CZY WIELKA LITERATURA CZYNI NAS LEPSZYMI (22 lipca 2014 roku) / DOES GREAT LITERATURE MAKE US BETTER (July 22, 2014)

CZY WIELKA LITERATURA CZYNI NAS LEPSZYMI? (22 lipca 2014 roku)

Artykuł ukazał się w The New York Times, czerwiec 2013

Autor: Gregory Currie, profesor filozofii na University of Nottingham

Tłumaczenie: Agnieszka Szymkowiak

Zakładam, że wszyscy się zgodzą, iż styczność z wymagającą literaturą przynosi nam wiele korzyści. Jest to jeden z powodów, dla których potępiamy ogłupiające szkolne curriculum i rosnącą rolę internetu oraz jego hiper-linkowej kultury. Być może nie wszyscy czytamy wystarczająco dużo literatury, którą można nazwać wielką, ale odczuwamy poczucie winy jeśli tego nie robimy, w tym właśnie upatrując jeden z powodów, dla których dalecy jesteśmy od doskonałości. Czy czytanie o Annie Kareninie, Miasteczku Middlemarch czy dzieła Marcela i jego przyjaciół, nie rozwinęłoby naszej wyobraźni, bądź doskonaliło naszą moralność i społeczną wrażliwość?

Jeśli ktoś zażąda dowodów wspierających tę tezę, spodziewam się następującej reakcji: po pierwsze, dlaczego ktokolwiek miałby pytać o dowód na coś tak oczywistego? Po drugie, jaki konkretnie dowód byłby zadowalający? Odpowiedź na pierwsze pytanie jest prosta: jeśli nie ma dowodu – nawet niebezpośredniego – na cywilizującą wartość fikcji literackiej, nie powinniśmy zakładać, że w istocie taka wartość istnieje. Można założyć, że istnieją pytania, na które odpowiedzieć można w inny sposób, inny niż ten, który wymaga dowodu: np. zwyczajnie ufając, wierząc w prawdziwość danej tezy. Jeśli nawet istnieją takie pytania, nikt nie ma wątpliwość, że to pytanie zdecydowanie nie jest jednym z nich.

Jakiego rodzaju dowody moglibyśmy dostarczyć? Otóż można by posłużyć się konkretnymi przykładami naszych znajomych, którzy stali się bardziej dbali i mądrzejsi dzięki swemu doświadczeniu z literaturą. W zasadzie, sami jesteśmy takimi ludźmi, czyż nie?

Mam nadzieję, że nikt nie będzie tego kwestionować. Wszystko co wiemy na temat własnego pojmowania samych siebie sugeruje, iż tak naprawdę nie jesteśmy ekspertami w tej dziedzinie; dlaczego jesteśmy takimi, a nie innymi ludźmi. Idąc dalej; często bywa tak, że sami tak naprawdę nie wiemy jakimi właściwie ludźmi jesteśmy. Normą jest, że własne niepowodzenia spychamy na karb niesprzyjających okoliczności, natomiast błędy innych wynikają, według nas, ze złego charakteru tych, którzy je popełniają. Jednak wszyscy nie możemy być wyjątkiem potwierdzającym regułę (przy założeniu, że takowa istnieje), jakoby ludzie posuwali się do złych uczynków ponieważ są złymi ludźmi.

Jesteśmy nieudolni w identyfikowaniu powodów stojących za naszymi wyborami, tak samo jak przegrywamy w rozpoznawaniu wszystkich drobnych, balansujących na granicy niuansu, niezależnych od nas zmian w otaczającej nas rzeczywistości, które popychają nas do podjęcia takiej czy innej decyzji. Jeśli zaś chodzi o innych ludzi, czy możemy być pewni, że nasz inteligentny, społecznie rafinowany i hojny przyjaciel, który czyta Prousta, jest taki właśnie dzięki tej lekturze? Czy nie może być na odwrót: że to błyskotliwi, społecznie świadomi i empatyczni ludzie częściej niż inni znajdują przyjemność w obcowaniu ze złożonymi interpretacjami ludzkich reakcji znajdywanych w literaturze?

Istnieje również argument, który często daje się słyszeć po drugiej stronie, zilustrowany wcześniej tego roku w artykule zamieszczonym na stronie The New York Times; przypominając nam o wszystkich kulturalnych Nazi, Teju Cole zauważa przychylność czytającego nowele i poezję Prezydenta, który z ochotą podpisuje zgodę na cotygodniowe ataki dronów. Co, jak pyta, stało się „przechwaloną mocą sprawczą literatury w inspirowaniu empatii?”. Ciężko jest mi zaakceptować ten argument i to nie tylko dlatego, że z etycznego punktu widzenia, argumenty przeciwko dronom jeszcze mnie nie przekonały. Nikt nie powinien twierdzić, że styczność z literaturą całkowicie chroni przed pokusami z rodzaju tych na granicy moralności, lub że może uzdrowić tych naprawdę złych spośród nas. Mierzymy efektywność działania leków i innych medycznych zabiegów opierając się na wąskim marginesie zadowalających wyników, które nie byłyby widoczne gdyby nie zaawansowane techniki statystyczne; dlaczego zakładać, że efektywność literatury rządzi się innymi prawami?

Musimy sięgnąć poza odwoływanie się do wspólnych doświadczeń i wkroczyć na terytorium badań psychologicznych, tak dziś wyrafinowanych, i tam właśnie zgłębiać nasze założenia.

Psychologowie poczynili pewne starania w tej dziedzinie i jak dotąd, odkryto parę faktów; dowiedziono, że jeśli zaprezentować czytelnikom krótką, przygnębiającą historię traktującą o morderstwie dziecka, odnotują oni obniżenie nastroju, a nastawienie do otaczającego świata ulegnie pogorszeniu. Zmiany te, choć krótkotrwale, zmieniają nasze samopoczucie. Są one dowodem na to, że fikcja czy zasłyszane historie, posiadają zdolność wprowadzania nas w odmienny stan ducha; nie udowadniają zaś korzystnego wpływu na naszą emocjonalność, ani też nie zmieniają nas w żaden inny sposób.

Dowiedziono również, że ludzie mają tendencje (podobnież) do wychwytywania faktograficznych informacji przedstawionych, lub tylko zasugerowanych w tle zasłyszanych historii fikcyjnych. Zadziwiające jest, że badani częściej skłaniają się ku temu, jeśli zasłyszana historia dzieje się w miejscu dalekim od ich miejsca zamieszkania: w eksperymencie badawczym przeprowadzonym przez Deborah Prentice i jej współpracowników, a opublikowanym w 1997 roku, okazało się, że studenci Uniwersytetu Princeton zapamiętali więcej z opowiedzianej historii, kiedy akcja osadzona była w Yale, aniżeli na ich własnym kampusie (nie martwcie się, studenci z Yale mieli takie same wyniki w analogicznej sytuacji). Programy cykliczne emitowane w telewizji, w pewnych przypadkach pełnią funkcję edukacyjną; według badań z 2001 roku przeprowadzonych na rzecz Fundacji Kaiser, widzowie regularnie oglądający serial E.R., wzbogacili swą wiedzę o wiele cennych informacji z dziedziny medycyny, w niektórych przypadkach nawet ją później wykorzystując w swoim życiu. Czego jednak wciąż nie osiągnęliśmy, to niepodważalnego dowodu, który sugerowałby, że czytanie Tołstoja wpływałoby korzystnie na ludzkie morale i zdolności społeczne.

Zdecydowanie niedostateczna ilość badań została na tym polu przeprowadzona; ani też, według mnie, nie zdobędziemy w najbliższym czasie miarodajnych dowodów opierających się na psychologicznych eksperymentach. Większość podjętych do tej pory badań nie bazuje na przykładach poważnej literatury, lecz na krótkich historiach stworzonych wyłącznie na potrzeby przeprowadzanych badań. Niewiele z nich podnosi problem wpływu literatury na ludzką moralność, czy rozwój społeczny. To zdecydowanie zbyt mało, aby móc na ich podstawie jednoznacznie stwierdzić, czy literatura posiada pozytywny wpływ na nasze morale.

Panuje zadziwiająca niespójność pomiędzy pewnością wyrażanych opinii na ten temat, a dowodami na ich poparcie. Podejrzewam, że rzeczywistość jest jeszcze gorsza; adwokaci poglądu, iż literatura edukuje i cywilizuje, nie przeceniają roli tych dowodów – uważają oni bowiem, że ewentualne dowody nie odgrywają tu żadnej roli. I podczas gdy wartość literatury nie powinna być jedynie kwestią wiary, wszystko na to wskazuje, że tak właśnie jest.

Filozofowie są natomiast wyważeni w swoich sądach, nauczeni ostrożności w stawianiu ocen, można by mieć nadzieję, że wolni od pomyłek. Zadziwiające jest zatem, iż niektórzy z nich z całkowitą pewnością i pasją rozpisują się na temat rozmaitych nauk, których źródłem może być literatura i o tych jej aspektach, które sprawiają, że jest ona najlepszym nauczycielem psychologii moralności. Martha Nussbaum w swej uznanej książce Love’s Knowledge argumentuje, iż narracyjna forma nadaje fikcji literackiej swoistą moc generowania moralnych przemyśleń; w rękach mistrza literatury jakim jest Henry James, fikcja literacka podsuwa nam scenariusze wyjaskrawiające detale moralnych rozterek, które jednocześnie nie pozwalają zniekształcić się poprzez nasze własne doświadczenia, pozwalając nam tym samym na przemyślenia nie naznaczone naszymi osobistymi uprzedzeniami.

Sam nie przekreślam takich spekulacji; zawsze warto mieć na uwadze zbiór tez na to, w jaki sposób literatura może uszlachetniać nasze myśli i czyny. Byłoby jednak ożywczym zachować trzeźwe myślenie i przyjąć do wiadomości, że spekulacje na temat tego czy literatura faktycznie może nam pomóc w poznawaniu, tak naprawdę wcale nie udowadniają, że tak właśnie jest. (Załóżmy, że inspektor szkolnictwa znalazłby skuteczną metodę nauczania i podał sposoby, dzięki którym nauczyciele byliby w stanie pomóc swoim uczniom przyswajać wiedzę; inspektor taki bardzo szybko zostałby bez pracy).

Jestem przekonany, że możemy wypatrywać bardziej przekonujących dowodów, jednak mój optymizm znacznie spada, gdy tylko pomyślę o tym, co te nowe dowody nam ujawnią. I to jest dowód na to, że nasze nadzieje na moralną, czy uspołeczniającą lekcję płynącą z literatury, mogą okazać się złudne.

Jednym z powodów, dla których ludzie jak Martha Nussbaum bronią przekonań dotyczących korzyści jakie niesie literatura jest założenie, że literatura lub fikcyjna narracja z elementami realności, jest bardzo kompleksowa. Literatura odwraca naszą uwagę od prostych zasad moralnych, które często okazują się zbyteczne kiedy stajemy w obliczu skomplikowanego procesu podejmowania decyzji w prawdziwym życiu, a przygotowuje nas na pełną przygód wędrówkę poprzez świat, w którym wrażliwe, wysublimowane postawy moralne powinny wziąć górę. Innymi słowy, literatura pomaga nam być, lub przybliża nas do statusu moralnych „ekspertów”.

Argument ten okazuje się o tyle problematyczny, że już dawno udowodniono, iż poddawanie ekspertyzie zagadnień z rodzaju tych złożonych i trudnych – a moralność niewątpliwie do nich należy – tak naprawdę jest bezużyteczne. Seria badań naukowych zapoczątkowanych 50 lat temu przez psychologa Paul’a Meehl udowodniła, że trzymanie się prostych zasad – zasad, które uwzględniają dużo mniej czynników, które eksperci braliby pod uwagę – działa w równej mierze, a często lepiej niż opieranie się na ocenie ekspertów. (Nie znaczy to, że zasady te zawsze się sprawdzają; jednak co by nie mówić, zdają egzamin lepiej niż ocena eksperta.)

Niektóre z dowodów popierających tę tezę zostały w sposób przekonywujący zaprezentowane w ostatniej książce Daniel Kahneman Thinking Fast and Slow: spektakularne porażki obejmują ekspertyzę dotyczącą przewidywań wartości wina w przyszłości, skuteczności zawodników drużyn bejsbolowych, zdrowia nowo-narodzonych dzieci czy perspektywy na stabilizację małżeńską.

Dlaczego, już słyszę zaniepokojone głosy, zarzucam innym brak dowodów, skoro sam nie posiadam swoich na to, że moralna ekspertyza nie ma miejsca? Suma summarum, nikt nie przeprowadził badań na tym polu.

Tak, zgadza się, przyznaję, w ostatecznym rozrachunku dowody faktycznie mogłyby obronić tezę, że literatura może z nas uczynić moralnych ekspertów. Przyznaję również, że moralne myślenie nie jest jednopłaszczyznowe, jest zaś czymś, co podąża w oszołamiająco różnych kierunkach w obliczu różnych okoliczności. Niewykluczone, że można znaleźć przykłady, w których eksperci, którzy wystawieni są na kontakt z fikcyjną literaturą, traktującą złożone, moralne wybory, są lepsi od tych, którzy polegają na prostych i fundamentalnych zasadach moralnych.

Nie podważam w żadnym stopniu twierdzenia, że bycie moralnym ekspertem to wartość, do której wszyscy powinniśmy aspirować. Myślę jednak, że pojawiło się wyzwanie, któremu może sprostać tylko ktoś, kto potraktuje je jak najbardziej serio.

Tak naprawdę, wszystko sprowadza się do tego, czy uda się znaleźć bezpośrednie, niezbite dowody: musimy udowodnić, że kontakt z literaturą, sam w sobie, ma pozytywny wpływ na to jakimi ludźmi już jesteśmy, czy jakimi się stajemy. Możliwe jest to wyłącznie za sprawą ostrożnych i wnikliwych badań psychologicznych (spróbujmy przeprowadzić eksperyment testujący jaki efekt niesie lektura np. Wojny i Pokoju). W międzyczasie, większość z nas, z pewnością, z uporem będzie tkwić w przekonaniu, iż literatura ma pozytywny wpływ na nas; przekonaniu nie popartym niczym innym jak ślepym sentymentalizmem.

Nigdy nie dałem się przekonać argumentom mającym na celu zilustrować rzekomą arbitralną funkcję literatury, która funkcjonuje jedynie jako karta członkowska elitarnego klubu. Istnieje coś takiego jak wartość estetyczna, lub raczej wartości, złożone, jako że mogą one być wyrażane czy przypisywane, w zasadzie w przypadku każdej twórczości.

Trudno jednak uniknąć myśli, że jest coś na rzeczy w tym anty-elitarnym zmartwieniu. Wielu z tych, którzy którzy rozczytują się w literaturze nie zadowalają się kolekcjonowaniem ładnie brzmiących komplementów; w zamian upierają się, że to wysiłek który wkładają w lekturę, czyni ich bardziej oświeconymi moralnie.A tego, tak naprawdę, jeszcze nie wiemy.

DOES GREAT LITERATURE MAKE US BETTER? (July 22, 2014)

The piece was published in The New York Times in June, 2013

Author: Gregory Currie, professor of philosophy at the University of Nottingham

Translation: Agnieszka Szymkowiak

You agree with me, I expect, that exposure to challenging works of literary fiction is good for us. That’s one reason we deplore the dumbing-down of the school curriculum and the rise of the Internet and its hyperlink culture. Perhaps we don’t all read very much that we would count as great literature, but we’re apt to feel guilty about not doing so, seeing it as one of the ways we fall short of excellence. Wouldn’t reading about Anna Karenina, the good folk of Middlemarch and Marcel and his friends expand our imaginations and refine our moral and social sensibilities?

If someone now asks you for evidence for this view, I expect you will have one or both of the following reactions. First, why would anyone need evidence for something so obviously right? Second, what kind of evidence would he want? Answering the first question is easy: if there’s no evidence – even indirect evidence – for the civilizing value of literary fiction, we ought not to assume that it does civilize. Perhaps you think there are questions we can sensibly settle in ways other than by appeal to evidence: by faith, for instance. But even if there are such questions, surely no one thinks this is one of them.

What sort of evidence could we present? Well, we can point to specific examples of our fellows who have become more caring, wiser people through encounters with literature. Indeed, we are such people ourselves, aren’t we?

There is scant evidence that reading great literature morally improves us.

I hope no one is going to push this line very hard. Everything we know about our understanding of ourselves suggests that we are not very good at knowing how we got to be the kind of people we are. In fact we don’t really know, very often, what sorts of people we are. We regularly attribute our own failures to circumstance and the failures of others to bad character. But we can’t all be exceptions to the rule (supposing it is a rule) that people do bad things because they are bad people.

We are poor at knowing why we make the choices we do, and we fail to recognize the tiny changes in circumstances that can shift us from one choice to another. When it comes to other people, can you be confident that your intelligent, socially attuned and generous friend who reads Proust got that way partly because of the reading? Might it not be the other way around: that bright, socially competent and empathic people are more likely than others to find pleasure in the complex representations of human interaction we find in literature?

There’s an argument we often hear on the other side, illustrated earlier this year by a piece on The New Yorker’s Web site. Reminding us of all those cultured Nazis, Teju Cole notes the willingness of a president who reads novels and poetry to sign weekly drone strike permissions. What, he asks, became of “literature’s vaunted power to inspire empathy?” I find this a hard argument to like, and not merely because I am not yet persuaded by the moral case against drones. No one should be claiming that exposure to literature protects one against moral temptation absolutely, or that it can reform the truly evil among us. We measure the effectiveness of drugs and other medical interventions by thin margins of success that would not be visible without sophisticated statistical techniques; why assume literature’s effectiveness should be any different?

We need to go beyond the appeal to common experience and into the territory of psychological research, which is sophisticated enough these days to make a start in testing our proposition.

Psychologists have started to do some work in this area, and we have learned a few things so far. We know that if you get people to read a short, lowering story about a child murder they will afterward report feeling worse about the world than they otherwise would. Such changes, which are likely to be very short-term, show that fictions press our buttons; they don’t show that they refine us emotionally or in any other way.

We have learned that people are apt to pick up (purportedly) factual information stated or implied as part of a fictional story’s background. Oddly, people are more prone to do that when the story is set away from home: in a study conducted by Deborah Prentice and colleagues and published in 1997, Princeton undergraduates retained more from a story when it was set at Yale than when it was set on their own campus (don’t worry Princetonians, Yalies are just as bad when you do the test the other way around). Television, with its serial programming, is good for certain kinds of learning; according to a study from 2001 undertaken for the Kaiser Foundation, people who regularly watched the show “E.R.” picked up a good bit of medical information on which they sometimes acted. What we don’t have is compelling evidence that suggests that people are morally or socially better for reading Tolstoy.

Not nearly enough research has been conducted; nor, I think, is the relevant psychological evidence just around the corner. Most of the studies undertaken so far don’t draw on serious literature but on short snatches of fiction devised especially for experimental purposes. Very few of them address questions about the effects of literature on moral and social development, far too few for us to conclude that literature either does or doesn’t have positive moral effects.

There is a puzzling mismatch between the strength of opinion on this topic and the state of the evidence. In fact I suspect it is worse than that; advocates of the view that literature educates and civilizes don’t overrate the evidence — they don’t even think that evidence comes into it. While the value of literature ought not to be a matter of faith, it looks as if, for many of us, that is exactly what it is.

Now, philosophers are careful folk, trained in the ways of argument and, you would hope, above these failings. It’s odd, then, that some of them write so confidently and passionately about the kinds of learning we get from literature, and about the features of literature that make it a particularly apt teacher of moral psychology. In her influential book “Love’s Knowledge,” Martha Nussbaum argues that the narrative form gives literary fiction a peculiar power to generate moral insight; in the hands of a literary master like Henry James, fiction is able to give us scenarios that make vivid the details of a moral issue, while allowing us to think them through without the distortions wrought by personal interest.

I’m not inclined to write off such speculations; it is always good to have in mind a stock of ideas about ways literature might enhance our thought and action. But it would be refreshing to have some acknowledgment that suggestions about how literature might aid our learning don’t show us that it does in fact aid it. (Suppose a schools inspector reported on the efficacy of our education system by listing ways that teachers might be helping students to learn; the inspector would be out of a job pretty soon.)

I’m confident we can look forward to better evidence. I’m less optimistic about what the evidence will show. Here, quickly, is a reason we already have for thinking the idea of moral and social learning from literature may be misguided.

One reason people like Martha Nussbaum have argued for the benefits of literature is that literature, or fictional narrative of real quality, deals in complexity. Literature turns us away from the simple moral rules that so often prove unhelpful when we are confronted with messy real-life decision making, and gets us ready for the stormy voyage through the social world that sensitive, discriminating moral agents are supposed to undertake. Literature helps us, in other words, to be, or to come closer to being, moral “experts.”

The problem with this argument is that there’s long been evidence that much of what we take for expertise in complex and unpredictable domains – of which morality is surely one – is bogus. Beginning 50 years ago with work by the psychologist Paul Meehl, study after study has shown that following simple rules – rules that take account of many fewer factors than an expert would bother to consider – does at least as well and generally better than relying on an expert’s judgment. (Not that rules do particularly well either; but they do better than expert judgment.)

Some of the evidence for this view is convincingly presented in Daniel Kahneman’s recent book “Thinking Fast and Slow”: spectacular failures of expertise include predictions of the future value of wine, the performance of baseball players, the health of newborn babies and a couple’s prospects for marital stability.

But why, I hear you say, do you complain about people’s neglect of evidence when you yourself have no direct evidence that moral expertise fails? After all, no one has done tests in this area.

Well, yes, I grant that in the end the evidence could go in favor of the idea that literature can make moral experts of us. I also grant that moral thinking is probably not a single domain, but something that goes on in bewilderingly different ways in different circumstances. Perhaps we can find kinds of moral reasoning where experts trained partly by exposure to the fictional literature of complex moral choice do better than those who rely on simple moral rules of thumb.

Everything depends in the end on whether we can find direct, causal evidence: we need to show that exposure to literature itself makes some sort of positive difference to the people we end up being. That will take a lot of careful and insightful psychological research (try designing an experiment to test the effects of reading “War and Peace,” for example). Meanwhile, most of us will probably soldier on with a positive view of the improving effects of literature, supported by nothing more than an airy bed of sentiment.

I have never been persuaded by arguments purporting to show that literature is an arbitrary category that functions merely as a badge of membership in an elite. There is such a thing as aesthetic merit, or more likely, aesthetic merits, complicated as they may be to articulate or impute to any given work.

But it’s hard to avoid the thought that there is something in the anti-elitist’s worry. Many who enjoy the hard-won pleasures of literature are not content to reap aesthetic rewards from their reading; they want to insist that the effort makes them more morally enlightened as well. And that’s just what we don’t know yet.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

WENECKIE ZBLIŻENIA

48. Biennale weneckie („Gazeta Malarzy i Poetów”, nr 1/2000 i 2/2000) nowa redakcja (25 maja 2012 roku)

Do „oka” Rosemarie Trockel w pawilonie niemieckim wracam raz i drugi i nie tylko pierwszego dnia. Kiedy potem wychodzę z zaciemnionego wnętrza, wprost w prześwietloną zieleń parku, mam wrażenie, jak bym chciał się wycofać ze spojrzenia. Czy jednak może 25być jakiekolwiek „poza”? To jedynie, co najwyżej, moment irracjonalnego odruchu. Za to tam, w pierwszej ciemnej sali, mam przed sobą nieustający, zwrotny ruch ogromnego „oka”, które, wita nas, przykuwając uwagę jednostajnym, magnetyzującym rytmem i nic innego się nie liczy. Jest tak, jakby to było serce ufnie zalegającej wokół ciemności, które bije nam wszystkim ku szczególnej uwadze i dla każdej chwili, także miejsca, gdzie spojrzymy, czy choćby o nim tylko pomyślimy. Jest tak, jakby nigdy nie miało się to skończyć. Pomyślałem, że trafiłem na ślad jakiegoś niebywale oszczędnego, trwałego i zarazem dyskretnie ustanawiającego się porządku, choć wiadomo, że przecież na co dzień żyjemy przede wszystkim w świecie ludzkich miar, potrzeb i stosownych wedle tego ustanowień. A jeśli cokolwiek się wyodrębnia i wreszcie konstytuuje (największym nawet wysiłkiem duchowym), musi się okazać prędzej czy później fragmentem, szukającym sobie dopiero miejsca. My czujemy, że ten rytm niezmienny i spokojny, ma wszechwładną siłę spokrewniania rzeczy, czy choćby przepowiadania im nieuchronnego związku, co my także, zapewne wkrótce odkryjemy.

Kiedy przechodzę do sąsiadującej z „okiem” sali, równie wielkiej i zaciemnionej, otwiera się dla nas jeszcze bardziej rozległa przestrzeń aż po przedłużenie na ścianie-ekranie przed nami dokładnie od sufitu do podłogi. Stąd mamy wrażenie, że składamy się w całość z wnętrzem przylegającym do nas ze ściany. Razem z innym, którzy też na ławce przysiedli, penetruję wzrokiem swobodnie całość tego ogromnego, po części zaludnionego wnętrza, aż po krawędzie niknące w półmroku. Nie łatwo teraz rozróżnić, ile w tym rzeczywistości, powiedzmy, prawdziwej, do której ciągle ja się przypisuję – a ile dzieła , które dyskretnie, ale skutecznie, udzieliło swojej przestrzeni.

W każdym razie widzę, że na podobnej, jak nasza, ławce w sporym oddaleniu przed nami są tacy, co na niej leżą i wygląda na to, że pogrążeni we śnie, przewracają się czasem na drugi bok. Choć są też tacy, co z niewiadomych powodów wstają i wychodzą. Są też inni, co dopiero się kładą znalazłszy wolne posłanie, ale są i tacy, którzy weszli, by szukać miejsca, lecz nie znajdując niczego odpowiedniego, rezygnują i wychodzą poza horyzont przestrzeni dostępnej oczom. Dzieje się to wszystko bez zaznaczającego się w ruchach napięcia, czy gotowości, bez widocznego dla naszego oka wysiłku, jakby rządził tym jedynie tajemny rytm – może właśnie ten z poprzedniej sali, panującego tam wszechwładnie „oka”? I prowadzi przez tę swoistą poczekalnię życia, niczym boska niewidzialna ręka, stanowiąc ostateczną i niepodważalną harmonię choć ani dla oczu i poniekąd nawet dla świadomości była niedostępna. Narzuca się przeczucie, że rozstrzyga się to na zupełnie innym poziomie rzeczywistości, gdzie te milczące postaci – i my z ławki, gdybyśmy się jakimś cudem mogli wśród nich znaleźć – po prostu wszyscy razem jesteśmy zwolnieni z konieczności zastanawiania się na sytuacją, wiadomo, że jest dobrze.

Dla nas podglądających z ławki, jest ta poczekalnia właściwie jak z somnambulicznego snu (a nie mogłoby tak być zawsze! – przenikało pewno nie tylko do mojego mózgu), w którym wszystko oddalone nieprzekraczalnym dystansem wszechwładnego rytmu – jest jednocześnie, nie wiadomo dlaczego, przyjazne i intymnie bliskie. Tylko jakim prawem! – zastrzegałem się szybko, żeby nie podejrzewać siebie, że dałem się zwariować. Dwuznaczność tego obcowania, wbrew moim odruchom sprzeciwu pomnaża się, kiedy zauważamy, że tacy wyłączani z rytmu (bo muszą być i tacy w tej wielogeneracyjnej poczekalni) są pakowani we foliowe worki zamykane na błyskawiczny zamek i wieszani na hakach, by w ten sposób impregnowani mogli pozostać razem z żywymi, nie naruszając niczym harmonii tego przybytku.

Nie tworzy to jednak żadnej tajemnicy, którą moglibyśmy uznać za właściwą dziełu sztuki, która w jakiś sobie tylko znany sposób mogła konsekrować je. Nic z tych rzeczy. Nie ma w tym przypadku żadnego osobnego dzieła, pogrążonego w królewskiej swej samoistności; dzieła, które wisi na ścianie, czy jest na niej wyświetlane. W pewnym momencie zauważyłem, że ktoś, kto wszedł, omijając naszą ławkę, idzie przez salę dużym łukiem, i schodzi się z kimś, kto w podobny sposób zbliża się z głębi ekranu i w końcu mam wrażenie, że obie postaci właściwie zlewają się w jedno, tam gdzie wnętrza łączą się podłogami. Podrywam się, idę za tym człowiekiem, który zajrzawszy do małego, mrocznego sąsiedniego pomieszczenia po prostu rezygnuje i wzruszając ramionami wycofuje się jak ktoś, kto pomylił drzwi. Natomiast ja zdezorientowany zatrzymuję się; widzę w półmroku leżących nieruchomo na kozetkach dwóch młodych – wyglądających na studentów. Nie śpią, chwilami oczy otwierają, i widać że im tu dobrze. Są jak ci z ekranu, jakby żywcem stamtąd przeniesieni. I już mam ochotę pójść za ich przykładem, bo jest jeszcze trzecia kozetka – wolna. Zatrzymuję się jednak w ostatniej chwili. Nie wiem, czy nie położyli się dla zwyklej zgrywy, bo były wolne… Czy może rzeczywiście legli za przykładem tamtych na ekranie, żeby zobaczyć jak się poczują. I widocznie, nie było im źle, bo nic się dzieje – i niczego więcej nie trzeba. Tak. Poczułem się jak przyłapany na bezmyślności. Po prostu nie doceniłem sytuacji, którą Trockel zainspirowała. Nie dociekam już przez kogo obaj są „zaprojektowani”– czy z „dzieła”, czy z „życia” Wycofuję się z takich pytań. Nie ma sensu postawa podglądacza, który ma ambicję ogarniania, czy też przenikania rzeczywistości aż do ostatecznego sensu. Odwrotnie na przekór takim ambicjom mógłbym się właśnie położyć tak po prostu, bezmyślnie. Nie muszę być wcale ciągle z zewnątrz – jestem „w obrazie”, jak wszyscy tutaj po jednej i po drugiej stronie ekranu, czy są na nim, czy patrzą na niego. Wszyscy tyle wiemy, ile wiemy. I czy musi być inaczej? I nagle spokój. Niespodziewana, dziwna ulga – że może być właśnie tak, jak jest, chociaż tylko tutaj, kiedy jestem u Trockel. Nie wiem, po co, ale powtarzam sobie, że nie muszę ani kroku do przodu, ani do tyłu. Nie muszę myśleć o tym, co będzie; przypominać, co było, ani kim jestem. Jestem przecież w obrazie, który jest dokoła mnie – jest całym światem. Jedyne, co muszę, to patrzeć i widzieć. Ten ruch oka, to „widzieć” witające przy wejściu – jest nagle jedyną pępowiną, która trzyma przy życiu. Czuję jakby ta sytuacja z czegoś mnie wyzwalała z jakiś utrwalonych pojęć o sobie, o swoim miejscu jedynym i niepowtarzalnym, bo znanym pod moim imieniem i nazwiskiem., o wszystkich fizycznych nawet ograniczeniach, które oczywiście są – ale też i mogą nagle stracić swoją ważność, nie być brane pod uwagę, mimo że nadal obowiązują.

Nie bez powodu więc obcowanie ze światem i ze sobą staje się jakimś doświadczeniem na tym Biennale bardzo oczyszczającym. Jak to robić, żeby za każdym razem móc uznać, iż to co jest, jest właśnie tym, o co chodzi? (Dodajmy, że jeżeli nie miało by być Boga – wszystko musi być święte. Kto jednak temu sprosta? Kto podoła?). To Biennale to dla mnie nauka obcowania, że tak powiem, od pierwszej litery alfabetu, kiedy z wrażenia nie doszedłem jeszcze do drugiej. Ale jest już myśl następna: Wychodzić ku wszystkiemu, bo wszystko jest nam przeznaczone, każdy konkret – i odwrotnie, również my – wszystkiemu, chcemy, czy nie. Lepiej wtedy rozumiemy wyznanie Jean-Pierr’a Bertranda z pawilonu Francji, który mówi o tym, jak pociąga go robienie dziur, łamanie, dewastowanie. W wielkiej sali na poziomie piwnicy kładzie posadzkę z płytek – i jest jak dno zaniedbanego, opuszczonego basenu czy podłoga starej, niczyjej kotłowni. Bertrand buduje nad tym solidny, potężny podest, abyśmy mogli to oglądać z góry i kontemplować rozległą powierzchnię, tak boleśnie unerwioną siatką niezliczonych spękań. Jest przestrzeń, ale jest i czas – nasz czas także, gdy się nad tym pochylamy. Wtedy też poezja opuszczenia: cisza tego miejsca już wygasła, bez napięcia; jednak to, co widzimy i czujemy – dokumentuje obecność, i choć trudno to nazwać, nic temu nie zaprzeczy, nic nie wymaże.

Eksponowana ruina i zniszczenie jeszcze na naszych oczach się utrwala i formuje – jak dzieło. W tym, do czego zaprasza Bertrand, jest ciągle jakaś ogromna potencjalna siła. Z tego wnętrza tchnie pewnością, która uspokaja, choć przecież mamy przed sobą studium zniszczenia. Tutaj nagle wiemy, że naznaczeni przemijalnością mamy określone miejsce w nieustającym ruchu wszystkiego.

To, co kojarzy się nam ze światłem, otwarciem, lotnością – co daje nam poczucie lekkości i wyniesienia – odnajdujemy na parterze w dwóch małych salach. Nie ma w nich niczego poza światłem wpadającym przez wycięty w dachu kwadrat przykryty szkłem. Światłem nasycającym jasno pomalowane ściany tak, że zanika ich wyrazisty obrys, ich materialność i dramat ograniczonej ścianami przestrzeni. Odnajdujemy się jak w rozświetlonym obłoku. I to właśnie w takim wnętrzu jesteśmy nagle zdezorientowani, obezwładnieni, bez potrzeby wykonania najmniejszego choćby ruchu. Dopiero po chwili w narożniku, prawie przy podłodze widzimy konkret. Ale jaki to konkret! Cienie liści gałęzi zwisającej nad szklanym kwadratem okna. I wtedy uświadamiam sobie, że w hallu tego pawilonu przyciągnęły moją uwagę dwa potężne pnie, które ucięte sufitem i podłogą, jak bez początku i końca, są tym bardziej niewzruszone i nienaruszalne w swojej nieustępliwej obecności. Z tym większym uporem wpatruję się w ciemniejące refleksy liści w narożniku. Tylko to daje moim oczom oparcie w niepodzielnej jasności wnętrza. I coś mi podpowiada, że te dwie nierównoważne „obecności” są z jednego drzewa, z jednego źródła.

Praca Katarzyny Kozyry, film video Łaźnia męska, celuje bezpośrednio w nas samych, w ciało każdego z osobna, skracając dystans dzielący od tego ciała do ostatecznej granicy, jak na ten rodzaj sztuki. Mamy przed sobą obnażonego mężczyznę, wydanego na pastwę własnego ciała. Nie wiele mają sobie do zaoferowania. Mężczyzna jest na ciało głuchy, próbuje dotykać, coś w nim wyczuwać, palce przesuwają się, trafiają na kształty, sfałdowania, ale to wszystko jest połowiczne, nieświadome celu, którego mogłyby sobie życzyć. Nie wie, co można z tego własnego ciała czerpać. Jest w łaźni ciałem w stanie spoczynku, poza kobietą, rytuałami kultury, mitologią swej męskiej roli (niekoniecznie rozumianej negatywnie). I rozumiem wtedy, że jedynie akt biologicznego spełnienia organizuje ciało w całość. Są to jednak znikome ułamki czasu. Więc poza aktem spełnienia, w łaźni jest jedynie pustka samotnego, niepotrzebnego sobie ciała. Po nieuchronnym szoku – jedni wybiegają ze śmiechem lub chichocząc, drudzy siedzą na podłodze z wyciągniętymi nogami, oparci o ściankę, żeby przyjąć pełne uderzenie obrazów video, jeszcze inni stoją skupieni w sobie jakby wpuszczali to w siebie wąskim kanałem racjonalnego postrzegania – i przychodzi w końcu cicha oczyszczająca pokora.

Zaczyna się w nas wszystko jakby od początku, od poruszenia, od tych drgań, dla których szukamy w sobie ludzkiej perspektywy. Wizualność na Biennale zdaje się nie mieć granic. Można śmiało powiedzieć, że oko artysty „widzi więcej niż patrzy” i nie obawia się przenieść ostrza swej obserwacji w głębokie, zaciemnione sfery naszej duchowości.

Tak dzieje się w pawilonie Skandynawów. Finka Eija-Lisa Ahtila w filmie Koniec historii mówi o stereotypach zachowań określających relacje i związki, poza którymi są jednak w nas rzeczy niepojęte. I to na nie można liczyć, na stwarzanie między ludźmi czegoś nowego, na rozstrzyganie o czymś… Bo w nieprzeniknionym ludzkim wnętrzu otwierają się nieoczekiwane rany. A potem nie wiadomo, dlaczego przebaczamy, choć wydaje się, że jest już za późno, aby to mogło mieć znaczenie. A jednak tytułowy „koniec historii” może dopiero wtedy nastąpić, gdy „ona” „jemu” wybaczy, choć „jego” od dawna nie ma pośród żywych. I nie granica śmierci jest tu najważniejsza, nie granica tego, co wydaje się nam realnie istniejącym życiem, ale to, aby szaleństwo naszej duszy znalazło wreszcie odpowiedź, tak, jak zdobyła się na to bohaterka Ahtila’i.

Kiedy znowu wychodzę z pawilonu w zielony, słoneczny park wśród miękkich, aksamitnych powiewów od strony laguny, rodzi się z początku dla mnie niezrozumiałe napięcie, coś w rodzaju podejrzenia, nie odnoszącego się do niczego konkretnego. Mógłbym sobie nawet powiedzieć, że nie wiem, o co mi właściwie chodzi. Godzinę czy dwie później jestem w pawilonie Egiptu i pośród dostojeństwa historii, która pozostawia niezatarte piętno na całej ekspozycji, i jest w tym coś, co odbieram jako sygnał. Stoję przed pracą Abdel Gama Nassera. Na gładkiej, jasnej ścianie, niczego nie zapowiadającej, widać ciemną bruzdę niezagojonej, zarośniętej częściowo rany, z której chciałoby się wydobyć coś obrzydliwego, co widocznie psuje się pod gładką powierzchnią ściany i prędzej czy później będzie musiało wypłynąć.

A potem jeszcze w pawilonie Włoch obraz Xie Nanxing, nad którym człowiek z raną w kroczu – zasłania je dłonią; nie wiadomo, czy o zatamowanie krwi chodzi czy po prostu ze wstydu chce zakryć miejsce, gdzie został dotkliwie okaleczony. Brakuje mi oddechu…

W sąsiedniej Sali znajduję otwór w ścianie, do którego przywieram okiem i jak przez długą lunetkę widzę szczęśliwy, choć bardzo oddalony krajobraz weneckiej laguny.

Wracam więc do miasta. Do mojej Wenecji (po raz pierwszy czuję, że mogę tak powiedzieć). Słońce opromienia czerwonawo pyszną kopułę kościoła Santa Maria Della Salute po drugiej stronie Grande Canale, na cyplu wyspy. I choć słońce zachodzi, niebo zdaje się odbijać je wysoko w górze, jest rozepchnięte dynamiką barw – ostatni pożegnalny, szeroki gest kończącego się dnia. I robi się nad laguną bardzo rozlegle. Bardzo wszystkiemu do wszystkiego – daleko.

Wracam jeszcze raz na Biennale – teraz już pamięcią – do pawilonu Grecji, gdzie w wielkiej kilkudziesięciometrowej sali rozpięty jest równie wielki łuk mostu, choć bez trudu można przejść na drugą stronę sali nie korzystając z niego. Tym bardziej, że powierzchnia mostu pokryta płytami z łupków, jest cała jakby zryta pługiem. Ale jest to, co najważniejsze, o co chyba autorowi (Costas Varotsos) chodziło: rozpięcie w powietrzu tak wielkiej masy, jakby nie był to tylko łuk mostu, lecz przede wszystkim łuk wyobraźni wzbijającej się wysoko w górę, choć jest przecież zamknięty w wyraźnie zbyt ciasnym dla niego budynku.

* * *

Znowu uliczki i kanały krzyżujące się, splątane mostkami, znikające w jasności wylotów. Albo gubiące się w zastałej ciszy zaułków, które nigdzie nie prowadząc zostawiają ciebie sam na sam z bezruchem wody między murami, przebijającej się spokojem przez twoje patrzenie aż do chwili, kiedy zdajesz sobie sprawę, że o nic konkretnego nie chodzi. I otwiera się tobie bezczas, jak wrota krainy, gdzie nie musisz się ku niczemu zwracać i każde poruszenie jest błędem, czymś niepotrzebnym. Jakbym się odwracał od tego, co jest – ku temu, czego nie ma.

Przypomina się widok laguny z lądu, od strony Mestre. Daleki horyzont dziwnie płaskiego nieba i morza stwarzał wrażenie, jakby coś się przed naszymi oczami ukrywało. Coś, co powinno być, a nie ma. Pozostał lekki rys miasta na lagunie, jak słabe maźnięcie pędzla, roztapiające się w prześwietlonym słońcem powietrzu – ostatni trop, który też zapewne każdej chwili zniknie.

Było prawie tak, jak musiało być kiedyś, na początku, w tym zacisznym kącie Adriatyku na prawie całkowitym odludziu, gdzie żyło trochę rybaków i tych, co utrzymywali się z czerpania soli na płyciznach laguny. I jak teraz, kiedy jestem w przejściu pod Museo Civico Correr i odsłania się rozległy plac i na jego drugim dalekim końcu Bazylika, sanktuarium św. Marka Ewangelisty, którego relikwie wykradzione z arabskiej Aleksandrii, przewiezione kupieckim statkiem na początku IX wieku, miały pomóc miastu przymierzyć się do znakomitej i legendarnej przeszłości Rzymu. Kilka wieków później Wenecja triumfowała wobec drugiego centrum, z którym łączyły ją szczególne relacje – wobec Bizancjum. Zrabowane w czasie IV wyprawy krzyżowej w Konstantynopolu z hipodromu cztery konie z brązu zostały umieszczone na fasadzie Bazyliki (później wymienione na kopie), chociaż niezupełnie mieszczą się w stylistyce jej fasady. Emanująca z koni dzika, nieujarzmiona żywotność dawała jednak miastu inną, ważniejszą satysfakcję; na zawsze miała zaświadczać o potędze.

Wchodzę wreszcie na plac, zamknięty po obu stronach długimi, potężnymi budynkami Starej i Nowej Prokuracji. Razem z kolumnadą arkad wynurzają się te budowle z oparów zalewającego plac słońca, trochę jak szpalery zwartych i zdyscyplinowanych oddziałów napoleońskich, które rzeczywiście w 1797 roku wkroczyły do miasta, kładąc kres Republice Weneckiej. Patrzę na barwny wielojęzyczny tłum przed Bazyliką, której fasada nie otwiera podwoi dla dawnych zwycięzców z trofeami – teraz jest już inaczej. Otwiera się dla wszystkich, którzy tu przyjdą: wielkie theatrum historii sztuki z całym bogactwem stylów i form, od bizantyjskich i rzymskich, po romańskie, gotyckie i barokowe. Układa się to w architektoniczą całość począwszy od pięciu wejść z portalami i mozaikami, odpowiadającymi im łukami na wyższej kondygnacji, i wreszcie wieńczącymi dach rzeźbami, wieżyczkami i pięcioma wielkimi kopułami. W pełnym blasku dnia Bazylika wydaje się być tym światłem oszroniona. I ten rodzaj przesłony unaocznia niejako tajemnicę budowli, jej świetność, harmonię form tworzącą się na przestrzeni wielu wieków. To chyba dlatego mam wrażenie, że od nas zbliżających się ku niej – niczego już nie potrzebuje. I chwilami ta prawie bezbolesna samowystarczalność przytłacza, a nawet tym spokojnym, nieustającym ujawnianiem się obezwładnia, jakby istniała na wzór czegoś nieosiągalnego. Choć przecież w końcu stajemy u jej stóp i wiemy, że tkwi w tym miejscu od wieków.

A potem słuchamy przewodników wycieczek opowiadających trochę głosem retora pełnym wzniosłości i patosu, ale i historyka sztuki pilnującego precyzji i poprawności opisu. Kiedy spoglądam na słuchaczy wydaje się, że opowiadane dzieje tych budowli wyłaniają się z nieogarnionego niczym, a pomnażającego się istnienia i nie mają nic wspólnego z realnością, którą można by odnieść do własnego życia i zrozumieć. Oszołomieni bogactwem historii, którą mają przed oczami, zmęczeni upałem i słońcem, czy długą wędrówką po mieście, błądzą bezsilnym, zdumionym wzrokiem – lecz wcale się nie niecierpliwią, wcale nie mają zamiaru stąd odejść. Jakby chcieli takiej właśnie chwili z orszakiem wieków w tle, stawiającej ich wobec niemal namacalnie obecnej historii, i to bez ich własnego słowa, nawet bez drgnienia wyobraźni – za to z poczuciem nie wiadomo skąd wziętej przemożnej pewności. Jakby właśnie tak, niewiele rozumiejąc, w istocie bardziej odczuwali wielkość tego, co się tu w tym mieście przez wieki działo. I w ten sposób czują się o wiele bliżsi prawdy, a już na pewno pełni większego wobec niej respektu. (Pewno dlatego gromadzą się tu takie rzesze – pomyślałem – a niedaleko na Biennale, gdzie potrzeba obcowania człowieka ze światem szuka nowych bardziej intuicyjnie, i racjonalnie budowanych spełnień – jest jednak ludzi o wiele mniej).

A więc o tę niepojętość rzeczy chodzi, aby w środku jasnego dnia poczuć całe to nagłe oddalenie rzeczy i spraw, do jakich chcieli się zbliżyć, z którymi, wiadomo, że mieli bardzo niewiele wspólnego. Dotąd było to oczywiste; ale tu teraz właśnie przestało być oczywiste. I oto, kiedy tak stoją, niejako na nowo odzyskują poczucie pogrążenia się w niemocy swego rozumienia. Ja też poczułem, że to myślenie na swój sposób zabiera mnie ze sobą.

Ale to tylko pojedyncze chwile, momenty, mgnienia – bo trzeba jednak iść dalej. Ktoś organizuje grupkę rodzinną czy znajomych do „fotki” na tle Bazyliki; matka roztrąca ludzi, krzycząc, że zgubiło się dziecko; stadko gołębi obniża gwałtownie lot, by opaść na odsłaniające się tu i ówdzie skrawki placu i żeby nie doszło do kolizji trzeba błyskawicznie wykonać unik głową wśród śmiechów pryskających wokół lekko, swawolnie, tak że za chwilę będzie można mieć wrażenie, że nie było tu niczego godnego uwagi.

Ponad powierzchnią stolików, blisko przede mną widzę dwie siedzące postacie Amerykanina i Hinduski. Nie mogę oderwać od nich oczu. On szczupły, wysoki, kwintesencja inteligencji i wrażliwości, pełen gotowości, jakby zatrzymywał się nad każdą chwilą, bo każda jest pełna znaczeń i sensów, i chce być wobec nich uważny, czuje się zobowiązany. I ona, mała, gruba i chyba dlatego każda chwila fizycznej egzystencji (nawet w tym bezruchu przy stoliku) jest takim dla niej trudem. Ale w dużych, ciemnych oczach pełnych obezwładniającego ją samą ciężaru – jest jednak coś więcej. Jakby te oczy przeniosły w sobie wygasłe już odwieczne pragnienia tysięcy pokoleń tamtej dalekiej i umęczonej słońcem ziemi, z której przywędrowała. Spogląda teraz nad zatłoczonym placem, tak jakby wiadomo było, że niczego zmienić się nie da. I zresztą nikogo z nich by to nie interesowało. W pierwszej chwili pomyślałem nawet, że spotkali się dopiero po raz pierwszy. Szybko stało się jednak jasne, że wyczuwalna między nimi „odległość” i niezależny od nich samych dystans wcale nie dzieli, lecz jest właściwie znakiem głębokiego wzajemnego zrozumienia, a z rzadka padające słowa – i nie zawsze wprost do drugiej strony adresowane – są tylko potwierdzeniem, że nie muszą sobie niczego dowodzić ani przekonywać siebie, jak bardzo są blisko siebie. Mogli więc trwać przy tym stoliku w nieskończoność. Czasem tylko wzrok Amerykanina raz po raz wędruje ku Bazylice oddalonej od kawiarni Floriana o kilkadziesiąt metrów i wydaje się, że ta jego powściągliwość jeszcze się nasiliła, jakby umacniała się świadomość granic, w których trzeba się tutaj poruszać. A ja patrzę na nich bez przerwy urzeczony tą harmonią, która nie musi dawać o sobie żadnego widomego świadectwa, tak jest pełna, tak się w niej wszystko bez reszty wyczerpuje.

Kiedy Amerykanin wstał, ona też się podniosła, choć ciężko i z wysiłkiem. I od razu bez słowa ruszyli w kierunku Bazyliki. Ona kolebiąc się, wymuszonym na sobie cierpliwym ruchem – i on dostosowujący się do niej każdym poruszeniem. Szli ramię w ramię. Zdałem sobie sprawę, że lada moment stracę ich bezpowrotnie z oczu. Zapłaciłem przechodzącemu kelnerowi. Nie zdążyłem się podnieść, kiedy dostrzegłem dłoń jego opuszczonej ręki jak krawędzią dotyka jej dłoni, a palce szukają jej palców, by się zapleść. I choć po chwili wstałem, nie robię już żadnego więcej ruchu, jakby to mogło przeszkodzić temu, na co patrzę. A oni złączeni idą dalej, niezmiennie w tym samym powolnym rytmie, cierpliwie pokonując odległość dzielącą ich od głównego wejścia, w którego portal i łuki jego archiwolty, aż do ostatniej, zbliżonej do skali człowieka, wpisywały mi się z daleka obie ich postacie. I tak dyskretnie, prawie niezauważalnie dopełniała się ta wspólnota, jakby to były ciche, dokonujące się wyłącznie na użytek ich dwojga, ale może bez ich świadomości – zaślubiny.

Stojąc na mostku nad kanałem spoglądam na młodą kobietę siedzącą poniżej na stopniach schodków, zapatrzoną w cichą i ciemną toń wody, jej dyskretną głębię, mimo że cały czas stojący obok mężczyzna próbuje zwrócić jej uwagę na siebie. Ona odpowiada głośno, niekiedy reaguje nawet krótkim, dźwięcznym śmiechem, nie odrywa jednak wzroku od wody, jakby działała na nią niczym magnes. Mężczyzna w końcu rezygnuje i odchodzi. Kobieta po chwili wraca do rzeczywistości, wyciąga z torebki lusterko i pomadkę. Precyzyjne, pełne skupienia ruchy. Potem czyta uważnie strony w notesie, zapisane numerami telefonów. Znalazła. Chowa. Dwadzieścia metrów dalej są automaty. Dzwoni. Śmieje się dźwięcznie, zwycięsko, bo widocznie zaskoczenie się udało. Słucha. Odpowiada. Wreszcie jest to, o co chodzi. Domani? – sprawdza. A potem jeszcze powtarza, że wszystko jasne: Domani. Odkłada słuchawkę i rusza natychmiast w głąb uliczki zdecydowanym krokiem. Jest to już zupełnie ktoś inny – w każdym razie nie ta kobieta siedząca i zapatrzona w cichą, spokojną wodę. Idę jeszcze za nią do bliskiego następnego mostku, pod który wpłynie zaraz zbliżająca się gondola. Ale gondolier dostrzegł kobietę przystającą na mostku i zaczyna śpiewać Volare…, posyłając jej obiecujące spojrzenie niczym rasowy trubadur. Kilku Japończyków półleżąc w gondoli wyłożonej wiśniowym pluszem ze złotym obramowaniem spogląda na siebie z satysfakcją, choć komu innemu ten śpiew jest dedykowany. Kobieta lekkim, triumfującym ruchem głowy odrzuca sploty jasnych włosów i energicznie schodzi w uliczkę. Nic już jej nie obchodzi. Dla niej nie ma „dzisiaj” – jest tylko „domani”. Więc ja też powtarzam: do jutra.

I wracam. Wiem, że to absurd. Jednak wracam. Południe jest blisko. Tym razem jestem po drugiej stronie placu przed bazyliką, w kawiarni Quadriego. Zapomniałem usiąść jak najbliżej krawędzi cienia wieży, wysokiej, smukłej campanile, i słońce wkrótce uderza raz po razie. W ogniu światła jest po chwili cały stolik i to, co na nim błyszczy: szkło szklanki i butelki po mineralnej, posrebrzana cukiernica, porcelanowa, biała filiżanka – teraz jak nieużyteczne znaki trwania, co przepowiada… I nie zapytam siebie, co?… Nie. Przymykam oczy, chociaż – myślę – jest tylko to, co widzę. I nie ruszam się. Nie ruszam. Przypomniał mi się cytat z poezji Gabriela D’Annunzio, do którego odwołała się w swoim wprowadzeniu do ekspozycji Rosmarie Trockel: „Wenecja… MIASTO ŻYCIA”. Powtarzam sobie te słowa z całą siłą, która nagle we mnie jest, jakby na przekór nieruchomego mego ciała przy tym stoliku, tego wszystkiego, co mogłoby się takim wydawać teraz i za sto lat. I za tysiąc.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz