Samobój

Samobój

Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza
ul. Ciołka 15/8
Warszawa
tel. 22 620 57 18
dział handlowy: 22 620 54 24
e-mail: biuro@lsw.pl
strona: www.lsw.pl

Powieść wydana przez Ludową Spółdzielnie wydawniczą w Warszawie w kwietniu 2007 roku. Wydawca tak o niej pisze: Powieść „Samobój” jest interesująca przede wszystkim jako obraz doświadczeń młodego człowieka, który zrywa z przeszłością swoich lat młodzieńczych, jest przykładem zmiennych i dramatycznych losów człowieka w czasach polskiej transformacji lat dziewięćdziesiątych i początków obecnego wieku. Brak ładu społecznego, sprawdzonych wzorców ludzkich, indywidualnych postaw – powoduje, że „uderzenie wolności” otwiera bohatera książki na rzeczywistość zupełnie nową i nieznaną. Wszystko to prowokuje, aby stać się busolą dla siebie samego. A więc krańcowy indywidualizm, kategoria „ja” do potęgi. Rzeczywistość, spełnianie się ludzkich relacji – są wtedy jedną wielką pułapką dla bohatera. Czy metoda „prób i błędów”, zaczynania „jeszcze raz od początku” może być skuteczną odpowiedzią?
Losy bohatera powieści i jego partnerki (w pracy i nie tylko) – która również szuka dróg by dać wyraz swojej niezależności jako kobiety – zdają się tworzyć węzeł nie do rozplątania. Poszukiwanie rozwiązań przestaje się jednak zamykać w granicach tego, co składa się na polską rzeczywistość. Autor otwiera dla bohatera szersze pole duchowej konfrontacji i zgodnie z globalną perspektywą kulturową, która zaczyna znaczyć w naszym życiu i oddziałuje na decyzje bohaterów książki w różny zresztą sposób.
Dodajmy, że losy głównego bohatera jeszcze jako licealisty znajdziemy w powieści pt. „W drogę”.

FRAGMENTY

(…) Ale pociągu nie było. Najbliższy w tym kierunku odchodził za cztery godziny z przesiadką w Kutnie, jak wyczytał z rozkładu jazdy. Zdał sobie sprawę, że tak długo w żadnym wypadku nie będzie czekał. Czuł, że musi być teraz w ruchu. Bo to, co wie i czego nie rozumie krzyżuje się w nim na sto sposobów i nie może siedzieć na ławce w poczekalni i zwyczajnie się nudzić. Więc spacerował po peronie. A kiedy zatrzymał się przy nim pociąg, nie zastanawiając się wsiadł. Nie wiedział, dokąd jedzie i to go utrzymywało w determinacji, jeszcze bardziej mu się podobało. Wszystko, na czym zatrzymywał swój wzrok uciekało do tyłu lekko, bezboleśnie. Czy to nie cudowne? Taka beztroska. Czas teraźniejszy cały w swej zuchwałości, za co nie trzeba płacić. Żadnych wysiłków pamięci, żadnego wspomnienia.
Poszukał konduktora.
– Dokąd? – spytał tamten.
– Do końca.
Konduktor dał mu chwilę do namysłu a potem poprawił:
– Do Szczecina.
– Do Szczecina – powtórzył gładko, choć nie wiedział skąd wzięła mu się taka pewność.

 

Kiedy wysiadł w Szczecinie, za resztkę grosza kupił kanapkę w dworcowym bufecie. I wtedy pomyślał o domu. Byłby czas wracać. Spojrzał na zegar. Zaraz zaczną się martwić albo już to robią. Ale nie miał w tej chwili ochoty słuchać skądinąd rozsądnych myśli. Jeśli już tak daleko zajechał, to przede wszystkim trzeba się przejść po mieście. Pod wieczór znalazł się na jego obrzeżu od strony Odry. Kończyły się pagórki, królowała za to gęstwa drzew i zarośli, spośród których wynurzały się pojedyncze mieszkalne domy, samotnie stojące budynki fabryczne. Usytuowana w takim otoczeniu stacja kolejowa sprawiała wrażenie tej ostatniej, z której można jedynie wracać tam, skąd się przyjechało. Ale właśnie na tej stacji stwierdził, że to miejsce mu się podoba, a zagubienie ma swoje nieoczekiwane uroki i zapewne też sensy. Postanowił, że tam właśnie spędzi noc. Po prostu: w drodze. W drodze – powtarzał i wydawało mu się, że za tym słowem czyha na niego rzeczywiście jakiś sens, wcale nie wrogi. Otoczenie było zresztą w miarę bezpieczne. Patrole milicyjne też nie przejmowały się zanadto swoją rolą. Wczesnym rankiem obudził go wjeżdżający na stację pociąg, z którego wysiadło sporo ludzi spiesząc do pobliskich fabryk. Teraz nie czuł się jednak najlepiej. Marzył mu się długi prysznic. Żeby zmyć z siebie brud ostatnich dni – fizyczny i psychiczny, dodał nie wiadomo dlaczego. W gruncie rzeczy nie wiedział, co ma na myśli, co go tak uwiera, jeśli od tylu rzeczy się uwolnił? Nie miał zamiaru męczyć się tym pytaniem. W czasie kąpieli przyszłyby mu do głowy odpowiedzi i przy okazji znalazłby jakiś sposób na życie, co było rzeczą dość pilną. Pomyślał o formie, w którą się wsunie, wklei, pozostawiając sobie cząstkę na wyłączność własną. Ale co mu jest takie drogie nie próbował pytać. Wrócił do centrum w pobliże dworca. Uprzytomnił sobie jak bardzo jest głodny i że to właśnie przypędziło go do centrum. Zaczął padać deszcz. Przyśpieszył kroku. Po chwili już biegł szybko, jak ogarnięty szałem młody ogier. Kiedy znalazł się na moście, potknął się i upadł. Leżał w pozycji embrionalnej, jakby unieruchomił go ból. Potem usłyszał nad sobą głos:
– A wy, obywatelu, co? Chowacie się przed deszczem, czy odpoczywacie?
Ktoś go podniósł. Gdy zobaczył, że ma przed sobą dwóch milicjantów, wyciągnął z kieszeni dokumenty i rzucił je do rzeki. Tamci się wściekli. Wzięli go do radiowozu, zawieźli do komendy dzielnicowej i zamknęli w areszcie. Do komendanta trafił dopiero po dwóch dniach. Nie bardzo mieli głowę na zajmowanie się jakimś czubem, co wyrzuca dokumenty, kiedy na Wybrzeżu nowa rozróba i Wałęsa znowu przypomina się w stoczni.
Więc komendant przyglądał mu się z miną człowieka zniecierpliwionego.
– No i co z wami zrobić?
Nie wiedział, skąd mu to przyszło: wyprężył się w postawie zasadniczej, jak zawodowy wojskowy i zameldował:
– Panie komendancie, w ciągu tygodnia zgłoszę się z legitymacją szkolną.
– Szkolną? Mocno już wyrosłeś… – Pokiwał głową. – No, to już cię nie ma.
Kiedy wyszedł na ulicę, pomyślał, że można być nikim, a dla innych jednak jest się kimś. I nie takim wcale byle, kim, bo byle, kogo bez dokumentów by nie puścili z komendy. Roześmiał się: Czy taki jest wolny człowiek? Bez przeszłości, przyszłości i w niewiadomej teraźniejszości. (…)
(…) Przez twarz Witolda przemknęło coś w rodzaju półuśmiechu.
– Powiem ci tak: przyjaźń polega na tym, żeby wierzyć, a Edward musiał widzieć. Jak widział, zaraz miał pokusy, żeby działać na własną rękę i stawał się nielojalny. – Przyglądając mu się, Witold pokręcił głową. – Źle mnie nie zrozum. Gdzie indziej był o wiele bardziej nielojalny. Miał po prostu żyłkę do ryzyka. A tamci rachunek mu wystawili.
– Na wieczne czasy – dodał posępnie Krzysztof. Lecz zaraz się poprawił – on wierzył w rewolucję Solidarności i dlatego pomagał.
– Kto inny płacił i żądał lojalności.
– Powiedz, do cholery: państwo. Państwo… Czemu tego nie mówisz? – Wzrokiem wpierał się Witoldowi w oczy i w końcu sam odpowiedział: – Bo wiadomo, że fałszywe. Fałszywe, Witek.
– Ale fałszywe mu płaciło. Wywiązywało się dokładnie ze swoich obowiązków. A on brał.
– Płacono w imieniu prawdziwego. Wobec takiego czuł się zobowiązany.
– O czym właściwie mówimy? O PRL-u?
– O żadnym PRL-u. Nie oszukuj się. O Polsce. Na sto procent nikt nie wie: była, czy nie. Ty byłeś, ja, inni: to wiadomo na pewno.
– Mówić i myśleć można co się chce. To oznacza jedynie chaos, którego nie uporządkujesz. (…)