Skazany

Skazany

Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza
ul. Ciołka 15/8
Warszawa
tel. 22 620 57 18
dział handlowy: 22 620 54 24
e-mail: biuro@lsw.pl
strona: www.lsw.pl

Warszawa 2012

RECENZJA KATARZYNY GRAJEWSKIEJ
Świat opisywany przez Andrzeja Górnego odsłania się przed nami stopniowo, fragmentarycznie. Z podobnych okruchów zdarzeń i pamięci budowana jest postać głównego bohatera. Równolegle przebiegają dwa czasy – przeszły, wojenny i tuż powojenny, i teraźniejszy – „czas Zakładu”, przenikają się, plączą, tak jak obrazy zapamiętane, odtwarzane z trudem przez Kazimierza. Czas przeszły niesie bolesną historię wojenną, opowieść o przybranej matce, trudnych relacjach braci, nie-braci: Zygusia, który nową Polskę chciał budować i Kazimierza – innego, obu kochających jedną kobietę. Teraźniejszy to rozmowy z Doktorem i doktor Świeczkowską, praca w domu Doktora, rozmowy z jego żoną. Ale nie chronologia zdarzeń, nawet nie sama opowieść jest istotna w prozie Andrzeja Górnego. Istotne jest odkrywanie siebie, swoich najgłębszych tajemnic, z których ciężko się zwierzyć się drugiemu człowiekowi, a jeszcze ciężej nazwać jej przed samym sobą. Dlatego, mimo określonego czasu historycznego i wynikających stąd faktów, zwrócić należy uwagę przede wszystkim na uniwersalizm, ponadczasowość tekstu. Oto spowiedź-rzeka, w której nurcie płyną obrazy i spotkani ludzie: mały Kazimierz przy stole, nad czarną dziurą po bombie, wtulony w ciepły brzuch kobiety, matki, Kazimierz z Helenką, obcą, zesztywniałą, którą „odziedziczył” po zmarłym bracie, która nigdy nie była jego; a potem rozmowy z Doktorem i doktor Święczkowską i te dziwne chwile zapamiętania i odnajdywania dzięki muzyce. Język, który organizuje całą spowiedź zwraca nas ku głównemu bohaterowi. Los innych postaci dany jest nam o tyle, o ile opowiadany jest przez bohatera. Rozbita psychika odbija niespójną rzeczywistość. Im bliżej rozpoznania, poukładania rozrzuconych elementów, tym szybciej następują po sobie kolejne zdarzenia. Przyspieszenie wydarzeń, intensywność przeżyć prowadzą do dramatycznego finału. Końcówka tekstu – zabójstwo, ucieczka, spotkanie z doktor Święczkowską – to odmienna w tonacji proza, omal współczesny kryminał, trzymający w napięciu do końca.
Skazany jest historią o poszukiwaniu swej zagubionej tożsamości, próbą odpowiedzi na pytanie: „czujesz, że czegoś za dużo w tobie, czy za mało? I co najgorsze, pewno wydaje ci się, że nie masz wpływu na nic, co się zdarzyło.” Ostateczna decyzja bohatera ma wymiar heroiczny i oczyszczający. Jest też pierwszą autentyczną decyzją, potwierdzeniem, że mamy wpływ na bieg wydarzeń.

CZĘŚĆ 8. I 9. POWIEŚCI SKAZANY

8.

 

Tam w piwnicach ciemność – jak to u siebie – miękka, bliska, obejmowała łagodnie, ufna w swój niezwyciężony, skryty bezmiar. Dopuszczała wszelkie myśli, tłumacząc wszystko niezmąconą, wierną człowiekowi głębią. Na górze w sali oddechy śpiących; jak szelesty skrzydeł niosły się w mroczną dal swym niewidzialnym lotem. To tak, jakby świat uciekał od siebie, bo nie ma odpowiedzi, tylko same pytania – szeptał swą obronną modlitwę nie wiadomo przed kim. Widoczny rys ścian dawał pewność, że ciągle są, utrzymują co konieczne w swoich granicach. Innych dowodów – myślał rozbudzony w ciemności – nie było. Bo i po co? O cokolwiek pytać, ogromniało ponad zwykłą miarę wedle swoich praw. Do takich możliwości nie dorastał. Bał się pytań, które by się ciągnęły mnożąc następne. Kiedy przychodziło do rozmów w ramach szpitalnych zajęć, wtrącały się jeszcze dociekliwe oczy doktor Świeczkowskiej, czy głos pewnego swej wiedzy, butnego Doktora – i szło to krok w krok z jego słowami, żeby widzieć w nich, czego on sam nie zobaczył. Po nocy w jej dyżurce tym bardziej chciał uniknąć wszelkich pytań i odpowiedzi. Pani doktor nagle nie odpuszczała: jest dobry czas, aby pomyśleć o swoim domu, dodawała dziwnie skromnie. Wydawało się, że towarzysząca mu od zawsze czarna dziura otwiera się znowu, by zakręcić się w niej z własnej bezsilności – by wessała go ostatecznie.

Sposobił się słowem pośpiesznie jak umiał, żeby ten ruch ku bezwolności zatamować… Och, raz wydać ze siebie mocny głos, walnąć w zaplątanie pamięci i schodzić w piwniczną ciemność jak na jedyne swoje miejsce. Nie przypominać sobie uparcie powściągliwej Helenki pilnującej ich milczenia, chociaż taką najmocniej pamiętał. Tak przecież było noc w noc przed ślubem i po, kiedy urodziło się małe, i ona imię jego brata wzięła dla syna. Tak, zgodził się od razu. Kocham brata – powiedział. Ona nic, ani słowa. I jak o tym w szpitalu mówić?… Kiedy z dnia na dzień nabierał pewności, że ta ich pierwsza noc pozostanie jedyną, jeśli w ogóle nie była spóźnioną… Mógł ją, co najwyżej, powtarzać sam ze sobą, kiedy ona spała z małym w pokoju obok. I czy mógł tak nie robić! Ale głębia nocnego mroku, nieprzenikniona im bardziej się w nią wpatrywał nie zasypiając, przynosiła beznadziejność – jednak, o dziwo, łagodną, pełną pogodzenia. Wydawało się, że można z tym żyć. Widocznie, co raz osiągnięte nie musiało się zdarzyć znowu – spieszył sobie z odpowiedzią. I pełen pokory – nieoczekiwanej, bo z czego się brała, nie wiedział – godził się ze wszystkim.
Jakby w rewanżu zdarzała się w domu noc inna, twarda w niepohamowanej bezwzględnej sile swego przymusu, co pchało go przed siebie i szedł wtedy do pokoju, gdzie spała. Helenka zapalała natychmiast lampkę i widział tylko ten jeden ruch ręki – dłoń kładła się na leżącym obok małym Zygusiu. Nic więcej na obronę, ani na zachętę. A później, już chłopaczek, spał po przeciwnej stronie pokoju i ona nawet się nie poruszyła, kiedy przyszedł, i stanął nad nią. Tylko jej wzrok był celnie wymierzony w małego; w ten jeden, jedyny ludzki punkt, jaki każda chowa sobie, nie wiadomo na jaką okoliczność.
Wracał na łóżko w drugim pokoju i płakał. Tak to trwało. Nie wiedział, dokąd go zaprowadzi. Jak długo będzie mu ten świat ogromnieć z tym, co w nim niewypowiedziane, a jednak obecne. Jak długo owa nabrzmiewająca sobą dziwna pustka, wysnuwająca się ze wszystkiego, co wokół, będzie mu przynosiła uciszenie, które – wiedział to – nie mogło być lekarstwem na wszystko, a już na pewno nie na to, co było dla niego najważniejsze. Musiał sobie wreszcie powiedzieć, że do szpitala właściwie uciekł ponaglany nocnym szeptem Helenki: No widzisz. Widzisz. Musisz coś zrobić. Musisz… Tak. Chciał być na sali, gdzie jeden drugiemu poniekąd siedzi na głowie i opowiadają sobie najróżniejsze historie, czy ktoś o to prosił czy nie; ciągle też zaglądają pielęgniarki i salowe; mierząc temperaturę, przynosząc jedzenie, sprzątając, robiąc własny przegląd przed wizytą lekarzy. Było mu po prostu dobrze w tym gąszczu cudzych kłopotów, narzekań, dolegliwości, gdzie ciągle trzeba martwić się o kogoś, komuś współczuć, lub pomagać, podając to czy tamto; by w końcu mieć dość, po dziurki w nosie cudzego i własnego nieudacznictwa, i odwracać się plecami od każdego łóżka. Mógł wtedy o sobie nie mówić – w ogóle nic! I tak było. O wielu faktach nie mówił, niektóre pytania Doktora czy doktor Święczkowskiej, ni stąd ni zowąd, inaczej rozumiał albo im zwyczajnie umykał… Nie może… Nie potrafi… Nigdy stąd nie wyjdzie – szeptał sobie, niby ostatecznie załamany, tak jednak, żeby jedno i drugie oddzielone od niego biurkiem usłyszało, aby oboje wiedzieli, że poddany ich opiece nie traktuje szpitala jako czasowej kryjówki, lecz ostateczność, od której nie ma odwołania. Coś, co niejako zostało mu przypisane poza jego wolą, nakazane siłą tego, co nieznane. Znaczyć to mogło jedno, aby się temu nie sprzeciwiać, ze szpitala nie uciekać, ani też nie dać się z niego wyrzucić. Po nocy spędzonej w dyżurce u doktor Święczkowskiej kalkulował, że zajęta myślami o swoim wyjeździe nie będzie miała czasu rozmawiać z Doktorem o jego powrocie do domu. Czy było jednak możliwe, że chciałaby jakiś ślad od siebie jemu zostawić? Nie odważyłby się jej powiedzieć, że poczuł do tego prawo. Nie pozwoli jej zwyczajnie zniknąć – pomyślał wówczas z pewnym drżeniem.
Czekała o planowanej godzinie. Uśmiechała się życzliwie. Miła grzeczność miała znaczyć, że niczego nie są sobie winni; nie ma między nimi niczego trudnego do pokonania.
– Kazimierzu, cieszę się, mamy dużo za sobą.
– Tak, pani doktor. Ważne to, czego się nie mówi. Wiem. To jest dużo więcej, niż się da powiedzieć.
– Ważne, że przeżyliśmy, to otwiera. Mamy coś znowu do powiedzenia w świecie, który nie jest niczym innym jak ciągłym przeżywaniem. Ty, ja możemy teraz śmiało w niego kroczyć. Po to do nas przyszedłeś, żeby z takim przekonaniem wyjść.
– Pani też coś odkryła, nie tylko u mnie?
Uśmiechnęła się.
– Ty u siebie, ja u siebie.
Znowu jej osobność. Trochę go ukłuło.
– To wszystko, co można powiedzieć?
– Masz z czym iść do Helenki… Tak jak przyszedłeś do mnie.
– Nie wiedziałem, z czym idę.
– Czy musimy wiedzieć? Okazało się, że miałeś z czym.
– Pani doktor wiedziała, po co idę…
– Wiedziałam, czego ci brak, chociaż nie miałeś ochoty o tym mówić. No i wyszło, że mam rację, nie sądzisz?
– Ale to się nie skończyło.
Znowu ten jej uśmiech, jakby już byli od siebie daleko i nie musiała tego ukrywać.
– To się dla ciebie dopiero zaczęło.
– Pani chce wyjechać.
– Ty możesz wyjechać wcześniej. Powinieneś. Będę mówiła z dyrektorem.
– Nie skończyłem u pana doktora.
– Na ostatnim zebraniu Dyrektor przedstawiał stan eksperymentu. Jestem zorientowana. Dyrektor uważa, że możliwości poznawcze się wyczerpały, a ty osiągnąłeś równowagę przy wykonywaniu zadania. Nie ma mowy o jakimś wycofywaniu się, o przeświadczeniu, że nie dajesz rady, że co robisz, to za dużo na ciebie… Nie potrzebujesz żadnych zabezpieczeń z naszej strony. Dasz sobie radę sam. Jak kiedyś… O czym, niestety, tak mało nam mówisz.
– Tak, robota się kończy. Ale widzę na parterze od strony północnej, gdzie drzewa podchodzą coraz bliżej, że wilgoć zrobiła swoje, okna wymagają przemalowania. Podłogi w tych dwóch pokojach też nie najlepsze.
– Wiesz, nas obchodzi eksperyment, jego rezultat badawczy.
– Dom nie jest ważny? Sama moja robota nie?
– Ten remont służy ważniejszemu celowi: tobie. Powinieneś to rozumieć. O ile wiemy i twój ojciec, i brat mieli instynkt społeczny. Umieli pracę, swoje dobro, oddawać na rzecz celów, które nie im przynosiły korzyści. Z tych ułomków, którymi się z nami podzieliłeś, tak to widzę.
– Zapłacili za to. Oddawali rozum i serce. Pewno za szczerze…
– A ty wolisz błąkać się z sercem po świecie?… Myślisz, że ciągle nie masz swojego miejsca.
– Pani doktor, czy ono należy do mnie… Bije dla siebie. Robi co chce.
– Teraz jest pełne odwagi. Wracaj do domu. Przekonasz się.
– Ono woli iść przed siebie. Jak słucham muzyki, tak bije, że wszystko chce we mnie iść… Nie wiem, gdzie. Ale czuję: to najpierw jego sprawa, potem dopiero moja.
– I nasza. Twoje serce jest też sprawą wszystkich tutaj. Pomyśl. Wzywają mnie na zebranie partyjne. Mam powiedzieć, czy doświadczenie Dyrektora jest pomocne w mojej pracy z tobą.
– Nie da się wszystkiego powiedzieć, pani doktor. Jak dobrze może stać się między ludźmi, tego na pewno nie.
Doktor Święczkowską na chwilę zatrzymało. Bardzo chciał wiedzieć co, ale nie miał odwagi zapytać.
– Nie jesteś jak ojciec, ani jak brat. Twój los układa się według innych zasad. Zerwałeś z nauczycielstwem. Zwyciężyło upodobanie do drewna. Urzeka cię trwałość tego, co osobne, nawet jeśli to jest tak nieogarnione, jak ciemność.
– Matka miała zawsze jakiś żal w oczach, kiedy na mnie patrzyła. Nie śmiałem pytać, dlaczego. Na Zygusia inaczej, zwyczajnie. Patrzyła, jak na kogoś, kto był zawsze i dlatego nie trzeba temu poświęcać uwagi.
– Nigdy się nie przełamałeś? Nie zapytałeś, o co chodzi? Dlaczego przykłada do ciebie inną miarę?
– Ona widziała, że jakieś pytanie podchodzi mi do gardła. Jeszcze nie zdążyło do ust, a ona zaraz zaczynała płakać.
– Nie usłyszała, a już się broniła… Przed czym? Wiedziała, o co ci chodzi, lepiej jak ty sam?
Widział po jej oczach, że to ważne, zaległo między nimi i ominąć się nie dało.
– Tak. Mądrzejsza ode mnie. Tak musiało być. To matka.
– Matka swoją wiedzę przekazuje dzieciom.
– Nigdy nie chciała mnie ranić. Jak mogłem jej nie ufać i pytać…
– Ty wiesz więcej… ale nie masz odwagi. Boisz się czegoś, co mogłoby się stać faktem, kiedy będziesz o tym mówił… A ze mną tak się sprawdziłeś, czy to nie dziwne?
– Pani doktor chce wyjechać.
– Powiesz, jeśli nie wyjadę?
– Mógłbym do pani napisać?
– Czy to znaczy, że zrobiłbyś mi wtedy niespodziankę?
– Gdyby to było dla pani doktor miłe.
– Myśl o tym, co jest. Masz żonę, którą zadziwisz, jak wrócisz. Mnie już nie. Wiem, kim jesteś, jak chcesz; jakim potrafisz być.
Opuścił głowę, aby nie widzieć jej wzroku.
– Wiem… – Podniósł głowę. – Pani ma dosyć. Już mnie pani nie potrzebuje.
– Chciałbyś powtarzać swoją historię z żoną?… Ją kochasz, z nią możesz być wiele razy. Ze mną raz. Myślę, że kochanie kogoś na tym polega. To jest ten cud człowieka.
Patrzył jej w oczy długo, żeby jedno drugiemu umknąć nie mogło.
– Pani jest kimś więcej.
– Tutaj, w szpitalu.
– To moje życie, to już nie szpital.
– To tylko nauka życia.
– Ja myślę, że to prawda. Zacząłem od początku…
– Musisz do niej pojechać. Ją kochasz. Ze mną dalej nie wyjdzie.
– To nieprawda. – Wyrzucił ze siebie.
Wstała obeszła biurko i stając przy nim, ujęła dłońmi twarz, jak u dużego dziecka.
– Dałeś dużo. Ja też, co mogłam. Nie żądajmy więcej, to byłaby nieprawda.
– Pani jest inna – szeptał półprzytomnie. – Inna… Wszystko dlatego.
– Nie. Jestem tylko w takim dziwnym dla siebie momencie… Dzięki tobie. – Obróciła się zaraz, żeby wrócić za biurko.
Usłyszeli pukanie do drzwi. Doktor Święczkowska zatrzymała się. Nie powiedziała „proszę”. Czekała.
Trochę trwało. Potem drzwi się otwarły i wszedł Doktor. Został przy drzwiach, uśmiechając się do niej. Dla niego nie było już w tym pokoju miejsca.
– Za wcześnie, czy za późno? – Uśmieszek na twarzy Doktora wskazywał, że wbrew pytaniu przyszedł w sam raz i był z tego zadowolony.
– Dyrektorze, co się stało? Zamartwia się pan o nasz los, czy swego eksperymentu? – Zapytała pani doktor.
Doktor spojrzał na niego.
– Pani doktor Święczkowska wyraźnie ze mnie niezadowolona. Przerwałem wam dociekania… Trudno, nam też przerwano i dzień mamy z głowy. Stąd jestem. Nasz prelegent okazał się być członkiem Komitetu Centralnego i pojechał na plenum. Wszyscy tam pieją z zachwytu, dumni z inicjatywy pokojowej ministra Rapackiego. Polska stawia w ONZ-cie propozycję strefy bezatomowej w Europie! Bez zgody naszych braci radzieckich nie mogłoby tego być. Zawsze jednak, to my! Inny zupełnie język, stonowany, w starym europejskim stylu, czego towarzysze radzieccy nigdy się nie nauczą. No, odezwał się w nim jeszcze stary pepeesiak. – Doktor popatrzył na nich. – A jak wyglądają nasze propozycje? Uzgodnione?
– Nasz podopieczny zasługuje chyba na inny ton, Dyrektorze. Dużo się zmieniło. Utrzymując stały kontakt dostrzegam pozytywne zmiany. Myślę o jego powrocie do domu. To przede wszystkim, zasługa eksperymentu pana dyrektora. Otrzymałam znowu zaproszenie na zebranie organizacji partyjnej. Zamierzam potwierdzić nasze poprzednie wnioski.
Doktor przez chwilę przyglądał mu się, jakby nie zainteresowało go to, co usłyszał.
– Drogi panie Kazimierzu, same dobre rzeczy, pełne zaufanie… A przyznał się pan do nocnych wędrówek pod drzwi pani doktor Święczkowskiej? – Doktor spojrzał na nią. – To by nie świadczyło o równowadze psychicznej. Na razie, za optymistyczne pani wnioski…
– Panie doktorze, szedłem korytarzem…
– Nie prowadzimy śledztwa. Nie śledzimy… Sam oceń, zrywanie się w nocy z łóżka i wędrówkę przed siebie, która powinna gdzieś konkretnie zaprowadzić. To mogło być dla ciebie odkryciem. Tak, ale czego? Bo nie prowadziliśmy do tego my! A odpowiadam ja i opiekująca się tobą pani doktor. Jak możemy puścić do domu, jeśli nie było w tobie reakcji, która powinna cię zawrócić do łóżka. Twój niepokój był tak silny, żeś włóczył się po korytarzu. Gdyby nie ja, zatrzymałbyś się przed drzwiami? A co miało być dalej?… – Tu Doktor wyciągnął rękę wskazując na doktor Święczkowską. I jeszcze uśmiech, dotąd przyczajony, wypłynął na twarzy bezwolnie, wyprzedzając to, co miało być powiedziane. – Kto miał paść ofiarą, nie twojej woli Kazimierzu, lecz szaleństwa tamtej nocy, które zupełnie zniewoliło twoją wrażliwość, rozsądek? Słyszysz, z tego, co powiedziałem nie wynika, że jesteś winny. Że ktoś cię tu oskarża. Nie. Wymagasz nadal naszej opieki i tyle.
– Panie dyrektorze, te wnioski idą pod dyktando wyobraźni, a nie faktów. Faktów z tego, co słyszę, nie ma żadnych.
– Ależ fakty są. Miałem tyle czasu, spotkałem się z żoną naszego Kazimierza.
Musiał zebrać myśli – że to o nim mowa.
– Przyszedłem tu sam ze swoją sprawą. – Wyrzucił z siebie, jak w przepaść, na tyle pewności starczyło.
– To ci się tak wydaje. Nie jesteście osobno. Helena jest cały czas z tobą, chociaż jej nie widzisz obok siebie.
– Może tak mówiła, ale ze mną chciała być, tylko kiedy potrzebowała.
– Kiedy to było według ciebie?
Oczy doktor Święczkowskiej były nagle przy nim, najbliżej jak można. Żeby go oderwać od tego pytania – pomyślał.
– Dawno… Tak dawno, że trudno o tym mówić. – I patrzył, tak jakby nikogo z nim w tym pokoju nie było.
– Człowiekowi myśleć nie trudno. – Napierał Doktor.
– Myślenie nie pomagało nigdy. Nawet było gorzej.
Doktor Świeczkowska nagle wstała.
– To błędna ścieżka… Z tego żadnej pomocy dla niego, Dyrektorze. Rozmowa na żywioł. Uważam, że nie możemy tak. Przepraszam.
– Proszę za pół godziny u mnie, pani doktor. Potem wracam. – Spojrzał na niego. – Po obiedzie żona przyjedzie. Dzwoniłem, że nic się nie zmieniło, chwilowa przerwa w obradach.
Tak. Przyjechała. Uśmiechnięta. Cała lekka, jakby piórko. Czuło się w słowach, spojrzeniach, że dzień się układa. To że Doktor do domu nie zajrzał, wcale nie martwiło. W drodze z przyjemnością tłumaczyła się z dobrego humoru: czasem tak jest, że ma się dzień, i właśnie to ją spotyka. Nie wolno się przed tym uchylać. – Pamiętaj, trzeba wtedy nie zamykać oczu, nie bać się. Jeśli los daruje przez przypadek, przez swoje zawahanie: nie wolno! Lecz nie za często: byłby fałsz. Musi być cenne, jak ta moja muzyka dla ciebie: widzę, co się wówczas z tobą dzieje. Dzisiaj, tak jest ze mną. Tylko się zasłuchuję w to, co ma być. Jak ty. Ale na chwilę! – I śmiała się. Nawet się bał, że zjadą do rowu. A już przed domem, kiedy się zatrzymali, pochyliła się nad kierownicą, i uśmiechając się znowu, przyłożyła palec do ust: – Ciii, widzisz, jaka jestem głupia. Spłoszę wszystko! Wszystko spłoszę!… Pamiętaj! Ty możesz na mnie liczyć. Mam cichą nadzieję, że ja na ciebie, jeśli kiedyś tak się zdarzy. – I popatrzyła na niego, jakby coś jeszcze miała w swojej skrytości.
Dowiedział się dopiero, kiedy był przy swojej podłodze. Ledwo rozległy się dźwięki, nie zdążył się nawet podnieść, oczy zaraz musiały biec do otwartego okna, bo od razu tak niosło tą muzyką od delikatności płochej w górę lotem jakiegoś motyla – nieważki i rozprzestrzeniała się zaraz w jasności, jakby już prawie nic nie było, a oczy nie mogły nigdzie indziej – tylko tam, tam… Ćmiło mu się w oczach od światła, koraliki rozkołysanych dźwięków nizały się jeden za drugim bez umiaru, jak uwiedzione w zachwycie, i z taka radością, z taką ufnością, że człowiek jeszcze by pomógł, gdyby tylko potrafił sięgnąć za to okno – w dal.
Obrócił się, jeszcze klęcząc na podłodze, i zobaczył ją w drzwiach uśmiechniętą, jakby przynosiła następną niespodziankę.
– To „Wiosna”… Tak kompozytor nazwał; Vivaldi się nazywał. Chciałam, żebyś poczuł. Ja mam tak od rana. Idę teraz na długi spacer. I tak mów, gdyby ktoś dzwonił… Możesz iść na taras, tam lepiej zobaczysz jak wszystko się łączy w muzycznym pojednaniu.
– Gdyby dzwonił pan doktor też tak powiedzieć?
– Oczywiście. Późnym wieczorem cię odwiozę. W kuchni zostawiłam kolację.
Obróciła się i poszła.
Został na kolanach przysiadłszy na łydkach. Muzyka już umknęła gładko, jak wiosenny puch dmuchnięty w górę, w jasne powietrze dnia. Zdał sobie sprawę, że czeka, nie wiadomo na co. Usłyszał szemrzenie, to był samochód. Pochylił się, żeby wziąć się do roboty. Potem jednak wstał. Chciał iść do pokoju, gdzie był adapter. Zadzwonił telefon: raz, drugi, trzeci… Wiedział, kto jest taki nieustępliwy. Podszedł i podniósł słuchawkę.
– Co się dzieje? – Głos był zmieniony zniecierpliwieniem.
– Żona pana doktora jest na spacerze.
– Jak wróci, niech cię zawiezie z powrotem. Zaraz. Doktor Święczkowska musi z tobą rozmawiać. Dostaniesz plan ćwiczeń na najbliższe trzy dni. Nie będzie jej. Powiedz mojej żonie, że jestem jutro przedpołudniem.
Odłożył słuchawkę. Nie chciał już muzyki, wrócił do roboty. Nie szła mu. Dotąd nigdy w ciągu dnia nic mu tak nie ogromniało, jakby głuchł i rzeczy musiały rosnąć ponad zwykłe ich wyobrażenie, przynajmniej w jego myślach, żeby dla niego być. To było prawo jego nocy – ale dnia? Patrzył na podłogę, wszystko takie wyraźnie, tak blisko i na swoim miejscu, żeby świadczyć – przeciwko komu? Za kim?… Kiedy zawsze daleko do tego, co ma być. Nic na to nie poradzi.
Po godzinie znowu telefon.
– Jest? – Głos Doktora jak przyczajony, czekał na niespodziankę.
– Nie.
Doktor zaśmiał się krótko.
– Źle ci ta opieka wychodzi.
– Pan doktor nigdy by sobie tego nie życzył.
– Skąd wiesz. Może po to tam jesteś…
– Pan mówi, że moja praca to pana doktora doświadczenie.
– No, widzisz. Właśnie doświadczam swej niewiedzy.
I Doktor odłożył słuchawkę.
Nie wrócił. Został przy telefonie. Na co w tym pokoju spojrzał: stół, krzesła, szafa, nawet lustro – wszystko jak odwrócone, każde do siebie, nie dla niego… Chwycił za telefon, wykręcił numer. Ktoś podniósł słuchawkę.
– Tak, słucham?… – To był głos doktor Święczkowskiej, taki spokojny, żeby się udzieliło temu po drugiej stronie. Nie czekała, mówiła dalej: – To ty… Wiem, że ty…
Był prawie pewny, że się uśmiechnęła.
– Poznaję, po milczeniu. Każdy z nas ma swoje. Ty masz długie, uparte… Dyrektor pewno mówił o moim wyjeździe. Za trzy dni jestem z powrotem. Przeniesienia nie daje się prosto załatwić. Jak wrócę, musimy jeszcze porozmawiać… Zostanę w Zakładzie parę tygodni. Ty wyjedziesz pierwszy. Chcę, żeby tak było. Chcę to widzieć, Kazimierzu. Tak musi być. Jesteś już inny. Musisz jak najprędzej wrócić do Hel