Za późno, za wcześnie, już czas

Za późno, za wcześnie, już czas

Fragmenty noweli filmowej „Za późno, za wcześnie, już czas.”, która stała się podstawą scenariusza filmu fabularnego „Poznań – 56” napisanego wspólnie przez autora noweli i Filipa Bajona, reżysera filmu.

8.

(…) Chłopcy zaszyli się w kącie ogrodu. Daleko między konarami drzew prześwituje piętrowy dom z tak zwanego „pruskiego muru”, z drewnianym belkowaniem widocznym w murze z czerwonej cegły. Patrzą na okna z białymi ramami, a zwłaszcza na te otwarte, przesłonięte bielą firanek, odcinające się z tym większą wyrazistością, kiedy czeka się już tylko na moment, w którym ktoś wreszcie się ukaże. A jednak czują się bezpieczni. Poranne jeszcze słońce powleka zieloną gęstwę liści wokół połyskiem, który razem z ciszą zdają się upinać złudną, mieniącą się światłem szatę świata. I to dzięki temu są jak niewidzialni podglądacze tych porannych ablucji oczyszczających również ich z rozgorączkowania, wszelkich niespokojnych pytań, na które trzeba by odpowiadać.
Chłopcy leżą mrużąc oczy.
– Widziałeś kiedyś ognisty krzak? … Ciotka pokazała mi taki w książce. Ale ojciec zaraz się wściekł i zabrał.
– Taki, co się pali? – pyta Piotrek.
– Od światła. Od jasności, która w nim była… Miał tam być Bóg. – Darek patrzy na kolegę wyczekująco, a potem mówi dalej.
– To było na górze, gdzie szło się kilka dni.
– Bóg jest w niebie. Nie uczyłeś się?

Darek zaprzecza ruchem głowy.

– Nie chodzę na naukę.

Jest w Darku powściągliwość kogoś, kto nie wie, czy to powód do dumy czy należałoby się raczej wstydzić.

– On przyszedł na ziemię. Normalnie, jak człowiek. Nie widziałeś żłóbka? – pyta Piotrek.
– Byłem z matką w kościele ale się popłakała i wyszliśmy.
– Żal się jej zrobiło?
– Mówiła, że przeklęty jest nasz los.

Piotrek spojrzał na kolegę.

– Dlaczego tak powiedziała?
– Nie wiem – odpowiedział cicho Darek.

Piotrek przesuwa się do niego i kładzie mu głowę na ramieniu. Darek przechyla tylko głowę w bok i dotyka policzkiem jego włosów. I trwają tak w milczeniu, i w słonecznej urodzie ogrodu. (…)

9.

Przewrócony na bok tramwaj leży w poprzek szerokiej ulicznej arterii. Wokół ruch pieszych, gwar, rozgorączkowanie. Ktoś wznosi patriotyczne okrzyki. Piotrek i Darek są wśród tych, co przystanęli przed niezgrabnym pudłem tramwaju, nigdy dotąd przez nich w tej pozycji nie oglądanym. Przypomina trochę powalone monstrum, którego zardzewiałe, żelazne bebechy wyszły na wierzch. Można wreszcie zobaczyć to, co dotąd było ukryte. Darek usiłuje uruchomić żelazne koło osi, sterczące tuż nad głową, lecz mu się to nie udaje. Przez wybitą przednią szybę motorniczego Piotrek wślizguje się do wnętrza. W tej chwili jest to chyba jedyne miejsce na tej ulicy tak zaciszne i spokojne, mimo przykrego widoku ogólnego zdewastowania i zniszczenia. Pozbawione szyb i jaśniejące nad głową Piotrka okna kuszą. Chłopiec wspina się błyskawicznie po oparciach siedzeń i jak przez właz wysuwa głowę. Jest oszołomiony perspektywą, a przede wszystkim potężnym, wysokim budynkiem, nad którego dachem sterczy wysoko maszt. Dostrzega na nim ludzką figurkę, która wspina się niczym małpka. Jakby to był marynarz na żaglowcu manipulujący przy tym maszcie. I rzeczywiście, po chwili widzi, że coś się odrywa, leci w dół, witane na dole głośnym aplauzem.

– Darek! Darek! Tam! Tam!

Ale Darek już tego nie słyszy wśród radosnych i zwycięskich okrzyków rozlegających się wokół:

– Mają czołg! Czołg! Czołg!

Darek biegnie kilkanaście metrów do nowej zdobyczy, jeszcze bardziej efektownej niż ta, jaką zawładnął Piotrek. Razem z innymi wdrapuje się na żelazną fortecę, podczas gdy niektórzy ześlizgują się po pancernych płytach. (…)

17.

Z ciemnego wnętrza bramy wjazdowej w kilkupiętrowej kamienicy wylewa się na rozległe podwórze z oficyną w głębi wzburzony i rozgorączkowany tłum. Chaotyczne okrzyki, groźne wymachiwania rękami – wszystko to jest kierowane wyraźnie pod adresem żołnierza w kombinezonie i z hełmofonem na głowie, którego prowadzi Stach z Zenkiem i kilkoma innymi mężczyznami, otaczając go ciasno zwartym kręgiem, tak, że nikt nie ma dostępu do czołgisty.

– Komu służysz?!
– Po co tym czołgiem przyjechałeś?! Co?
– Ja sam otworzyłem właz! Ja! Ja! – próbuje się bronić czołgista.

Ktoś doskakuje do otaczającego go kordonu i przez ramię wykrzykuje z bliska:

– I zobaczyłeś setki czołgów! Jak ujeżdżają i strzelają, gdzie popadnie!
– Śmierć zdrajcy! – wrzeszczy ktoś i reszta podchwytuje.

W bramie domu zamykającego podwórze z boku ukazuje się Piotrek i Darek. Zatrzymują się widząc, że w tłumie na podwórzu nagle się zakotłowało. Prowadzący czołgistę wzięli go pod ręce. Żołnierz blady i przerażony stoi teraz oparty o ścianę domu.

– Słuchajcie! – woła Zenek. – Niech będzie sąd! Tu! Nas wszystkich sąd!
– Nie możemy być sędziami! – sprzeciwia się Stach.

Ale jego głos ginie w potoku oskarżeń i skarg, nie kończącej litanii żalu, nienawiści i wołania o sprawiedliwość, która tłucze się bezsilnie w opasujących ich murach wysokich starych kamienic.

– Ludzie! – woła czołgista. – To był rozkaz!
– Do dziecka też byś strzelał, bo taki rozkaz?! – wołał mężczyzna ponad ramieniem Zenka przyskoczywszy do niego na chwilę.

Czołgista opuszcza nagle głowę, jakby uszły z niego wszystkie siły.

– Krew! Krew! – woła jeden z tłumu, pokazując na czołgistę.

Na podwórzu zrobiło się nagle cicho. Wszyscy wpatrują się w żołnierza, jakby czekali na potwierdzenie tego, o czym myślą. Stach podbiega do niego. Widzi ciemną, mokrą plamę na kombinezonie poniżej podbródka.

– To zadraśnięcie! – mówi głośno i patrzy po wszystkich. – Sprzączka od hełmofonu go skaleczyła, jak żeśmy go wyciągali z włazu. Nic więcej!!! – To ostatnie prawie krzyczy, żeby dotarło, że to żaden znak do nikogo.

W bramie, skąd przed chwilą tłum wyszedł, ukazują się pojedynczy uciekający ludzie. Słychać wołanie:

– Milicja! Milicja!

Na podwórzu wybucha popłoch i zamieszanie. Ludzie uciekają w różnych kierunkach, żeby jak najprędzej wydostać się z podwórza. Wpadają na siebie, potrącają się, złoszczą i krzyczą.

– Weź go! – krzyczy Zenek do Stacha – My ich zatrzymamy.

Ukazuje się grupa milicjantów bez czapek i broni. Zdezorientowani widokiem tłumu nie bardzo wiedzą, co ze sobą zrobić, zwracają się w jedną stronę, to w drugą. W końcu kilku z nich znika w bramie, skąd przybyli. Reszta rzuca się za ludźmi uciekającymi do bramy, gdzie stoją chłopcy.

– Tata! Tata! – woła Piotrek poderwawszy się nagle, kiedy dostrzegł ojca ciągnącego półprzytomnego czołgistę.

Darek wepchnięty falą uciekających z powrotem w bramę ląduje pod schodami, gdzie ktoś wpada na niego przygniatając go ciałem.

– Nie! Nie! – Krzyczy Darek jak w śmiertelnym zagrożeniu, bijąc rękami i kopiąc na nogami na ślepo, gdzie popadnie.

Tamten obezwładnia w końcu chłopca. Przez chwilę patrzą na siebie ciężko oddychając i sapiąc.

– Nie bój się – mówi mężczyzna szeptem. – Nie jesteśmy wrogami.

23.

W pobliżu placu Mickiewicza na skwerze za kamienną balustradą nieczynnej fontanny siedzą robotnicy. Oparci o nią z nogami wyciągniętymi – odpoczywają. Drewniaki leżą na trawie. Niektórzy trzymają skibki w ręce i jedzą. Pomaga im to ukryć fakt, że czują się w stanie zawieszenia i nie bardzo wiedzą, co właściwie robić dalej.

– Niedługo południe – mówi jeden z siedzących, spoglądając na Stacha.
– Oszukali nas jeszcze raz – mówi Stach – Nikt już z Warszawy nie przyjedzie.

Jeden z jedzących podnosi nadgryzioną kanapkę.

– Tam przynajmniej po koniaczku każdy dostał i kanapka z kawiorem była.
– Jak ci się znudziło gadanie… To masz lepiej.
– Idę do domu. – Jeden z nich wstaje.

Ktoś pokazuje ruchem głowy na huczący wrzawą plac.

– A tu całe miasto przyszło za tobą. Jak im powiesz, że mają iść do domu?!

Stach widzi na jezdni podjeżdżający motocykl z przyczepą, na którym jest Zenek z chłopcem. Zrywa się. Biegnie do nich. Teraz widzi w przyczepie kilka karabinów i pistolety.

– Czyście zwariowali?! Zenek, po co? A ten smarkacz, co?! Jazda! Do domu!

Zenek wychodzi ku niemu z wyciągniętymi rękami i otwartymi dłońmi zasłaniając tym samym Darka.

– Zaraz. Kochany! Teraz dopiero się zacznie
– Co ma się zacząć? Skończyło się?
– Dawno wiedziałem, że mają nas w dupie. Ześwinić się, to pozwolą. Nawet medal dostaniesz. Ale na więcej nie licz – mówił Zenek.
– Zeświniłeś się, to wiesz – mówi Stach.
– No, to chociaż… – Zenek patrzy mu twardo w oczy. Jest nagle spokojny. – Będziesz mi pamiętał do końca życia.

W ciszy przez daleki tumult przebija się podniosły głos spotęgowany mocą głośnika:

– Polacy! Przegonić tych łobuzów!
– Stach, trzeba rozpruć do końca.

Pokazuje ruchem głowy na Darka.

– Z takimi dzieciakami… – Stach nie skończył, wystarczył wzrok.
– Darek wie więcej niż myślisz.
– Zenek, niczego porządnego tak nie zbudujemy.
– Na tych bujdach, które ci wciskają wszędzie, też nie!
– Co było można zrobiliśmy.
– Nie będę tu jęczał i wytykał każdemu grzechów.
– Idę z powrotem.

Patrzą na siebie.

Znowu przez wrzawę przebija się głos z głośnika:

– … Czekaliśmy długo…
– Słyszeliście… – Zenek odwraca się do Darka. – Ludzie muszą się dowiedzieć.

Jedziemy do radia!

Wsiadają na motocykl. Rozpromieniony Darek wydał już ludziom ostatni karabin.

Ulicą pędzi motocykl z przyczepą w której, siedzi Darek trzymający biało-czerwoną chorągiew. Kieruje Zenek, za nim siedzi Stach. Grupy manifestantów, pojedynczy ludzie machają im rękami, kiedy przejeżdżają. Kilku w roboczych ubraniach tarasuje im jezdnię. Muszą się zatrzymać.

– Strajk! Żadnej jazdy!

Zenek krzyczy:

– Jesteśmy z komitetu strajkowego! Jedziemy do radia!

Tamci ustępują, pokazując ręką, że droga wolna.

Stach śmieje się i ściska za ramię Zenka.

– Nigdy nie byłem w delegacji – mówi Stach.
– Jesteś! – odpowiada Zenek. – Dzisiaj wszyscy awansujemy.

Śmieją się, ale właśnie skręcają w spokojną, krótką ulicę i momentalnie robi się cicho. Zatrzymują się przed solidną, okazałą willą w ogrodzie.

Zeskakują z motoru i prawie biegiem idą do drzwi, przy których stoi strażnik z karabinem zawieszonym na ramieniu.

– Z komitetu strajkowego! – krzyczy Zenek i od razu dopada otwartych drzwi obok strażnika, który nawet nie drgnął.

Biegną po dwa stopnie na półpiętro do hallu, gdzie wychodzi im już naprzeciw redaktor dyżurny.

– Trzeba ludziom powiedzieć, co się dzieje na mieście – mówi do redaktora Stach.
– Niech żyje wolność! – dopowiada Zenek. – To musi być na końcu.

Zapanowała cisza, jakby usłyszawszy to słowo dopiero zrozumieli, co ono znaczy.

– Po hejnale mamy dwadzieścia minut dla Wielkopolski. Proszę siądziemy. Zredagujemy komunikat – zaprasza redaktor.

Zenek zobaczył pod ścianą odbiornik radiowy na półce. Ruszył w tym kierunku.

Strażnik, który przyszedł za nimi na górę, zdjął z ramienia karabin i skierował się w jego stronę.

– Zenek – krzyknął ostro Stach.

Zenek obrócił się błyskawicznie i patrzy na strażnika, wbijając w niego wzrok.

– No?… – mówi po chwili szeptem. – Zabij!…

Chwila ciszy i znieruchomienia. I kiedy już wie, że dał temu dostatecznie dużo czasu. Obraca się z powrotem, podchodzi do odbiornika. Włączył i kręci gałką, szukając stacji. Wreszcie słychać na tle brzękotu zagłuszarki kończący się sygnał Radia „Wolna Europa” i głos spikera zapowiadającego audycję rolną Wiktora Krościanko.

Zenek podnosi głowę i zwraca się do redaktora.

– Nie chcecie być pierwsi? – pyta.

Redaktor spogląda na Stacha i Zenka.

– Nie otrzymaliśmy żadnej informacji… Dopiero południe… Co będzie wieczorem, jeszcze nie wiadomo.

Stach dopowiada, spoglądając na Zenka.

– Komu czapkować: tym z ulicy czy tamtym z góry?

Zenek podchodzi blisko do redaktora, ale mówi do Stacha:

– To już wiesz, czemu to gówno tyle lat się trzyma. (…)

32.

Jedna z sal oddziałowego ambulatorium w szpitalu. Na kozetce leży Zenek z obandażowaną głową. Opatrunek zasłania także oczy. Może dlatego jego usta są tak widoczne. Jakby w nich zawarła się cała prawda tej na wpół zakrytej twarzy. Dwie młode pielęgniarki stojące po obu stronach łóżka, uśmiechają się do siebie porozumiewawczo. Jedna z nich, z ciemnymi włosami, pochyla się, zbliżając twarz do jego twarzy, tak żeby mógł odczuć obecność. I wtedy na mgnienie dotyka ustami jego ust. Kiedy podniosła się spoglądają na siebie i przechodząc cicho na palcach, zmieniają się miejscami.

– A teraz?… – szepcze jak wróżka ta druga, blondynka.

Zenek wyciąga ostrożnie rękę, ale trafia w pustkę. Po chwili wahania wskazuje na stronę, gdzie obecnie stoi blondynka. Obie wymieniają spojrzenia i śmieją się kokieteryjnie. Zenek opuszcza rękę na pościel.

– Jestem tu – mówi ta z ciemniejszymi włosami. Bierze jego rękę i na dowód przesuwa palcami po sobie od piersi po brzuch.

Oczy obu dziewczyn spotykają się na chwilę.

– Spróbujemy jeszcze raz. Może teraz się uda – mówi ta z włosami ciemniejszymi.

I znowu cisza. Blondynka pochyla się nad Zenkiem i całuje go długo w usta.

– No, no… – zgłasza swe zastrzeżenia ta z ciemniejszymi włosami.

Ale oni oboje jeszcze przez chwilę nie zwracają na to uwagi. A potem, kiedy wreszcie jej usta odrywają się pozostaje nad nim w pochyleniu.

– To ty – szepcze jej w twarz Zenek.
– To ja – przyznaje się natychmiast otwarcie, wpatrując się w twarz, tak jakby nic nie przeszkadzało im w wizualnym kontakcie.

Teraz on podnosi ręce i przyciąga ją do siebie spokojnym, zdecydowanym ruchem. Całuje ją. Potem blondynka podnosi się i patrzy badawczo na koleżankę, która zaczyna się wycofywać do drzwi, kładąc palec na usta, żeby tylko nie płoszyć niczym czarów, którym robiła miejsce. Blondynka patrzy jednak ciągle na koleżankę niepewna akceptacji. Kiedy tamta jest przy drzwiach, pokazuje ręką w dół i zaraz za nie wychodzi. Teraz blondynka jest sama z leżącym. Widać jak jego ręce przesuwają się w górę po ramionach pielęgniarki. (…)

35.

Pomalowany na szaro pokój. Przy stole siedzi mężczyzna ubrany po cywilnemu. Na krześle przed stołem – Stach.

– Dobrze – mówi mężczyzna za stołem uśmiechając się. – W porządku.

Wzrok Stacha staje się czujny. Jakby się obudził, choć oczy ma cały czas otwarte.

– Nie powiedziałem…

Tamten spojrzał na zegarek. Uśmiecha się do Stacha.

– Pięć godzin patrzyliśmy sobie w oczy. Chyba coś powiedziałeś…
– Pan nie pytał.

Tamten pochylił się nad stołem.

– To nie znaczy, żebyś nic nie powiedział.
– Nie… Nie.
– To czemu do cholery, nie mówisz?! Co się zgrywasz na kretyna? Nie spaliłeś czołgu! Nie zabiłeś! Nie kradłeś! – ryczy mu w twarz.
– Co chcecie?! – Stach nie wytrzymuje. – Co ode mnie chcecie?

Tamten podrywa się, jakby wyprowadzony z równowagi. Stojąc mówi:

– Nie rób ze mnie idioty. Łazisz z Niemcem. Co to za kontakty? Po co ci potrzebne? Za te parę judaszy – w czapę? Czy ty się zastanowiłeś?! Daliśmy ci rano próbę. Uczciwie. Żebyś zrozumiał. Jesteś dorosły. Wiesz, że się płaci. Albo – albo.
– O czym pan mówi? – Stach blady patrzy na stojącego nad nim przesłuchującego.

Tamten odwraca się bez słowa. Wraca za stół. Stojąc naciska guzik. Potem, patrząc na drzwi, którymi wchodzi strażnik, mówi spokojnie:

– A ten pistolet… Lepiej, żeby się twój mały dłużej nie bawił.
– Jaki pistolet? – wstaje Stach.
– Odprowadzić – mówi przesłuchujący do strażnika.
– No… – mruknął strażnik, kładąc rękę na ramieniu Stacha.
– To na pewno nie jego! – wykrzykuje Stach.

Przesłuchujący potakuje głową.

– Wiem. Wiem… To ty się martw. – patrzy na Stacha znacząco.

Strażnik trzymając za ramię popycha go powoli w stronę drzwi. Stach spogląda jeszcze na przesłuchującego.

Przesłuchujący znowu potakuje.

– Przypominaj sobie.

37.
W ciasnym przedziale na jedną osobę jadącej „suki” stoi Stach wyprostowany, z głową wyciągniętą w górę. Oddycha ciężko, palce próbują znaleźć szparę między dopasowanymi deskami drewnianych ścianek. Samochód kołysze zwłaszcza na zakrętach. Stach zamyka oczy, aby zmniejszyć wrażenie, że głowa mu krąży.

Nagle wszystko się ucisza i nieruchomieje. Otwierają się drzwi. Uderza światło. Natychmiast czyjeś ręce chwytają go i ściągają na ziemię. Strażnik w wojskowym mundurze prowadzi pod wysoki mur na więziennym dziedzińcu. Jest tam już kilka osób. Strażnik ustawia wszystkich twarzą do muru.

– Jak padnie komenda, odwrócicie się – mówi strażnik i odchodzi do grupki tak samo umundurowanych, którzy stoją kilkanaście metrów w głąb dziedzińca.

Stojący pod murem słyszą prowadzone półgłosem rozmowy, których jednak nie rozumieją. Chwilami słychać śmiech, repetowanie broni.

– Gotowe? – pyta jeden ze strażników.

Głosy jeden po drugim:

– Tak! Tak! Tak!
– Długo będziemy czekać? – ktoś ze strażników się niecierpliwi.
– Spokój! – ucisza dowódca.

Jeden ze stojących pod murem obok Stacha obsuwa się na ziemię.

– Leży – zauważył strażnik.
– Skurwiel myśli, że ma z głowy.

Dwóch podchodzi do leżącego.

– Wstaniesz! – krzyczy strażnik. – Nie wymigasz się. Nie, nie…
– Wody! – woła drugi rozkazująco.

Biegnie z wiadrem więzień w pasiaku.

– Lej!

Gruch – woda bryznęła po leżącym.

– No. Już! – mówi jeden. Schyla się i ciągnie za marynarkę.

Leżący wstaje niezdarnie. Prostuje się, otrząsa, ściera rękami z twarzy.

– No! – podrywa się jeden ze stojących w grupie strażników, mrugając szelmowsko do nich. – Dosyć! Do roboty, chłopaki. Mieli dosyć czasu, żeby załatwić sobie przebaczenie.
– Czekaj! Bo zrobiliśmy im dobrze i do nieba pójdą.

Śmieją się wszyscy.

Nagle jeden ze stojących pod murem klęka.

– Panno Święta… – mówi łamiącym się głosem. – … co Jasnej bronisz…

Nie kończy jednak, bo błyskawicznie jest przy nim strażnik, i chwytając go za kołnierz marynarki z tyłu, podnosi w górę.

– Ci dam klękać. Za późno. Trzeba było pomyśleć wczoraj.
– Jak się głupot zachciało, trzeba płacić! Płacić!

Dostaje kopniaka. Obaj strażnicy wracają do swoich.

Wartownicy biorą karabiny stojące na kozłach. Szczęk broni. Dowódca wydaje rozkaz:

– Na moją komendę: W tył zwrot!

Stojący pod murem obracają się. Przez moment zdają się niczego nie widzieć. Jest cicho. Strażnicy podparci na karabinach przyglądają się im.

– Nauka dla smarkaczy – mówi dowódca.

Jeszcze przez chwilę strażnicy patrzą na stojących nieruchomo i bez wyrazu.

– W szeregu zbiórka! – wydaje następną komendę dowódca.

Tamci stoją, jakby nie słyszeli.

– Co mówiłem, do cholery! – Ryczy dowódca.

Wartownicy śmieją się głośno patrzą na stojących nieruchomo.