. One zdają się być obecne na równi w każdej – takiej czy innej – przepływającej chwili i nie mają problemu z rozstawaniem się z nimi. Choć nie wszystkie siostry są tam na wakacjach, w każdej jest coś z beztroski człowieka, który ma swoje miejsce i swój czas. A on w każdej chwili zdaje się pytać siebie, która jest naprawdę moja. Stąd dla niego obecność to nieustający problem. W prozie Iwaszkiewicza nuta nostalgii subtelnej, powściąganej, czy wręcz skrywanej, spowija dramat postaci. W teatrze z natury rzeczy każda chwila stawia pod pręgierzem. Dramat postaci niejako żąda rozwiązania bez względu na to, czy jest ono możliwe, czy nie. Reżyser zdaje się iść tym tropem. Wiktor w swym – w końcu rozpaczliwym – poszukiwaniu, mimo że skazany na klęskę, kilka razy powraca do punktu wyjścia, do momentu powrotu – do tej pierwszej chwili brzemiennej przecież po tylu latach nieobecności, zasługującej – tym, że jednak nastąpiła – na to, aby stać się zasadniczym zwrotem, tym „przełamaniem lata”, ale nie ku jego końcowi, jak mówi później Wiktor, lecz ku otwarciu na życie, które mogłoby jeszcze nastąpić. Bo Panny z Wilka mają tyle do darowania. Tyle sobą, swoją przyjaźnią z życiem obiecują, że trudno, aby takich nadziei, takich tęsknot nie budziły. Przynoszą Wiktorowi, albo powiedziawszy dobitnie, obdarowują go swym pełnym entuzjazmu przypominaniem jego osoby, różnych szczegółów życia z przed piętnastu lat. Jest to jednak wiara nie tylko w trwałość czy znaczenie tego, co było, lecz także w możliwości jakie kryją się w tym dla teraźniejszości. Dla Panien przeszłość to czas, który wprawdzie minął, ale nadal budzi zbyt żywy oddźwięk, aby mógł nie mieć znaczenia, aby nie czuło się potrzeby kontynuacji w jakiejś formie czy wymiarze. Ale dla Wiktora jest zupełnie inaczej, to nie tylko czas, który minął – on czuje się od niego po prostu bezpowrotnie odcięty.
Wydaje się, że te wartości opowiadania nigdzie nie mogły być wydobyte z taką urzekającą wyrazistością, jak właśnie w teatrze. Najczęściej Wiktora widzimy na proscenium, a w każdym razie na obrzeżu centralnej części sceny, gdzie „króluje” stół na kilkanaście osób nakryty białym obrusem, i jasność tego rodzinnego sacrum odbija się na twarzach siedzących, i stojących wokół. To tutaj ześrodkowuje się ich codzienne życie, spełniając się w czasie, który nigdzie nie spieszy, w dyskretnie znaczonych formach, co sprawia wrażenie, jakby biesiadujący spełnieni mieli za chwilę zastygnąć. Jola z wujem Wiktora (Wojciech Kalwat) zaczną swój taniec lekko się w miejscu kołysząc. Za chwilę córka Julci powie wierszyk; nieruchomo siedząca, skupiona Kazia z filiżanki trzymanej przy ustach popija kawę drobnymi łykami, jakby, będąc coraz bardziej obok tak naprawdę mogła tę chwilę tutaj całą niezauważenie wchłonąć, pozostając z nimi, tak jak wszyscy są. I tylko Wiktor jedyny siedzi przy stole odchylony w bok z wyrazem rezygnacji, nie uczestnicząc w rytuale. Dla niego Arkadia jest nieosiągalna, choć jest tak blisko, tyle ma z nią wspólnego. A jednak nie. Jest jak odcięty.
Widownia w napięciu śledzi ostatnie chwile przed odejściem Wiktora. Tak jakby jego dramat był wszystkim bliski, jakby osobiście nas dotykał. A już chciałoby się powiedzieć, że to nie dramat naszych czasów. Że nie stać nas na myślenie o braku zwyczajnej, ludzkiej, nieosiągalnej Arkadii.

Panny z Wilka Jarosław Iwaszkiewicz, Teatr Polski w Poznaniu.
Adaptacja i reżyseria: Krzysztof Rekowski; scenografia: Jan Kozikowski; kostiumy: Iza Toroniewicz; muzyka: Marcin Mirowski; ruch sceniczny: Filip Szatarski; asystent reżysera, inspicjent: Elżbieta Bednarczyk; asystent scenografa: Anna Wojtyła.
Premiera 28 maja 2009 roku