Poznański Czerwiec w świadomości i historii

Poznański Czerwiec w świadomości i historii

POZNAŃSKI CZERWIEC I CZAS „PRZEKLĘTEJ” MITOLOGII szkic publicystyczny Andrzeja Górnego w publikacji POZNAŃSKI CZERWIEC W ŚWIADOMOŚCI I HISTORII, praca zbiorowa: Jerzy Eisler, Andrzej Górny, Paweł Machcewicz, Edmund Makowski, Leszek Nowak, Jan Sandorski, Zofia Trojanowiczowa, Jan Płóciennik – Turski, pod redakcją Andrzeja Górnego; Związek Powstańców Poznańskiego Czerwca 1956 r. NIEPOKONANI, Wydawnictwo WiS, Poznań, 1996.

Czerwiec

Poznański „czarny czwartek” to dla nas przede wszystkim dramat rozgrywający się na ulicach miasta: tłumy ludzi w pochodzie, twarze w radosnym uniesieniu, w rozpaczy i strachu, zabici i ranni, najazdy czołgów. Rana, która na ułamek sekundy odsłoniła prawdę, nie tylko dotąd ukrytą, ale często nie uświadamianą, dopóki nie zobaczyło się obok siebie tylu ludzi tak samo czy podobnie reagujących. Ta nagła, nieoczekiwana wspólnota w moim odczuciu była tym, co najbardziej niezwykłe w tym dniu, co wywołało szok radości, wyzwalając niepowtarzalną właściwie dynamikę zdarzeń. Począwszy od porannego strajku i protestu robotniczego, poprzez manifestację polityczną przed południem, bunt ogarniający całe miasto i rodzące się powstanie, aż po godziny popołudniowe, kiedy zalały je czołgi, które wtargnęły do miasta w liczbie ponad 300. Migotliwość zdarzeń, trudność ogarnięcia i zdefiniowania tego, co się stało.

Dzisiaj zresztą tym bardziej trudno ocenić swoistość i niepowtarzalność wydarzeń tamtego dnia. Dzielą nas od niego całe dziesięciolecia PRL-owskiego bytowania naznaczonego grą władzy ze społeczeństwem, jej z reguły nie nazwanych niedopowiedzeń i pełnych szczególnej subtelności przeinaczeń, zresztą dla „dobra obu stron”. Bo „trzecia strona” przyglądała się z zagranicy (dość umownej) uważniej, kontrolując tę grę, czy aby nie ma jakiegoś porozumienia między stronami, którego ona się nie doczytała. Przerywane to było kryzysowymi „polskimi miesiącami”. Obok ulgi, jaką te „miesiące” z reguły społeczeństwu przynosiły, powodowały też za każdym razem wzrost poziomu niedomówień i różnorakich mistyfikacji. I choć wydawało się, że obraz się klaruje, podział na „my” i „oni” jest coraz bardziej ostry i przekonywający – to w rzeczywistości za barierą tego, oczywistego w końcu, podziału pogłębił się stan duchowej dezorientacji, której konsekwencje w pełni dały o sobie znać dopiero po roku 1989 w warunkach otwarcia – i to nie od razu. Dopiero teraz widać, że do tamtych czerwcowych doświadczeń jest nam bardzo daleko. Bo miały one zakorzenienie w tradycji II Rzeczpospolitej, bliskiej dzisiaj tylko emigracji.

O czym więc zapominamy, czego nie uwzględniamy, wracając do tamtych odległych czasów? Myślę, że nie przyjrzeliśmy się jak dotąd bliżej wieloletniemu okresowi przed Poznańskim Czerwcem, mówiąc inaczej – budowaniu systemu stalinowskiego. Nie zwróciliśmy uwagi na zaskakującą skuteczność tego systemu w opanowaniu społeczeństwa, jego świadomości, co tak dobitnie zaznaczyło się na przełomie lat 40. I 50. Z reguły, mówiąc o tamtym okresie, mówimy jedynie o terrorze represyjnych działań, o systemie totalitarnym, który paraliżował wszystkich. Tymczasem tryby tego systemu działały równocześnie w innym kierunku. Pomagały realizować projekty gospodarcze, zwłaszcza te nie znajdujące uzasadnienia w ówczesnych warunkach społeczno-ekonomicznych, a które pozwalały za to przydawać pewien stopień realności temu, co nazywamy mitologią komunistycznej równości, sprawiedliwości i dobrobytu dla wszystkich. Mitologia ta, adresowana do szerokich grup społecznych, skazanych dotąd na inercję i wegetację, miała swą siłę oddziaływania i stawała się potężną dźwignią systemu stalinowskiego. Znaczenia jej nigdy się nie doceniało. A przecież właśnie ta mitologia połączona z awansem cywilizacyjnym we wspomnianych wyżej kręgach społecznych niekiedy uprawomocniała terror i bezwzględność działań represyjnych, tym bardziej że umiano bardzo precyzyjnie adresować te działania. W szybkim tempie powiększająca się grupa pracowników gospodarki uspołecznionej tworzyła miraż wspólnoty, której faktycznym i ukrytym spoiwem była twarz władzy. Obok wcześniejszej nacjonalizacji trzeba wskazać na ważny moment: utworzenie w 1949 r. PGR-ów. Rozpoczęta w 1947 r. „bitwa o handel” zamieniła się w 1950 r. nieomal w jego likwidację, uderzając w podstawy ekonomiczne drobnomieszczaństwa, ciągle duchowo opornego wobec zmian. I wreszcie ruch ludności ze wsi do miast, kiedy na nieznanym gruncie przemian cywilizacyjnych ludzie „wydziedziczeni” z siebie, ze swego środowiska, ale awansujący w hierarchii społecznej, stawali się bezbronni duchowo wobec terroru „jedynej słusznej” (bo nieomal jedynie dostępnej) ideologii. Logika nieodpartych zmian miała wsparcie w logice awansów i karier dokonywujących się na wzór tej „od pucybuta do milionera”, tyle że bez tamtych pieniędzy, i podmiotowości wybrańców.

Można by więc mówić o doskonałej „maszynie” socjalistycznych przemian. I powiem więcej, pracowała ta maszyna nazbyt skutecznie. Jej sukcesy stały się niebezpieczne dla niej samej. System „pożerał też własne dzieci”. Koło terroru zamknęło się. Stąd też pierwsze zawahanie wyszło od władzy. Szaleństwo terroru, a przede wszystkim stopień osaczenia jednostki, powszechny strach i lęk coraz wyraźniej ograniczały możliwości oddziaływania frazeologii socjalistycznej i to właśnie w okresie, kiedy szanse opanowania świadomości obywatela niepomiernie wzrastały w miarę cywilizacyjnych postępów. Inaczej mówiąc, to władza wykonywała pierwsza gest „poluzowania”. Gest to był udawany, pozorowany – ale jednak ona go wykonywała. W 1955 r. Zaczął się okres „odwilży” (od tyt. Powieści I. Erenburga „Odwilż”, której tłumaczenie w tym właśnie roku w Polsce się ukazało). Latem tego roku ukazał się „Poemat dla dorosłych” A. Ważyka, wyrażający zwątpienie, a nawet poczucie klęski poniesionej przy budowie socjalizmu w Polsce. Działało „Po prostu – tygodnik studentów i młodej inteligencji”, gdzie drugi człon podtytułu był wtedy w Polsce absolutnie ewenementem. W listopadzie 1955 r. władza godzi się wreszcie na pierwszą po wojnie premierę „Dziadów” A. Mickiewicza. „Odwilż” najśmielej czyni postępy w kulturze. Ale już w pierwszych miesiącach 1956 r. pisze się o „niewinnych skazanych”, krytykuje milicję, władza przyznaje, że W Gomułkę niesłusznie aresztowano w 1951 roku. Upomniano się o krzywdę, jaką wyrządzono żołnierzom Armii Krajowej. PO XX Zjeździe KPZR i tajnym referacie N. Chruszczowa, w maju, ustąpił J. Berman, numer dwa po B. Bierucie za jego życia. Wszystko to miało uwiarygodnić system, aby mógł się stać na nowo nadzieją. W istocie były to jedynie, rzec by można, kosmetyczne zabiegi, jeśli weźmie się pod uwagę stopień zniewolenia społeczeństwa. Zmieniła się jednak atmosfera w kraju i miało to duże znaczenie. Toczący się od 1953 r. spór robotników z Zakładów Cegielskiego (wówczas ZISPO) z kierownictwem ożywia się właśnie jesienią 1955 r., a na początku 1956 r. nabiera przyśpieszenia. I trudno nie łączyć tego z „odwilżą”, którą władza chciała utrzymać w wygodnych dla siebie ramach. Trudno też nie zauważyć, że w tym sporze robotnicy pominęli obowiązującą rutynową drogę, nękając coraz wyższe szczeble władzy. Inspiracja, ruch ku zmianom przychodził tu „od dołu”. Ale też w tym wypadku, mimo iż tak szczegółowym i jednostkowym, władza okazuje się w ostateczności nieustępliwa. Rozmowy kończą się niczym. Wieczorem 27 czerwca 1956 r. mówi się przedstawicielom robotników, że resztę postulatów (około 1/3) dotąd niewynegocjowanych, władza rozpatrzy sama. Groziło naruszenie granic „odwilży”, których władza nie chciała wtedy przekroczyć. Wedle obowiązującej doktryny robotnicy władzę już zdobyli, państwo było robotnicze, a postępowanie Cegielszczaków kwestionowało tym samym przydatność systemu. Myślę, że nie doceniamy znaczenia, jakie przywiązywano wówczas do ideologii. To nie tylko strach i lęk miały trzymać społeczeństwo w ryzach i dyrygować energią społeczną. Logika prostych i nieomal oczywistych rozwiązań poruszała wyobraźnię i dawała łatwe oparcie. Problem był wtedy tylko w samej sile zaangażowania i oddania się sprawie, na ile zdoła się to w ludziach pobudzić. A na podorędziu było zresztą coraz bardziej realne uzasadnienie: bo iluż startujących z poziomu wiejskiej, robotniczej lub miejskiej biedoty, dopracowujących się awansu ogromnym wysiłkiem życiowym – właśnie w logice obowiązującej ideologii widziało wyjaśnienie swego powodzenia.

Gdy więc patrzymy na społeczeństwo zbuntowanego miasta przeżywającego szok wolności, która błysnęła na chwilę, by zaraz strącić je z powrotem w atmosferę beznadziejności i strachu. Musimy pamiętać o szoku po drugiej stronie. Oto „państwo robotnicze” strzelało robotników. To był grom z jasnego nieba. I tego nie wolno zapominać. Bo dotykamy tu sprawy, którą trudno przecenić – o czym jednak bardzo mało wiemy. Bo nie znajduje to wyrazu w spektakularnych wydarzeniach zbiorowych. To był dramat o wiele mniej widoczny i znacznie bardziej rozłożony w czasie – niż ten jaskrawy dramat wolności dławionej na ulicach Poznania.

Wyrazistość dylematów, które z Czerwca wynikały, umożliwiała radykalność żądań i działań zbuntowanej społeczności miejskiej. To radykalność wystąpienia, jego krwawy efekt trafiał w czuły moment, demaskował „odwilż”, załamanie władzy i wymuszał potrzebę rozwiązań poważniejszych. W tym znaczeniu Październik był konsekwencją Poznańskiego Czerwca. Ale proponując inny sposób rozwiązywania konfliktów władzy ze społeczeństwem – i to udany, bo z nim wiążemy koniec socjalizmu w Polsce – polski Październik odsuwał Poznański Czerwiec w cień. Po prostu Czerwiec przestawał być atrakcyjny, wydawał się być nawet w nowej sytuacji polityczno-społecznej pewnym anachronizmem. Przypomnijmy, że dynamika buntu zwracała się przeciwko wszystkim znamionom nowej rzeczywistości socjalistycznej, a odwoływanie się, gdy chodzi o walkę, do tradycji Powstania Warszawskiego podkreślało jednoznaczność celów tego wystąpienia. Stąd też w następnych dziesięcioleciach nastąpiło absolutne zapomnienie Czerwca w społecznej pamięci. Czerwiec Poznański po polskim Październiku był już jak z innej epoki. Życzenie Władysława Gomułki, aby kurtyna milczenia opadła na krwawe wydarzenia Czerwca, spełniło się. Myślę jednak, że nie była to zasługa wyłącznie cenzury i aparatu władzy. Po prostu radykalna propozycja obalenia władzy nie miała już sensu. Charakterystyczne, że ani w Marcu ’68, ani w Grudniu ’70 nie odwoływano się do Poznańskiego Czerwca. Bardziej chodziło o samonaprawę systemu, o poprawienie socjalizmu niż jego usuwanie. Zmitologizowanej wizji społeczeństwa i człowieka ani rzeczywistej funkcji jaką to spełniało, nie atakowano frontalnie, nie usiłowano demaskować. To było wielkim niedomówieniem wszystkich tych krytycznych okresów, nawet lat 1980/81. Natomiast wydobyto wtedy z głębokiego niebytu społecznego Poznański Czerwiec. Nazywam to wręcz drugimi narodzinami Czerwca. Zgodnie jednak ze swoją filozofią walki bez udziału przemocy, poznański bunt czerwcowy był przypominany wtedy przede wszystkim jako strajk i protest robotniczy. Bunt miasta i zaczątki powstania schodziły na plan dalszy. Polityczne cele „Solidarności” decydowały w tym wypadku o rozłożeniu akcentów, więc i wtedy nie wszystko zostało powiedziane do końca o mitologicznych podstawach świadomości ukształtowanej w czasach PRL. Właściwie dopiero po roku 1989 cała ta mitologia urządzania ludziom życia przez system – państwo została na poboczu, pominięta raczej niż otwarcie, programowo wycofana z obiegu wartości, które mają niejako „ubezpieczać” naszą duchową wolną już przestrzeń. Bo też faktyczna kompromitacja tej mitologii, ale i zarazem tęsknota do niej zagubionych w dzisiejszej rzeczywistości – rozstrzygają się w procesach przemian społecznych, gospodarczych i to długookresowych. I znowu szerokie rzesze mają wrażenie w każdym dniu swoich nowych doświadczeń, że o niczym nie zostały powiadomione. Znowu poczuły się oszukane, choć tym razem przez zupełnie kogoś innego. A Poznański Czerwiec, widziany teraz przede wszystkim jako zryw powstańczy, pozostaje przynależny do innego okresu historycznego i może dlatego jest tak jednoznaczny w swym przesłaniu, tak niczego z zanadrzu nie skrywający. Po prostu: instynktowny odruch żywej jeszcze istoty, którą było wtedy na to stać.