W drogę

W drogę

W drugiej połowie lat osiemdziesiątych działalność „Solidarności” zepchniętej do podziemia musiała osłabnąć, stąd młodzi, niekiedy właśnie licealiści starali się na miarę możliwości włączyć z głosem swego sprzeciwu wobec sytuacji w jakiej przyszło im dorastać. I to stało się punktem wyjścia do myślenia o bohaterach tej powieści.

Redaktor przygotowujący książkę do wydania tak pisał: „Powieść o miłości delikatnej, wrażliwej, ale „skażonej” uwarunkowaniami, które znajdują się poza istotą samej miłości. To powieść o tajemnicy więzi, która łączy dwoje ludzi. Jest w tej prozie pewna doza metafizyki, marzycielstwa, poezjowania i filozofowania. Powieść ma również wymiar historyczny. Budując swoistą rzeczywistość końca lat osiemdziesiątych, wykorzystuje fakty, które zdarzyły się naprawdę, ale dla większości czytelników są zupełnie nieznane albo zostały zapomniane. Ten walor poniekąd dokumentalny pozwolił stworzyć wizję schyłku PRL widzianego przez pryzmat młodych bohaterów uwikłanych w niedozwoloną wówczas działalność.”
Wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań 2002.

 

FRAGMENTY

(…) Krzysztof odprowadził obu do tramwaju. Po powrocie staje od razu przed Janeczkiem.
– Cały czas widziałem, że coś masz…
Janeczek patrzy mu w oczy wiernie, jak pies.
– Mamy, Krzysztof… Mamy! – Wyciąga rękę w jego kierunku. Na otwartej dłoni leży numerek z szatni. – Jest z dworcowej restauracji. Mają identyczne blaszki.
– To znaczy, że był spoza Poznania. – mówi Anka.
– Był? Co ty mówisz? My nic nie wiemy, jak było. – I Krzysztof dodaje jeszcze spokojnie: – Dlaczego nie odebrał? O to trzeba zapytać.
Anka opuszczając głowę, kryje twarz w dłoniach.
– Jak to znalazłem, bałem się ruszyć. – Janeczek spogląda na nią. – Myślałem, że gdzieś blisko ktoś musi być. Że nie może być nikogo i niczego. To niemożliwe.
– Po co to mówisz? – rzuca ostro Krzysztof, a potem głosem zmienionym: – Jeśli to było dawno, to w szatni nie ma nic.
Anka podnosi głowę.
– A jeśli niedawno?
– Zobaczymy – mówi łagodnie Krzysztof. – Po to tam pójdziemy.
Wychodzą z piwniczki. Krzysztof przekręca kontakt. Trochę światła dochodzi jeszcze z głębi piwniczego korytarza. Anka staje przy nim i całuje go.
– Ani… – Chwyta ją za ramiona.
Patrzą na siebie, choć w półmroku niewiele widać. Czują znieruchomienie jednego przy drugim. Janeczek zatrzymuje się na korytarzu i opuściwszy głowę, wzrok utkwił w betonowej posadzce.
Ona całuje go jeszcze raz i rusza szybko do wyjścia, jakby chciała wszystko zostawić za sobą pod osłoną ciszy i mroku.
Zanim zejdą do dworcowego budynku, przystają na moście, żeby zaczerpnąć powietrza. Rozglądają się wokół. W oddali sterczy okaleczona wieża wilhelmińskiego zamku. Z drugiej strony jest iglica targowej wieży, wyglądająca jak makieta z taniego filmu. Za mostem na dole widać wciśnięte gdzie się da magazyny, płaskie niekiedy rozpadające się szopy prowadzące marną przyziemną egzystencję, której nikt nie ma ochoty zauważyć i dzięki temu zapewne tak długo przetrwały. Wszystko to są właściwie szczątki i relikty historii i historyjek, pomysłów i czasów, które minęły i miały być lepsze niż się okazało. Bo też ledwo coś się zaczynało, już się musiało kończyć, przerywane czym innym, co przychodziło i ogłaszało swoją wolę. Więc kto by to miał scalić czy też przywracać każdej rzeczy, należne jej miejsce? Choćby to był taki drobiazg, jak ten, tkwiący na wieszaku w szatni dworcowej restauracji. Jeśli tam w ogóle jeszcze coś jest! – myśli Krzysztof. Bo właśnie przed nią stanęli i patrzą przez szybę w drzwiach na zaciemnione wnętrze dawno nie malowanej restauracyjnej sali i na szatnię obok, gdzie za ladą siedzi starsza kobieta.
Ogarnął ich dziwny lęk – jak wobec strażnika tajemnicy, z która mają szczególny związek, bo niczym konkretnym poza ową anonimową blaszką nieokreślony.
– No, to idź – mówi Krzysztof do Janeczka.
Wchodzą i jako drudzy ustawiają się w kolejce. Janeczek wyciąga ostrożnie rękę w jej kierunku. Szatniarka bierze numerek, patrzy na niego przez chwilę, a potem kiwa głową z dezaprobatą.
– Ludzie, ludzie, co wy robicie…
Wyjaśnia Janeczkowi, że to już dawno oddane. Po drugiej stronie torów, tam gdzie ekspedycja towarowa, jest biuro takich rzeczy; zapomnianych, pozostawionych.
– No, wie pan… – patrzy na Janeczka z pobłażaniem. – Dla takich, co mają głowy, jak pan.
– To nie było zapomniane ani pozostawione – wtrąca Krzysztof. Kobieta przygląda im się teraz czujnie.
– Co wy kombinujecie? Ja nie mam tu nic.
– Pamięta go pani? – kontynuuje Krzysztof.
– Panie… oddał i poszedł. Jak wszyscy.
– Proszę pani, niech pani nam powie – włącza się Anka. – Znaleźliśmy ten numerek . Nie wiemy, kto to był. Komu oddać…
Przez chwilę niepokój miesza się na jej twarzy z nieufnością.
– Stało się coś?
– Stało się… – Krzysztof potakuje długo, ale bardziej swoim myślom niż jej. – Musimy go odnaleźć. Niech pani zrozumie.
Ręka kobiety poruszyła się w geście bezradności.
– Był taki… – Spogląda na numerek. Potem na nich. We wzroku ich trojga jest coś, co ją mobilizuje. Ożywia się nagle. – Zapomniał zabrać. Taki młody i zapominalski. – Kobieta uśmiecha się, jakby było w tym coś więcej niż zdołała im powiedzieć.
– Uśmiecha się pani… – mówi Krzysztof cały spięty i w nią wpatrzony . – Czemu? Jeszcze coś było?
Wzrok kobiety wędruje gdzieś dalej poza jego głowę, jakby oczy Krzysztofa w tym momencie jej przeszkadzały.
– Miły był… Coś powiedział… Nie pamiętam.
Anka chwyta Krzysztofa za rękę i mocno trzyma..
– A, co to było, co zostawił?
Kobieta spogląda w kierunku drzwi i gdzieś dalej przez szybę. Na twarzy widać zmęczenie.
– Worek był. Ściągany na lince. Mają takie teraz … Pamiętam, bo mu się nie ściągnął, a musi być porządnie jak się oddaje… Wie pani – zwraca się do Anki. – Mówię w domu: Co ja ludzi widzę. A oni nie rozumieją: Mama opowiada. A ja nie opowiadam, bo bym im nie skończyła.
Na twarzy kobiet wypływa powoli uśmiech.
– Na stare lata tak muszę.
Biuro rzeczy znalezionych mieściło się w starym zaniedbanym budynku ekspedycji kolejowej. Czynne było tylko do szesnastej. Więc następnego dnia Krzysztof i Anka przyjechali prosto ze szkoły. Janeczek już na nich czeka. Krzysztof rusza do drzwi, choć widać, że ich przyjacielowi coś nie daje spokoju.
– Co jeszcze? – rzuca na odczepne Krzysztof, trzymając rękę na klamce.
– Jak nam wydadzą, to co robimy? – przełamał się Janeczek.
– No, co? Pójdziemy na najbliższy posterunek, żeby oddali do domu – prychnął Krzysztof.
Janeczek opuścił pokornie głowę.
Grymas na twarzy Anki świadczy, że reakcja Krzysztofa jest nie do przyjęcia.
Zreflektował się. Podchodzi do Janeczka.
– Wybacz… Nie wiem, jak będzie. – Spogląda na Ankę i znowu na Janeczka. – Jakie może być spotkanie z kimś kogo nie ma?
Nie czekał na odpowiedź. Wchodzi do środka.
Urzędnik w kolejowym mundurze siedział za biurkiem. Jest zadowolony, że przyszli: że znowu ktoś sobie przypomniał.
– Lepiej jak to wraca na swoje miejsce – wzdycha i wstaje. – Tu ciągle przychodzą i przewracają.
Poszli do magazynu. Wyciąga z kąta zakurzony turystyczny worek. Wszyscy troje patrzą na siebie. Rzeczywiście, tak jak szatniarka mówiła: ściągnięty na górze linką i na nią zawiązany.
– To wszystko – mówi urzędnik i dla pewności jeszcze raz spogląda na numerek i głośno czyta: – Dziewięćdziesiąt dziewięć.
Kiedy wracają do biura, urzędnik mówi:
– Tutaj numerek nie wystarczy. Trzeba mieć dowód osobisty… – Spojrzał na nich – albo legitymację szkolną.
Siedząc na krzesłach, wszyscy troje patrzą na worek leżący na biurku w zasięgu ręki. Ale nikt tej ręki nie wyciąga.
– O, cholera… – mówi Krzysztof, łapiąc się za kieszeń i obracając do Anki i Janeczka . – Nie mam legitymacji.
– Boże… – mówi Anka. – Zostawiłam w teczce. – I taka zdezorientowana, bezradna spogląda na urzędnika, jak na ostatnią instancję, na którą może jeszcze liczyć.
Z kolei Janeczek macha rękami, jakby nagle nie mógł sobie znaleźć miejsca. Krzysztof dorzuca natychmiast wyjaśnienie:
– Zarwał rok i od września nie ma aktualnej… – Zaraz też, wyjaśnia urzędnikowi wyjątkową sytuację właściciela tego worka: – Chłopak wrócił ze szpitala karetką. Nie miał śmiałości zawracać im głowy szatnią na dworcu. I tak to zostało. Poprosił nas, kolegów, żebyśmy zobaczyli, co jeszcze tam jest. Wie, pan tyle czasu… Sam zapomniał.
– No, trudno będzie. Nie mogę wydać bez protokółu. Chyba że zdążycie do czwartej wrócić. Albo dopiero jutro.
Krzysztof wstaje, jakby wszystko stawało w nim na baczność.
– Przepraszam pana… Mieszkamy daleko na Ratajach i nie zdążymy. A musimy mu dzisiaj coś powiedzieć. Uspokoić… Proszę pana, czułby się okropnie. On bezwarunkowo musi leżeć. Nie możemy przychodzić z pustymi rękami. Bardzo pana proszę… Zajrzymy i nic więcej. I mu to powiemy. Dobrze?… Mogę?
Urzędnik patrzy na swoje biurko, na to wszystko, co na nim miał: druki protokołów, teczki ze spisami rzeczy, walające się spinacze, zszywacz… Wzrok przesuwa się, ale niczego się nie uczepił i może dlatego urzędnik kiwnął wreszcie głową, choć nie do końca przekonany, że robi dobrze.
Krzysztof wziął worek, usiadł i trzymając na kolanach rozwiązuje go. Anka stała przy nim. A Janeczek ciągle w pewnej odległości, jakby bał się być bliżej – choć bez przerwy patrzy na ich ręce.
Pierwsze, co wyciąga, to gruby zeszyt z rzymską trójką na okładce. W środku całe strony zapisane wykresami funkcji matematycznych i wyliczeniami. Tu, i ówdzie daty: 10 października, 12 listopada… A potem palec Anki pokazuje zamalowane długopisem jakieś długie słowo, powtarzające się co kilka stron, przynajmniej w tej części, którą przekartkowuje. Można to było czytać jako znak obecności czegoś o czym chciało się w jakimś momencie zapomnieć. Tylko na pierwszej stronie przy tym „znaku” była nazwa miasta: Gdańsk.
– Widzi pan, martwił się o ten zeszyt: Czy go zgubił? A on tutaj – mówi Krzysztof do urzędnika.
Anka wyciąga dalsze rzeczy: mydło, maszynkę do golenia, ręcznik, jakiś ciągnący się długo bandaż i zaczyna mówić:
– To tak jest, spotkać kogoś na dworcu i iść do restauracji. Zaraz go potem zabolało i prosto do szpitala. W domu wylądował po kilku tygodniach.
– To skończyła się podróż. – Urzędnik kiwa głową. Widać, że wszystko zaczyna mu się wreszcie układać w jakąś zrozumiałą dla niego całość.
A oni przy tych jego słowach znieruchomieli nad workiem i patrzą na siebie, jak przyłapani na gorącym uczynku.
– Skończyła się – powtarza Krzysztof. – Naprawdę się skończyła.
Zabrzmiało to tak ostatecznie, że urzędnik na nowo przestaje rozumieć o czym mu się opowiada. Zasępił się. Ale tym razem Krzysztof nie ma ochoty rozjaśniać mu horyzontu.
Z zeszytu, który Anka podawała Janeczkowi, wysunęła się luźna kartka i opadła bezszelestnie na podłogę. Przez chwilę na niej skupia się wzrok wszystkich. Potem Krzysztof pochylił się, wyciągnął wolno rękę i podniósł. Była zapisana. Przebiegł ją wzrokiem i głośno czyta: „Powiedz, czemu tak się stało? Przecież miało być inaczej. Widziałem po Twoich oczach, że sama nie umiesz sobie odpowiedzieć. I czekasz. A ja nic nie zrobiłem. Teraz wiem, co miałem wtedy zrobić… Tej chwili nie wolno było przepatrzeć. Taki moment może się nie powtórzyć. Błagam, powiedz, czy naprawdę jest za późno? Czy myślisz już o mnie inaczej?…”
Krzysztof, choć przestał czytać, nadal patrzy na kartkę.
– Nie skończył. Pewno był Poznań i musiał wysiadać.
– To był atak serca? – spytał urzędnik.
– Tak, atak. To był straszny atak – mówi Krzysztof z całą siłą, żeby te dwuznaczne słowa zabrzmiały pełnią jednoznacznej prawdy, której nie mógł mu przecież w tej chwili wprost wyjawić.
Urzędnik opuścił głowę i wbił swe smutne spojrzenie w blat biurka, jakby to było jedyne miejsce, gdzie mógł się bezpiecznie zakotwiczyć.
I to wszystko – myśli sobie Krzysztof – dzięki prawdzie pomieszanej z kłamstwem, które tak się teraz splotły, że jemu samemu już by się myliło, gdyby miał jedno od drugiego oddzielać.
– To, co będzie z chłopakiem? – pyta urzędnik, jakby potrzebował tej niezbędnej w zdaniu kropki.
– Źle – odpowiada Krzysztof patrząc mu prosto w oczy. – Bardzo źle.
– No, ale puścili do domu – przypomina tamten zza biurka.
– Puścili, bo niewiele mogą zrobić. – Nie odrywa oczu od urzędnika. – Tak naprawdę, na wszystko jest za późno – mówi i opuszcza wzrok na zapisaną kartkę, którą nadal trzyma w rękach.
Urzędnik patrzy na nią za jego przykładem.
– Nie zdążył wysłać…
Krzysztof poruszył kartką, jakby zastanowiła go jej materialność. A potem pyta:
– Mogę mu zabrać?
Urzędnik wrócił wzrokiem do biurka, ale zaraz spogląda dalej ku oknu, choć nie ma tam widoku, który mógłby przynieść ulgę czy odpoczynek. Ale może o to właśnie chodziło, aby upewnić się, że wszędzie jest tak samo?
– Weźcie, niech to już tu nie leży. (…)
(…) – Krzysztof , czytaj… Proszę.
– Dobrze. – Opuścił głowę. I przeczytał tytuł jednego z wierszy: „Nie śpię”1. Spodobał mu się.
– My czasem wcale tak naprawdę nie śpimy, wcale się nie wyłączamy. Mamy w środku takie drugie oczy. Są otwarte za tym wszystkim, co mówimy, robimy, co się w ogóle w nas dzieje.
Jego wzrok wrócił do wiersza.
„(…)Krzyknąłem z ósmego piętra
przebiłem tyle domów
całe miasto…
Przesączyłem się przez drzwi
do pokoju
Dziewczyna śpi…(…)”
Przerwał czytanie, a właściwie utknął nagle jak na przeszkodzie nie do przebycia.
– Wiesz, gdyby wyciągnął do niej rękę na pewno by mu się obudziła i spojrzała prosto w oczy.
– I co? – spytała Anka miękko. Widać było, że chce aby mówił dalej.
– Nie, wiem. Na pewno był jak zahipnotyzowany. Myślę, że słowa nie miały by tu już żadnego znaczenia.
– On jednak nie uwierzył, że może być jej bliski – mówi Anka.
– A my? …
Teraz Anka pochyliła się nad zeszytem.
„(…) Śpią jej oczy. Zasnęły ręce na białej kołdrze. (…)”
– Widzisz – wchodzi jej w słowo. – Tylko oczy śpią. A tak naprawdę ona czeka z rękami na „białej kołdrze”. Zdaje się na niewiadome. Woli to, chociaż w każdej chwili może się okazać, że nie jest sama. Że ktoś o niej myśli, ktoś jest w zasięgu ręki, obok.
I czyta na dowód:
„(….) Może przyśni ci się, że ktoś tu był.”
– Myślisz, że ona nie wie, że chce być z nią? Ale w nim jest dużo więcej różnych rzeczy. To nie takie proste. To nie jest zwykły chłopak.
– To może lepiej mieć do czynienia ze zwyczajnym – rzuca niecierpliwie Krzysztof. – Po co się z takim plątać.
– Tak może być zawsze. A pociąga to co inne – odpowiada Anka.
Spojrzała na ostatnią linijkę wiersza, podniosła wzrok na Krzysztofa i mówi z pamięci, jakby to ostatecznie sprawę zamykało:
„(…) Przepłynął przez drzwi i zniknął.(…)”
– Nie rozumiem. Tak ci to odpowiada? – pyta Krzysztof. – Niczym się skończyło? Po prostu się rozwiało. Możesz zapytać wprost: Czy w ogóle coś kiedyś było?
– Jego wiersz, Krzysztof. Jego słowa.
– Ja nie zniknąłem, Anka.
– Ja też nie. I co z tego? – widać, że w Ance coś narasta.
– Co się dzieje? Czy musimy tak rozmawiać?
– Już się nie dzieje nic. – Anka patrzy gdzieś w bok. – Już się stało.
– Co chcesz powiedzieć? Puszczasz po słówku… Powiedz do końca.
– Przepraszam. Nie powinnam. Wiem. – Przeniosła wzrok na niego. – Ale nie chciałam…
– Czego nie chciałaś?
– On nie żyje.
– Co? Ten chłopak? … Teraz mówisz? … Mam uczucie, że wlazłem mu butami na głowę… A on palcem nie może ruszyć.
– Krzysztof, przestań… Nie patrz tak. Chciałam, żebyśmy czytali słowa żywego człowieka, a nie testament… (…)
(…)Znaleźli pusty przedział w ostatnim wagonie. Długo nikt się nie odzywał. Dopiero kiedy ruszyli, Bartek informuje:
– Wysiadamy na pierwszej stacji.
– Niedaleko – dziwi się Krzysztof.
– Przed laty była tam wielka katastrofa kolejowa, zginęło kilkadziesiąt osób.
– Jak? W tym miejscu?
– Dokładnie w tym – odpowiada Bartek.
– Chciał razem z innymi? Myślał, że łatwiej? – Janeczek patrzy na nich. – Czemu nic nie mówicie?
– Tam na zakręcie tory są w wykopie – Bartek spogląda w okno. – Maszynista zeznał, że za późno go zobaczył i nie mógł już zahamować.
– To dlatego tam chciał – szepcze Janeczek jak człowiek, który wie, że nie powinien tego wszystkiego mówić.
Dopiero po chwili odzywa się Krzysztof.
– To tak nie mogło być. On tam musiał być przedtem. To było więcej niż umiemy pomyśleć. Zaplanowane do ostatniej kropki.
– Złapali go na tych ulotkach kilka dni przedtem – przypomina Bartek.
– A ja nie wiem – mówi Krzysztof. – Polityka wciska się drzwiami i oknami… Ale czy trzeba ją wpuszczać?
– A co widział maszynista na skarpie? Coś się tam podobno z trawy wychylało – pyta Bartek.
– To idź go zapytaj jeszcze raz – mówi Krzysztof.
– O co ci chodzi?
– Bo nie wiem co ci to da? Że ktoś go miał na sznurku i pociągał to tu, to tam…
– Przestańcie! – krzyknęła Anka.
Ucichli.
Potem Bartek wychyla się przez okno i mówi:
– Zaraz będziemy.
Wszyscy już stoją przy drzwiach z wyjątkiem Janeczka, który kładzie się na ławce, zamyka oczy i leży nieruchomo.
Krzysztof odwraca.
– Co ty robisz?
– Jadę.
Podchodzi do niego.
– Zaraz wysiadamy.
– Nie mogę tak jechać?
– Zwariowałeś. Wstawaj!
Krzysztof bierze go za ręce i ciągnie tak, że Janeczek musi się podnieść.
– Nie można tak jechać dalej? – pyta Janeczek.
– Możesz. Możesz… I co? Gdzie zajedziesz?
– Nie wiem – mówi Janeczek i patrzy mu w oczy pełnym prośby wejrzeniem. – Nie wiem.
– A ja wiem. I ty też wiesz, gdzie na tej drodze się zajedzie. – Pociągnął go energicznie za ręce, tak że Janeczek musiał wstać.
Pociąg zatrzymał się.
Idą peronem, słyszą chrzęst żwiru pod stopami i czują, że cała cisza tego miejsca, małej stacji otoczonej lasem, ześrodkowuje się na nich, nie wiadomo czemu w nich jest wymierzona. I jak na to odpowiedzieć?
Daleko przed nimi las zwęża się po obu stronach torów i wydaje się, że zaraz znikną w nim bez śladu. Ich wzrok łapie jeszcze końcówkę zakręcającego pociągu, który wsuwa się w las, jak za zasłonę.
Bartek patrzy w tym kierunku.
– Chyba tam – mówi trochę jak przewodnik wycieczki.
A oni jak turyści wolą słuchać niż się odzywać. I ta cisza wokół staje się powoli jak klucz do tego co widzą i co się tu kiedyś zdarzyło. Ale co takim kluczem można otworzyć?
Zawiadowca stacji, nie wiadomo po co stojący jeszcze nieruchomo przy dyżurce, jest jak na straży tego, czego pilnować wcale nie trzeba.
– Ciekawe, czy każdego tak wita? – mruknął Krzysztof.
– Zapytaj – Anka spojrzała na niego.
Krzysztof jakby jej nie słyszał, patrzy przed siebie, tam gdzie biegną tory. Bartek zwraca się do zawiadowcy:
– Ta katastrofa, to tam dalej?
Zawiadowca poruszył głową w kierunku zakrętu.
– Zobaczycie kamień po lewej. To tam.
Ruszają. Bez słowa. Słońce jest wysoko ponad leśnym krajobrazem zanurzonym w świetle jak w akwarium. Ani chmurki, ani cienia, który mógłby uczynić cokolwiek wątpliwym. A jednak (czy może właśnie dlatego?) wszystko na co patrzą zdaje się zapowiadać jeszcze coś innego niż widzą. To jedynie przeświadczenie każdego z osobna, którym nie dzielą się między sobą. Może dlatego Janeczek zostaje w tyle. Czuje się tutaj najmniej ważny. Jednak on pierwszy nie wytrzymuje i przerywa milczenie, spoglądając na tory, obok których idą.
– Szedł tutaj…
– No, tak – odzywa się Krzysztof z przekorą w głosie. – Biec, to na pewno nie biegł.
– On wtedy miał iść po szkole do Arka. Więc zadzwonił, że idzie do lekarza, bo „strasznie go boli łeb” – przypomniało się Bartkowi. – Arek zapamiętał dokładnie, bo on nigdy tak nie mówił. A tym razem za wszelką cenę chciał go przekonać.
– Ale czy był? – pyta Krzysztof.
– U lekarza był. – wtrąca Karolina. – Wiem od Magdy. Powiedziała mi, że źle się poczuł i musiała go zaprowadzić.
– Jak? – Zdziwił się Krzysztof. – To widział się z nią w tym dniu?
– Nie. To było dzień wcześniej, zanim to się stało. Magda miała wolne dni i przyjechała na dłużej.
– Co ty mówisz? – Bartek prawie krzyknął. – Dwa razy był u lekarza?
– Mówił tak Arkowi, żeby sobie czegoś złego nie pomyślał – tłumaczy Krzysztof.
– Ale przecież Arek nigdy by nie pomyślał, że on może coś takiego zrobić – zauważa Karolina.
– Chciał, żeby się wszyscy od niego odczepili. Żeby nie zwracać niczyjej uwagi. U nikogo nie budzić pytań, kiedy tu jechał. – Krzysztof patrzy wokół na drzewa, tym słońcem jak uśpione. – Miał być wszędzie spokój. Nic nie miało mu przeszkadzać, nawet to, że ktoś, gdzieś myśli czy martwi się o niego… Nic. Miało być tak, jak jest tu teraz, kiedy nie przyszłoby ci do głowy, że może zdarzyć się nieszczęście. A on właśnie wtedy znika… Chciał się prześlizgnąć taki niezauważony na druga stronę… Wyłącznie jego prywatna sprawa…
– No, to jak? – podrywa się z tyłu Janeczek. – To on sam? Sam wykonał na sobie wyrok? A ja się pytam : za co? Za co? Przedtem mówiłeś inaczej.
– To prawda, zaprzeczasz sam sobie – mówi Anka.
– Nie. On taki tu nie szedł: na ścięcie, na swój własny pogrzeb. Wtedy na pewno by tego nie zrobił. Żeby nie wiem jak manipulowali.
Anka zwalnia kroku, przyglądając mu się spokojnie.
– A więc gdzie szedł? Na wyprawę badawczą?
– Powiem ci, że to już prędzej. Jak tak tu szedł sam, to musiał odczuć swą przewagę nad wszystkim. Tylko od niego to zależało. Gdyby szedł taki, jak my teraz, nigdy by tego nie zrobił. Ani siły, ani przekonania by nie miał.
– To byłoby źle? Chyba sam nie wiesz, co mówisz! – mówi głośno Anka, zatrzymując się.
– Nie wiem… Mówiłem inaczej, to prawda. Ale teraz nie wiem…
Patrzą oboje za Karoliną, Bartkiem i Janeczkiem, którzy przyśpieszyli kroku.
Krzysztof zwraca się w stronę Anki.
– A co ty wiesz?
– Chcesz, żeby było w tym coś ponad to, co wiemy. Ponad fakty, które już znamy.
– Czyli co? Nie zgadzamy się? Kłócimy?
– Widzisz i dlatego nas zostawili… Bo w takim momencie ty zaczynasz przewracać… Miałeś tu stanąć ze spokojem… A co robimy? Przenosimy tu własne niepokoje, to czego nie wiemy… O, patrz! – Anka przerywa, bo tamta trójka jest na zakręcie i wchodzą po skarpie. – Już są. – Rusza pierwsza bez słowa. Krzysztof idzie dopiero po chwili.
Dołączyli na górze. Wszyscy patrzą w głąb wykopu kolejowego. Nie mogą oderwać oczu od długiego łuku błyszczących szyn ułożonych na drabince brunatnych podkładów.
– Gdyby podnieść, to jest drabina do nieba – mówi Krzysztof.
– A czy tak nie jest? – odzywa się Karolina.
Spojrzeli na nią. W jasnych oczach odbijał się cały ten dzień, jaki mieli wokół. Poczuli się nagle zawieszeni w ciszy i pustce, niczego w odpowiedzi nie umieli ze siebie wydobyć.
– Jest jak jest i nigdy nie będzie inaczej – rzuca Krzysztof, żeby przeciąć to, co sam przed chwilą zaczął.
– Tutaj jest najostrzejszy. – Bartek patrzy na skarpę po drugiej stronie zakrętu. – Obliczył sobie, że maszynista tutaj najpóźniej zareaguje i nie zdąży zahamować.
Karoliny nic nie było w stanie wytrącić z nastroju. Biegnie wzrokiem daleko ponad drzewami, jakby chciała wsunąć się tam w jasność i pozostać, zapomnieć o wszystkim innym.
– W domu też byli o niego spokojni, bo wiedzieli, że jest do późnego popołudnia w szkole.
– Tak, nic tu nie może przeszkadzać – przyłączyła się Anka, spoglądając na czubki młodych sosen po drugiej stronie, czerniące się w ostrym świetle słonecznego dnia.
– Mógł się poczuć wolny. Sama to mówisz – włącza się natychmiast Krzysztof.
– Od siebie też? – Anka patrzy na niego z jakimś dziwnym smutkiem.
– Nie od swojej decyzji. Był z nią bardzo związany.
– No, to masz – odpowiada spokojnie Anka, odwracając się w stronę wielkiego kamienia w kształcie medalionu, który mieli za plecami, na linii pierwszych drzew, pełniących niejako honorową wartę. – Widzisz, jak wolność leży kamieniem… Co z niej zostało?
– Coś trwałego. Nikt tego tak szybko nie ruszy, ani zamieni na coś innego.
– Ale tak będzie na wieczne czasy. Tu już nie masz nic do powiedzenia.
– Według ciebie na co to ma być dowód? To przecież był przypadek. – Krzysztof pochyla się. Z kilkudziesięciu tabliczek u stóp kamienia oczyszcza kilka i czyta nazwiska ofiar. Potem podnosi wzrok na Ankę. – Czysta niewola świata. Robi z nami, co chce i kiedy chce.
– Chcesz się zbuntować? – pyta Anka.
– A mam szanse?
Janeczek podnosi głowę i patrzy w górę.
– Może chciał tylko dołączyć i tu było najłatwiej.
Karolina wykonuje gwałtowny zwrot w stronę kolejowego wykopu i idzie kilka kroków.
– A jemu kto napisze tabliczkę i gdzie? … Żadnego śladu. Nic. Jedynie te przejeżdżające pociągi.
– I tak mu będą salutować bez końca – podchwytuje Janeczek.
– No, właśnie – włącza się Krzysztof. – A czyja to wina?
– Nasza też. Nasza też. – Z uporem powtarza Karolina.
– Patrzcie! Tam coś jest! Na górze! Zaraz jak się zaczyna skarpa… Co to jest?! – woła Anka.
– To kamień graniczny poligonu. Tu się zaczyna – wyjaśnia Bartek.
– Tak się z tej trawy wychyla… – szepcze Anka.
– Słuchajcie! – ożywia się Krzysztof. – Maszynista wziął to za głowę kogoś, kto obserwuje.
– Maszynista mówił, że mu się tylko zdawało – poprawia Bartek.
Karolina schodzi po skarpie w głąb wykopu.
– Karolina! Karolina! – wołają.
Widząc, że nie reaguje, Krzysztof zsuwa się błyskawicznie za nią. Kiedy Karolina zatrzymuje się na drugim torze, wpatrując się w słupek wystający z trawy, Krzysztof jest już przy niej.
– Maszynista się pomylił… Widzisz, to mogło dać takie złudzenie, kiedy wyjechał zza zakrętu, nagle zobaczył, że ktoś skacze, a u góry coś tam jeszcze jest…
– Więc jak? Nie było nikogo? … – Karolina rozgląda się dookoła. – Był sam? – Patrzy mu błagalnie w oczy. – Powiedz! Sam?! …
– Karolina… Z kim miał być? Jak sobie to wyobrażasz? Powiedziałaś tak pięknie: że „odlatuje jak orzeł” …
– To znaczy, że nic mu nie groziło? Nie musiał bronić się przed nikim? – Dochodzi do Krzysztofa i kładzie mu głowę na barku. – To po co? … – Zaczyna płakać. – Po co?! (…)