Ślub

Ślub

Wydawnictwie „Czytelnik” w Warszawie 1966r

Po ukończeniu studiów autor przez parę lat pracował fizycznie na wsi. Ta swoista ucieczka stała się przygodą, która nieoczekiwanie wiele mu odsłoniła. Opowiadanie napisane w 1962 roku na swój sposób daje temu świadectwo.

Autorską jego adaptację wyreżyserował Adam Hanuszkiewicz w telewizyjnym Teatrze – 63 w 1964 roku.

O „Ślubie” pisał Jacek łukasiewicz w „Twórczości” w związku z wydaną w Spółdzielni Wydawniczej Czytelnik (Warszawa 1966) książką „Ślub i inne opowiadania”: „Oba opowiadania, „Ślub” i „Dynie”, wprowadzają nas w świat prawdziwy ludzkich przeżyć. Nic tu nie jest zamknięte uproszczeniem. Ostro narysowanym niewielkim wydarzeniom towarzyszą niedopowiedzenia. Niedopowiedzenia są jednak tam, gdzie dopowiedzenie byłoby nieuchronnym spłaszczeniem, zamknięciem furtki, rezygnacją z odkrywania.”

FRAGMENT

(…) Zaczęła się w końcu ta niedziela, ten dzień upragniony przez Marysię od tylu lat. Wszyscy zastanawialiśmy się, co ona zrobi w ten dzień, bo to nie jej ślub będzie. Trudno było uwierzyć, że jeżeli ten ślub, to akurat bez niej. Już przed południem ludzie krążyli wokół pałacu w odpowiedniej odległości gwarantującej bezpieczeństwo i czyste sumienie. Nigdy u nas nie było zwyczaju spacerowania po alei przed południem. Koło trzeciej zajechały przed pałac taksówki. Ludzie byli już w kościele, na drodze – a ci, co mieli motocykle, stali paręset metrów od pałacu. Zanosiło się na głośny ślub, chociaż młodzi nie życzyli sobie tego. Zawsze jednak można było powiedzieć, że ludzie przyszli na ten ślub, który się nigdy nie odbędzie. Chyba, że stałby się cud.
Już to, że przyszła cała wieś, upewniało każdego, że jest w tej uroczystości coś niezwykłego. Nie wiadomo tylko czy ludziom chodziło o wyjątkowo niedobraną młodą parę, czy o Marysię, pozwalającą sobie porwać męża przez taką podfruwajkę. Przyszła ta godzina. Wszyscy zobaczyli taksówki zbliżające się dziwnie wolno jak na swoje możliwości do kościoła. Z pierwszej wysiedli młodzi i poszli prosto do bramy przez żwirowany plac. Chrzęściło im pod nogami jak drobny chrust w lesie.
Dopiero, kiedy oni byli w połowie drogi, zauważyliśmy ją. Skąd się tam znalazła tak nagle parę kroków za nim w czarnej sukni z białym, dużym kwiatem podobnym do piwoni, przypiętym poniżej obojczyka – nie wiem. Szła za nimi krok w krok, stale w tej samej odległości; ani dumna, ani zrozpaczona – pełna jakiegoś zachwycenia (nad czym?! – latało nam po głowach), pełna uległości i pokory, widocznych w jej uroczystym ale miękkim kroku, przygotowywała się najwyraźniej i ciałem, i duchem do wielkiej uroczystości, do jakiegoś dostąpienia. Ale nic takiego dla niej się nie przygotowywało. Gdzie ona miała zamiar to odnaleźć, przecież to nie było jej zwycięstwo. Idąc za nimi szła oglądać swoją ostateczną klęskę.
Więc nikt się nie ruszył, nie krzyknął, nie sprzeciwił, jakby to było jasne i oczywiste, że ona tam powinna być; to jej prawo – iść, a nasze – patrzeć. Nawet świadkowie zwolnili i szli w odpowiedniej odległości za tą trójcą. Nie było tylko wiadomo czy młodzi wiedzą, kto tak miękko, nieubłaganie równo zdąża za nimi. Wyglądało na to, że opiera się na kimś niewidocznym dla nas. Każdej chwili mogła zapomnieć, że nikt jej nie prowadzi – straci równowagę i upadnie. Albo też odwrotnie: przerwie jednym ruchem, jednym krzykiem ten uroczysty pochód. Pomyliliśmy się. Ona była zbyt zajęta tym, co się w niej działo, swoja własną uroczystością. Trudno było nam w nią uwierzyć, nic za nią widocznego nie przemawiało, tylko ona sama, Marysia, i to wyłącznie wtedy, kiedy się na nią patrzało.
Minęli wreszcie bramę. I teraz już wszystko: cisza, chłód, przestrzeń, kierunek nawy środkowej i bocznych – prowadziło oczy, myśli i ciało prościutko ku temu rozświetlonemu tam, w przodzie. Płomienie świec, światło z wysokich okien igrały na złotych drzwiczkach tabernakulum, na złocieniach lichtarzy i malowanych figur. Jasność kwiatów i biel obrusów, i nad nimi święte, dostojne figury w sakrach biskupich i z pastorałami w rękach, pochylone ku nam, utrwalone w łaskawym, pobłażliwym zainteresowaniu dla wszystkich naszych zamysłów, które tu przynosimy z rozmaitymi uczuciami, pragnąc być przynajmniej wysłuchani i już trochę uświęceni, zapominając, czy to, co mówimy, jest prawdą, czy kłamstwem. Zbliżyli się do przygotowanych klęczników, uklękli jak wszystkie młode pary, chociaż nie byli parą, ale trójcą.
Bo ona przyszła do samego ołtarza. Klęknęła parę kroków za nimi, po środku prezbiterium, a dopiero za nią świadkowie. Przekroczyła ten krąg, znalazła się po tamtej stronie kościoła, dokąd – z wyjątkiem paru rzadkich chwil w życiu – wędrujemy jedynie oczami, żeby dotknąć tego, co wieczne. Wiedzieliśmy zawsze, że On jest tam ukryty w ołtarzu. Ale tego dnia okazało się, że wiedzieć o tym to jeszcze mało, tego dnia przekonał wszystkich o swojej obecności wśród nas, i to właśnie, kiedy stłoczeni przed prezbiterium patrzyliśmy na Marysię. Patrząc na nią trzeba było uwierzyć, że ona rzeczywiście czeka… i może to otrzymać tylko od kogoś niewidzialnego, bo to, co było tam do zobaczenia oczami i usłyszenia uszami, nie ona opłaciła.
Wszystkie nasze oczy były przy niej. Chcieliśmy być jak najbliżej. Młodzi, to znaczy Matuszczak i ona, zostali biedni i sami na klęczkach, twarzami do cichego ołtarza.
Zadzwoniło. Niczego już nie można było cofnąć. Marysia modliła się ze złożonymi nabożnie rękami, gorliwie wyprostowana, sztywna jakby za chwilę miał ją ktoś podnieść w górę. To już nie była Marysia… Ministranci jak baletnice w białych sukienkach na ciężkich i ciemnych dywanach poruszali się bezgłośnie, poważni i uroczyści. Ksiądz szeptał cicho, organy zagrały i zaczęliśmy się podnosić za Marysią ku górze, wysoko, gdzie panował już wyolbrzymiony głos organisty: Veni creator… – jakby zaczynała się ostateczność. Ludzie nie wątpili, że ten blask nie jest zwykłym blaskiem, a ten ślub nie jest tylko ślubem pary klęczącej na stopniach ołtarza. Ludzie patrzyli na tę kobietę modlącą się w oczekiwaniu. I nie wiadomo było, czyja tajemnica się tu dokonuje. Ksiądz do niej nie mówił, na nią nie patrzał, jej nie błogosławił. O wolę nie pytał, lecz my widzieliśmy tylko ją, teraz już z podniesioną głową ku górze, na świętych. I to już chyba nie było oczekiwaniem. Chyba już było tym, czego pragnęła. Nic nie było widać, a przecież Marysia nie była już wyprężona, sztywna, lecz pełna spokojnego, dziękczynnego rozmodlenia i ufności; spoglądała ku świętym i jeszcze gdzieś dalej. To już było wszystko. Po kościele rozchodził się zapach palących się świec. Ksiądz błogosławił, ludzie się żegnali. Organy ucichły. Zostali znowu sami w trójkę. Zakrystian gasił świece, ogarniał ich z wolna cień wysokich murów. Klęczeli: pierwsze minuty nowego życia należy spędzić na modlitwie. Marysia pochyliła teraz głowę pokornie ku ziemi jak grzesznica dziękująca za doznaną łaskę.
Ludzie nie zbierali się do wyjścia. Każdy chciał widzieć koniec, bo nie mógł go sobie wyobrazić. Zakończenie będzie dopiero, kiedy wyjdą z kościoła, kiedy wrócą do ludzkiego świata. Młodzi podnieśli się, nie za wcześnie, żeby na nią wejść, ale w sam raz, tak że kiedy się obrócili twarzami do nas i do niej, na pewno już wiedzieli, że jest z nimi i zamyka im powrót. Marysia, nie podnosząc głowy, wstała też, obróciła się, nie widząc nas ani ich przedtem, i ostrożnie, wolno, żeby nie naruszyć tego, co w sobie miała, poszła do bramy wąskim przejściem, które w ciszy i w tłoku tuż przed nią powstawało. Ręce miała splecione, oczy jasne i wyraźne, a jednak nie dały się schwycić nikomu. Więc niczego więcej nie dowiedzieliśmy się patrząc na nią. Młodzi szli parę kroków za nią z pustymi, drewnianymi twarzami, pozbawieni tego swojego dnia na oczach wszystkich, co jest nie tylko potwierdzeniem uroczystości i święta, ale samym świętem i uroczystością. Nikt nie podszedł do nich, nie złożył im życzeń, nie pocałował, nie popłakał się.
Marysia pierwsza wyszła na plac, za nią młodzi, a potem ludzie przeciskający się tłumnie przez wąską bramę, żeby zdążyć zobaczyć, co będzie z nimi teraz, wśród ludzi, gdzie wszystko musi się ułożyć według tego, co miało miejsce, co ma pokrycie czarno na białym, na co można się powołać. Nie zawahała się. Szła prosto w stronę taksówek. Nikt się nie ruszył, nie zatrzymał jej, a Matuszczak i ta młoda udali, że nie widzą, żeby jakoś ratować ten swój ślub, kiedy Marysia otworzyła drzwi pierwszej taksówki, przeznaczonej dla młodej pary, wsiadła i zatrzasnęła, aż huknęło, żeby nie było wątpliwości ani dla słuchu, ani dla oczu wszystkich stojących i porozrzucanych po placu – i dla nich, skręcających momentalnie do drugiej – tak jakby to było przewidziane planem tej uroczystości, dość dziwnej jak na ślub jednej pary.
Taksówka ruszyła; z początku jakby było jej trudno zerwać nagle wszystkie więzy z tym, co się tu działo, jakby znała wartość tego, co wiozła, i znaczenie tego odjazdu… Potem skręciła na drogę i zaczęła powoli nabierać szybkości. Ludzie stali i patrzyli. I młodzi też zatrzymali się, i patrzyli. Słońce było nisko, świeciło w oczy, bo to już był wrzesień. Mrużyliśmy oczy, lecz taksówka topiła się coraz bardziej w ogniu tego złota. Wreszcie zginęła w nim. Zostało słońce nad czarnym asfaltem, którego nie mogło stopić na swój kolor, jakby go wcale nie dotykało.
Wiatru nie było – była cisza.
I to było wszystko. Nikt jej więcej u nas nie widział. Taksówkarz też nie przyjechał po pieniądze, chociaż zamówił go Matuszczak. Nie wróciła Marysia do naszej wsi. Nie miała zresztą, po co.
– Taki ślub… – wspominaliśmy niekiedy.
– A może wróci?
– Nie. Po co jej to?
– Ślub przecież się odbył – powtarzaliśmy, na nowo zakłopotani wobec tego, co odbyło się na naszych oczach, o czym wiedzieliśmy tak mało, że baliśmy się coś więcej powiedzieć, choćby wyraźnie wymienić, czyj to był ślub, kogo z kim, a czyj ślub nie odbył się wcale.”