Nigdy nie umieram

Nigdy nie umieram

Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 1983

„(…) W wąskich uliczkach śmierdzi błotem i zgnilizną. Im bliżej rzeki, teren staje się coraz bardziej podmokły, zaczynają się drewniane kładki, a szopki stoją na palach wbitych w czarną maź z większymi lub mniejszymi zastoinami wody. Tu i ówdzie bagno porasta trzciną, miejscami płotki dzielą je na małe ogródki, a obok szukające ochłody świnie tarzają się rozkosznie w półpłynnej masie, chrząkając z zadowolenia. Tam gdzie konsystencja błotnistej mazi jest bardziej stała, spoista, rosną krzaki pomidorów, fasola, proso. Kobiety i dzieci biegają po kładkach, z wrzaskiem tupiąc w deski, aby przepłoszyć świnie próbujące dostać się do rosnącej zieleniny. Jeśli trzeba, co zręczniejsi zsuwają się po palach, stają na grzbietach świń, kopią je bosymi stopami, popychają, żeby poszły sobie gdzie indziej. Dużo przy tym śmiechu i pisku. Niekiedy znajdzie się mały ekwilibrysta, który puszcza się słupa i balansuje na grzbiecie zwierzęcia wśród okrzyków wtórujących mu rozentuzjamowanych rówieśników tak długo, aż zniecierpliwione stworzenie budzi się z ociężałości i wtedy albo śmiałkowi udaje się uczepić jakiejś belki podpierającej kładkę, albo traci równowagę i ląduje w błocie lub kałuży. Na górze zaczyna się wrzawa i rwetes. Zbiegają się ludzie. Trzeba malca wyciągnąć. (…)”

„ODPOCZYNEK” – Recenzja prof. Tadeusz Błażejewskiego( Uniwersytet w Łodzi) z tomu prozy „ Nigdy nie umieram”, która ukazała się wprawdzie bardzo dawno, bo w roku 1984 r.(krakowski tyg. „Życie literackie”, nr.40/1697). Dopiero obecnie, po dziesiątkach lat( 2013) przypadkowo ją znalazłem i pierwszy raz przeczytałem. Jest refleksją o człowieku, który dzisiaj mógłby się wydawać, absolutnie nie na czasie, kimś na życiowym marginesie, kiedy żyjemy zupełnie inaczej, w karuzeli, wręcz ukropie, rozpędzonego, wolnego kapitalistycznego porządku zagarniającego wszystkich zwłaszcza w orbicie naszego Zachodniego Świata. Dlatego nie oparłem się pokusie, aby ją udostępnić, choć sama książka może jeszcze przetrwała w jednej czy drugiej bibliotece.

Najnowsza książka Andrzeja Górnego składa się z dwóch rozbudowanych opowiadań, spośród których pierwsze, zatytułowane „Coraz bliżej”, okazuje się kontynuacją opublikowanej w 1981 powieści „ W podróży”. Rozgrywająca się w egzotycznej scenerii, powieść ta przypominała odwieczne problemy towarzyszące ludzkiej egzystencji. Najwyraźniej rzucała się w oczy sprawa przynależności do tego samego „ludzkiego rodzaju”, mimo wszelkich różnic, jakie dają się zaobserwować w ciągu długotrwałej podróży. Mamy tu do czynienia z czymś w rodzaju podróży w głąb człowieczeństwa z refleksją nad treściami składającymi się dzisiaj na pojęcie humanizmu. O powadze tej refleksji świadczyć może okoliczność, iż jako podstawę współczesnego humanizmu opisuje Górny wspólnotę ludzkiego cierpienia, takiego samego niezależnie od geograficznej szerokości. Andrzej Górny wydaje się być fatalistą, uważa, że człowiek nie jest w stanie zmienić niczego w tym wszystkim, co tkwi w nim i co jest na zewnątrz, a co „toczyć się będzie dalej tak jak musi”. Jednak w zrozumieniu sensu cierpienia dostrzega on nadzieję na ocalenie rodzaju ludzkiego.

Wykorzystując technikę monologu wewnętrznego, posługując się zapisem strumienia świadomości, stara się autor uchwycić rozmaite przejawy napięć emocjonalnych związanych z ludzką egzystencją. Oszczędne realia, ostrożna metaforyka, precyzyjny, funkcjonalny język opisu, wszystko to z nieczęsto spotykaną wśród przedstawicieli młodej prozy rzeczowością odzwierciedla ulotność, kruchość, bezradność, ale i niepowtarzalność istnienia. Bohater Górnego skazany jest na niemożliwe do wygrania ścieranie się z żywiołem w jakim się nieustannie znajduje. Końcowa metafora opowiadania „Coraz bliżej” ukazująca pływaka walczącego z oceanem, stanowi wymowny skrót podstawowego problemu tego pisarstwa. Bohater opowiadania już to wynurza się, już to bezsilnie opada na dno – i trwa to aż do zupełnego wyczerpania. Podobnie jak Syzyf marzy tylko o chwili przerwy , ponieważ „ bez względu  na to czy trawi ból czy rozkosz, zawsze czeka się na moment ulgi , na spokój i ciszę, chłód i cień w którym się odpoczywa.”

Nie spotkałem w tej prozie sytuacji w której odpoczynek wojownika miałby miejsce. Dopóki życie trwa nie wydaje się on po prostu możliwy.

Opowiadanie „Nigdy nie umieram” – bardziej realistyczne, rozgrywające się w typowych dla naszego kraju warunkach – podejmuje zbliżoną problematykę. Bohater-narrator, opanowany zdecydowanym poczuciem „Weltschmerzu” napotyka na swej drodze ludzi, którym życie niezależnie od wieku dało się porządnie we znaki. Usiłuje spełniać wobec nich rolę spowiednika, katalizatora, lecz nie zawsze się to udaje. Po prostu słowne wyrzucenie nagromadzonych od lat dokuczliwych spraw nie jest równoznaczne z ich zniknięciem. Ulga, jeśli się pojawia, może być tylko chwilowa. Rzeczywista więź pomiędzy ludźmi nie trwa długo. Nie pomaga również świadomość tego, co łączy, a co dzieli. W ten sposób życie realizuje się bez przerwy – uogólnia narrator – zaś powiązani ze sobą na tysiące sposobów ludzie miotają się między akceptacja a wzgardą.

Nastrojowość prozy Andrzeja Górnego polega na połączeniu codziennych realiów ze zdecydowanie wykraczającą poza nie uczuciowością, cechująca wszystkie pojawiające się tu postacie. W tej szczególnej atmosferze łączą się sprawy minione z aktualnymi, wspomnienie towarzyszy wybiegającej w przyszłość nadziei. Narratora fascynuje logika życia, ale z potocznym rozumieniem logiki nie ma ona wiele wspólnego. Sens życia pozostaje nieuchwytny. Wykracza poza codzienne wyobrażenia. Wtedy ratunkiem niejako staje się zmysłowość, poczucie biologicznej łączności z Naturą.

„…wiedziała znowu, że ma brzuch, nogi, piersi i jest w tym utajona siła zdolna porazić. To wystarczyło jej ,aby przekonać się, że istnieje świat, wielki, ogromny, ponad nimi, który daje znać o sobie poprzez to, czego chcemy, do czego gotowi jesteśmy wyciągać ręce. Bo przecież wiadomo, że przyjdą chwile, kiedy da znać o innych swoich wyrokach – ale czy tego nie widzi się dosyć wokół siebie na co dzień, czy nie czuje się tego na każdym kroku?”

Wtedy ta proza staje się sensualistyczna, rozpoznawalna niemal dotykiem i powonieniem. Górny bowiem emocje metafizyczne objawia przy pomocy konkretu, szanuje najmniejszy szczegół, jakby istotnie chciał uchwycić i zatrzymać ulotna materię życia.

Strudzony bojem z ułudą świata narrator-wojownik dochodzi w rezultacie rozmaitych doświadczeń do przekonania, iż zazna ukojenia dopiero wówczas, gdy posiądzie własną prawdę o świecie. Nie chce bowiem oglądać się na innych, zwłaszcza na tych, którzy chętnie występują w czyimś imieniu, którzy zawsze mają coś do powiedzenia. Jakąż tedy prawdę o świecie zdobywa w końcu bohater opowiadania tytułowego? Prostą bardzo i dość odległą od metafizyki: nie chcieć niczego ponad to co jest; ponad to ,co oferuje życie. Inaczej mówiąc pogodzić się z prawami życia, nie wymagać więcej od bliźnich, niźli od siebie samego. Rewelacji, rzecz prosta, prawda owa nie zawiera, znana jest od tysiącleci. Rzecz jednak w tym – daje do zrozumienia Andrzej Górny – że każdy musi sam ją odnaleźć, na własny sposób i na własny użytek. Dopiero wówczas odpocznie.