W podróży

W podróży

Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 1981, wydanie drugie 1985

Henryk Bereza pisał w „Twórczości”: „Odczucie wspólnoty nędzy i cierpienia” jest odkryciem prawdy istnienia rodzaju ludzkiego, efekty tak różnych podróży jak u Carpentiera i Górnego okazują się zbliżone, w orientalnej paradoksalności świata odnalazł Górny tę zachowaną pierwotność człowieka, jaką Carpentier odkrył na niedostępnym bezludziu. Górny dba w narracji o orientalny autentyzm doświadczeń swego bohatera, ma jednak na względzie ich głębszy i powszechniejszy sens, dlatego – wbrew pozorom – w jego powieści mało jest egzotyki, to co Górnemu przyniosło doświadczenie orientalnej podróży, jest do wykrycia w doświadczeniu wojny, wojna zrywa z człowieka maski, przywraca go pierwotnej „wspólnocie nędzy i cierpienia”, przypomina mu niepodważalny w swej absolutnej prawdziwości język fizjologiczny, prawdę o doświadczeniu wojny zakryły jednak potężne masywy słowa kłamstwa, przebić się przez nie jest prawie niemożliwością, trzeba więc podróżować do „źródeł czasu” lub do orientalnych ojczyzn paradoksalnej logiki.

Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 1981, wydanie pierwsze

Bohater Górnego odnajduje w sobie gotowość do pozostania we „wspólnocie nędzy i cierpienia”. Jest to, oczywiście, pomysł natury tak czysto literackiej, że aż do zakwestionowania nie z wyobraźni, lecz z doświadczenia. Za sukces pisarski Górnego należy jednak uznać to, że tę realną niewiarygodność przyjmuje się z pełną wewnętrzną aprobatą. „Wspólnota nędzy i cierpienia” jest czymś lepszym niż tylko „nędza i cierpienie”. Ta subtelna dystynkcja jest dla powieści Andrzeja Górnego podstawowa; jeśli jest się w stanie ją uznać, zrozumie się dobrze sens tej powieści. (…)”

FRAGMENTY

„(…) Robiło się późno. Kończył się handel, zwijano kramiki, ruszały barki i kioski jak ruchome dekoracje na scenie. Bazar pustoszał. Umówiłem się na dzień następny. Potem skrzyknąwszy się – bo moja gromadka rozpierzchła się po bazarze i sąsiednich ulicach – szliśmy z powrotem. Nie musiałem nikomu wyjaśniać, dokąd idziemy. To było jasne. Niemal po omacku dotarłem do drzwi. Zapukałem. Otworzyły się. Zrobiła mi miejsce i wszedłem. Było tak, jakbyśmy się właściwie na tę późną, prawie nocną porę umówili. Rozbieraliśmy się w milczeniu i bez chwili wahania. W jej ruchach była miękkość i gracja. Leżała z błyszczącymi oczami, kojąca siła ich tkliwego wyrazu działała jak pieszczota. Gładziłem jej miękkie, delikatne piersi i zdałem sobie sprawę, że te pytania, które mógłbym zadać, nie muszą mieć żadnego znaczenia, może ich po prostu wcale nie być. Wszystko ma swoją prawdę: ona, ja i my we dwoje razem też. Na każdą trzeba zasłużyć osobno i wszystkie mogą istnieć obok siebie w zgodzie. I to jest ten cud, na który nie ma recepty. A czym zasłużyliśmy my: ja i ta, co leży obok, o której nie wiem nic? Ale odpowiedzi nie da się wymyślić po to tylko, aby znaleźć spokój. Może nie zrobiliśmy nic – mówiłem sobie, na poły zbuntowany i bezsilny. Może to robi miasto tym upałem, mnogością ludzi włóczących się z kąta w kąt, ulicami i domami podobnymi do siebie, ciągnącymi się bez końca, bijącymi z tego wszystkiego wyziewami, które upijają tak, że można się zapomnieć, zgubić, stracić orientację, kto jest kim, co dlaczego się zaczyna i czemu się kończy. Ona podniosła się na ręce zaniepokojona moją nieruchomością. Przyglądała mi się oczami pełnymi uległości i smutku. Ale to nie była uległość wobec mnie. Te oczy wyzierały z jakiś rozległych, nie należących do nikogo przestrzeni. Objąłem ją. Przycisnąłem się całym sobą, czekając na moment, aż będę mógł. Aż ona to poczuje. Patrzyłem w te oczy, jak coraz mniej rozumieją i są mi coraz bardziej obce. Potem poczułem ruch jej ud ku górze, zaciśniętych wokół moich. Jakby sprężała się do skoku. Oczy zamknęły się. I to ja trwałem nad nią nie spiesząc się. Chciałem, żeby tak było jak najdłużej, kiedy nie ma w niej niczego więcej, jest tylko ciało skupione na sobie, ze swoją tajemnicą przeżywania w środku.
Zdarzało się w tych dniach, że buntowałem się przeciwko mojej dziecięcej hałastrze, włóczącej się zresztą z coraz mniejszym zainteresowaniem. Nauczyli się mnie dopadać, kiedykolwiek przyszła im na to ochota. Wiedzieli, gdzie mnie mogą znaleźć. A w dodatku byli pewni, że zrobią ze mną co zechcą. Znali moje czułe punkty i lubili na nich zagrać. Nie trzeba było do tego dużo. Zakręcili się trochę wokół, chwycili za ręce, włączając w swój orszak albo dawali znaki rękami, przebierając palcami w powietrzu, jakby to miał być koncert na jakimś niewidzialnym instrumencie, ciągnąc mnie potem ze sobą, czy tego chciałem, czy nie. Z reguły też – jeśli mnie tam uprzednio nie zastali – lądowaliśmy przed znajomym domem, spoglądając w brudne, nie myte okno, usiłując dociec czy jest w środku, czy nie ma. Najchętniej zrobiliby z tego zabawę w chowanego, aby mieć jeszcze większy udział w tym, co mnie z nią łączyło, aby uciecha była po prostu większa. Kusiło mnie wtedy, aby pozbyć się tej serdecznej opieki. Ale nie było to możliwe. Uświadomiłem sobie, jak bardzo są z tą moją historią związani, wręcz zrośnięci. Trzeba by się ukrywać, stale uciekać. Musiałyby się skończyć wspólne wędrówki, kiedy w największym tłoku i ulicznym ruchu robili nam miejsce, rozkręcając swój taniec, dając po drodze pokazy różnych na wpół cyrkowych sztuczek i przyciągając jeszcze większe tłumy ciekawych, by wreszcie triumfalnie przebijać się przez nie i prowadzić nas do drzwi. I ja też wówczas pochylałem się nad nią w pokoju na fali tej ogólnej euforii, która została za drzwiami i mówiłem dużo, jak widzę to wszystko, co się z nią i ze mną dzieje. I nie siliłem się na tłumaczenie czegokolwiek. To nie miałoby najmniejszego sensu. Ona wpatrywała się cały czas w moje usta, twarz, oczy, wsłuchiwała się w ożywiony głos, i wszystko było dla niej najbardziej jasne i zrozumiałe.
Chwilami przychodziło coś w rodzaju opamiętania. Chciałem pytać o autentyczność tych sytuacji, doznań. Uzmysłowiłem sobie, że nie wiem, do czego ma to doprowadzić, co z tego wyniknie. Konsekwencje zawsze są różne, a przede wszystkim finały. A będzie musiała przyjść chwila, kiedy czujność osłabnie, rozwój wypadków pochłonie całkowicie i nie można się wtedy cofnąć, nawet człowiekowi się nie chce. Nikt przecież nie ma władzy nad tym, co się dzieje, a zwłaszcza tutaj, w tym dziwnym zakątku świata. Maskarada europejskiego stylu nie zdaje się w tych warunkach na wiele. Wszyscy tutaj muszą być najpierw ofiarami, a dopiero potem tymi, którym się udaje lub nie.
Mówiłem też sobie, że chwile euforii związane z dziewczyną wywołują lawinę uczuć i myśli, do których nie muszę się przyznawać, w każdym razie tak dokładnie do każdej. Trzeba sobie w końcu powiedzieć, że są to chwile wyjątkowe i wszystko, co wówczas się dzieje w człowieku, przebiega jakby innym torem. Nie musi mnie to obowiązywać, nie muszę myśleć o tym tak poważnie i ostatecznie. Obiecywałem sobie, wracając do hotelu, że następnym razem porozmawiamy inaczej. Przede wszystkim miałem prawo wiedzieć trochę o niej samej, bo nie wiedziałem nic. Kim jest, jak się nazywa, skąd pochodzi, gdzie mieszkają rodzice, jeśli żyją. To, co nas łączyło, uprawniało do czegoś znacznie więcej, mieliśmy prawo wzajemnie od siebie żądać, domagać się różnych uczuć, zachowań, gestów, czynów, po prostu dobrowolnych zobowiązań, rodzących się samorzutnie, a nie tylko czerpać jedno z drugiego jak ze źródła, z naturalnego zdroju, u którego brzegu się spotkaliśmy. Ale były to tylko chwile rozsądku, strachu – nie wiadomo. W pustce mrocznej alei gdzieś się to wszystko rozpraszało, przestawało być ważne. Nie chciało się już do tych myśli wracać. Moja kawalkada już się rozwiązała, chłopaki rozeszli się w różnych kierunkach, a riksiarze już znacznie wcześniej zawieruszyli się na placu, by zająć się intratnymi przedsięwzięciami handlowymi, które o tej porze zwykle dobiegały swych ostatecznych rozstrzygnięć. Ponad dachami piętrowych i parterowych domów majaczył w ciemności masyw hotelowego budynku. Przysiadłem na ławce, by ochłonąć, zanim wejdę do „przybytku cywilizacji”. Zanim przedzierzgnę się jeszcze raz i to z dużym wysiłkiem w kogoś, do kogo nie mam przekonania, kim, jak mi się wydawało, przestałem być. Tyle, że na miejscu tego „kogoś” nie wyłaniało się jeszcze nic nowego, dostatecznie wyraźnego, abym mógł wykrzyknąć zuchwale i z niejaką dumą: to ja! I zaraz żachnąłem się. Czy to było możliwe, abym zaistniał tutaj mocno i wyraźnie, chyba tylko krzycząc i tupiąc, ale i to wchłonie oddychająca łagodnymi wonnościami noc, ten mrok duszny i aromatyczny, w którym wszystko się rozpełznie i wsiąknie. (…)

do góry

 

(…) Dni upływały jeden po drugim. Czułem się coraz bardziej zadomowiony na tych ulicach, niemal jak tubylec. Ledwie uchwytne uśmieszki, spojrzenia pełne dystansu, ale także rodzącej się chwilami ciekawości wskazywały, że wprawdzie jestem dla nich biały, ale ten inny, dziwny, nie na swoim normalnym miejscu. Dzieci nie uciekały do domu na mój widok, dokonując wieczornych ablucji pod hydrantem, w wiadrze czy wielkiej białej misce stojącej przy krawężniku, tak żeby nie było potem kłopotów z wodą, która spływała dzięki temu od razu do rynsztoka. Kobiety wychodzące przed dom w halkach nie cofały się na mój widok, przerywały co najwyżej rozmowy, wodząc za mną ciemnymi, nic nie mówiącymi oczyma. A ja szedłem sobie śmiało, bo miałem gdzie chodzić. Znajomych było coraz więcej. Podnosiłem obie ręce na znak powitania, co wzbudzało z reguły ogólną wesołość. Kręcono się pośpiesznie wokół mnie, podsuwając skrzynkę, pudło czy nawet składane krzesełko. Do ręki dostawałem szklaneczkę spienionego, orzeźwiającego soku z pędów młodego bambusa, herbatę lub kokę. Mogłem się raczyć do woli. I nie zastanawiałem się, kiedy to się skończy. Wiele spraw wyglądało tutaj niezwykle i dziwnie, a przecież prosperowało się wśród nich bez wielkich sensacji. Najczęściej zaglądałem do znajomej z bazaru. Zawsze witała mnie jako człowieka, dla którego od dawna zarezerwowane jest miejsce, i to nie jakieś zwykłe, jedno z wielu, które daje się zorganizować z byle czego. Sadowiła mnie na starym wózku, którego koła dawno już odpadły. Był uważany jako magazynek podręczny, zapasowa półka sklepowa lub stolik dla prywatnych gości na zapleczu, nakrywany ciemną, brudną szmatą. Kiedy przychodziłem, stawało się sofą, wprawdzie starą, wysłużoną, lecz na tyle wygodną, by bez żadnych ceregieli można się było na niej wyciągnąć. I choć to wszystko było prowizorką, pachniało tymczasowością – ja miałem wrażenie, że trwa od lat, że niewiele się w tym zmieniło. Kobieta przysiadła obok mnie skromnie jak uczennica i opowiadała kolejne rozdziały karkołomnej historii swego życia w na wpół radosnym ożywieniu i uniesieniu, jakby sama nie mogła pojąć, że tyle przeżyła, a jednak ciągle jest u siebie w tym samym mieście, na swojej ulicy wśród doskonale znanych od dzieciństwa ludzi. Narkotyzowała się wspólnie z mężem i wracała często do tego tematu, wymachując chudymi ramionami, jakby trzepotała skrzydełkami, wstrząsając swą dziewczęcą sylwetką. Zapalały się wtedy, jak mówiła, różne wspaniałe kolory jaskrawe, mocne, tak że bolały oczy. Bardzo się jednak cieszyła, że nie gasły. Zamykała w końcu oczy i mimo to nadal wszystko widziała. Miała też uczucie, że fruwa razem z mężem i czasem przelatywali nad Ameryką, o której tak dużo jej opowiadał. Wyciągał wówczas rękę i mówił: to Waszyngton. Jakie białe, piękne miasto. Nie wiadomo, dlaczego chciało się jej wtedy płakać. Nie umiała mi tego wytłumaczyć. Potrząsała głową nieledwie ze strachu, że mógłby ją ktoś do tego zmusić. Opowieść się urywała. Potem wzięła mnie za rękę i ściskając dłoń przyglądała się uważnie długo, zanim wreszcie zapytała po raz nie wiadomo który z rzędu, czy wezmę list do męża. Ponieważ leżeliśmy oboje na sofie, obróciłem się na bok, żeby lepiej widziała moją twarz, bo może to uspokoi skuteczniej, niż zapewnienia tylekroć skwapliwie powtarzane. Ona oderwała się nagle i wygrzebała ze sterty skrzynek trzy butelki piwa, napoju w handlu ulicznym bardzo drogocennego, bo dotąd poza hotelem go nie widziałem. Wyglądało na to, że przechowywała je specjalnie dla mnie. Piłem długimi haustami i słuchałem dalej niecierpliwego pełnego gorliwości głosu. Rozwiodła się, lecz chciała, żeby były mąż dowiedział się o dziecku i stąd ta prośba do mnie. Ja byłem w coraz lepszym nastroju. Zgadzałem się z nią. Potakiwałem coraz częściej. Zapewniałem, że mając imię i nazwisko jestem gotowy go znaleźć – Rozumiesz: znajdę. Od dzisiaj to mój obowiązek wyczuć tego białego, co kochał się w tobie, co był tu. – Ona znieruchomiała nagle i patrzyła jakby z daleka. Coś było w moich słowach, co ją uderzyło i wytrąciło z biegu myśli. Ale co? Niewiele chyba z tego naprawdę rozumiała? A co ja rozumiałem ze swoich własnych słów? Zacząłem mówić o miłości kolorowej, takich, co poznali się w wesołym miasteczku, gdzie się błyska, jest wesoło, dziwnie. Bo tak naprawdę kojarzyła mi się ta historia. A potem kazałem opowiadać jeszcze raz o tym fruwaniu, nie dodając już, że nic mnie bardziej nie interesuje jak fruwanie motyla, istoty, która nie czuje żadnego obciążenia. Chciałbym, leżąc na tej sofie, żeby się zrobiło na chwilę jasno, żeby było słońce nawet tak gorące i palące, jakie jest tutaj, a nad nami pokazałby się motyl, zwykły, nie ubarwiony jakoś specjalnie, za to odlatujący sobie leciutko w górę na białych płatkach swych skrzydełek i opadający troszkę, zawieszony w ten sposób jakby na niewidzialnej nitce, podobny do owych letnich skowronków, które potrafią zawisnąć w powietrzu i można je obserwować, leżąc na ziemi, wydawałoby się bez końca. I już wyobrażałem sobie, jak ona podrywa się pokazuje na motyla i podskakuje, żeby złapać albo po prostu, żeby się go uczepić i polecieć na tym biały stworzeniu do białych miast w białych krajach.(…)

 

 

(…) Kiedy przychodziłem do góry do niej, potoki myśli wygasały. Jej spokój na swój sposób hipnotyzował. Ale chyba nie dlatego, że obdarzała mnie swoją nadzwyczajną wiarą, ślepym przekonaniem, powołującym do życia resztki możliwości, jakie się jeszcze tliły. Dla niej, kiedy mnie witała, wszystko zaczynało się od początku za każdym razem. Ważne wiec było, zę zjawiam się regularnie – określony punkt na mapie dnia – i to uzasadniało wszystko. Nie szukała wytłumaczenia, jakim prawem tyle przyjemności spada na nią w świecie, który nikogo do tego nie predestynuje. Kiedy odchodziłem, wątek się urywał. Niczym nie była naznaczona, do niczego zobowiązana. Żadnego piętna. Mogliśmy zaczynać przy następnym spotkaniu od początku, z tym samym zapartym tchem, tak samo wyciąganą ręką do dotyku. Można by pomyśleć, ze w tej kilkunasto godzinnej przerwie umarliśmy i narodziliśmy się znowu.
Miałem czasem ochotę przerwać to jakimś brutalnym wtrętem , jak idyllę, z którą należy szybko skończyć, bo ujawni swój fałsz sama, a będzie wtedy za późno. Mogłem jej powiedzieć – a i sobie przypomnieć – ile jest we mnie zepchnięte w niepamięć, z czym należałoby się liczyć, może nawet wspominać z sentymentem i smutkiem, że było też kiedyś porywające, też piękne. Taka szczerość mogłaby ją poruszyć, zastanowić. Zapytałaby wreszcie siebie, co to za człowiek, ten z którym leży. Zobaczyłbym nieufność w oczach, wahanie dłoni, która przerwałaby swoje leniwe wędrówki po różnych wnękach mojego ciała. I co jeszcze? Co mogłaby zresztą we mnie odkryć? Co mógłbym jej dać innego poza tym co dawałem? Czym mógłbym ją oszołomić tak bardzo, że każde nasze spotkanie będzie jak „samotna wyspa”, której nic się nie ima, ani prawa czasu, ani miejsca. I wszystko to w świecie, który nazywałem „wspólnotą nędzy i cierpienia”. Tu w tym pokoju cuchnącym brudem, nie malowanym od lat, poczerniałym od zacieków wilgoci, liszajów pleśni. Gdzie stół odsunięto pod ścianę w kąt i jedyne co cieszyło oko, to łoże, na które kładziemy się za każdym razem, leżymy obok siebie czy na sobie, jak skazani czy uwięzieni w tej pozie, która nie zawsze musi być przyjemna i funkcjonalna. Zawijamy się w szmaty, które były zapewne kiedyś w dobrych czasach pościelą i dusimy się ze śmiechu, figlujemy, chichocząc jak dzieci. Potem ujmuję jej głowę w dłonie, jakby to było święte naczynie zdroju, z którego piję rzecz jasna aż do utraty tchu, bo kto by się przed takim łakomstwem obronił. I toczymy się dalej po podłodze, jakby to świat się kręcił dookoła nas, a nie my dookoła samych siebie. Potem wyplątujemy się ze szmat, jak z nie swojej skóry i już ciało przylega, usta ręce, oczy zagarniają to, co do nich należy: mój oddech, spojrzenie, najmniejszy ruch. Czuję, że brzuch pode mną napina się powoli jak cięciwa i myślę – kiedy to pęknie? (…)