Krew

Krew

Oficyna Opcja,
Poznań 1991

Powieść powstała na kanwie wydarzeń Poznańskiego Czerwca 1956 roku. Napisana w latach 1983 – 1986 nie mogła znaleźć wydawcy w latach osiemdziesiątych, choć wydawnictwo, które ją odrzuciło, po zmianach politycznych, jakie w Polsce nastąpiły, przeprosiło za to autora w 1990 roku. Udało się opublikować jedynie kilka małych fragmentów w miesięcznikach „Więź” i „Kultura niezależna” (2-gi obieg, poza cenzurą) oraz w „Przewodniku katolickim”. W kilku innych wypadkach cenzura nie zgodziła się nawet na publikację wybranych fragmentów („Tygodnik Powszechny”, „Wprost”). Całość powieści ukazała się w 2-im obiegu w Wydawnictwie Pomost w Warszawie na początku 1989 roku  dzięki inicjatywie prof. Edwarda Balcerzana i, związanego z Wydawnictwem Pomost, prof. Janusza Sławińskiego; a już oficjalnie w 1991r. w Oficynie Wydawniczej Opcja w Poznaniu.

Wydawnictwo PoMOST,
Warszawa 1989

Przedstawiony „Zapis drugi” jest fragmentem, który w trwającym aktualnie urzędowym szaleństwie lustracyjnym przywołuje obraz lustracji prawdziwie ludzkiej, wynikającej z innych zupełnie potrzeb niż urzędowe – bo z osobistych lustrującego się przed sobą.
Oficyna Opcja, Poznań 1991.

ZAPIS DRUGI

„Krzyk zaciska mu gardło, dławi, spycha w siebie głęboko, jakby tam w środku nie było żadnych granic i można się tak cofać bez końca. Nie umie zrobić ruchu do tego, co jest, na co patrzy, ku czemu można sięgnąć ręką. Jakby oddzielała go naprawdę tylko cisza. Ale nie potrafi tego wypchnąć, wypluć czy wykasłać. To jest mocniejsze niż wszystkie siły, które ma w sobie, które nagle nic nie znaczą. Jakby był po drugiej stronie ciała, skąd może na nie patrzeć i boleć nad sobą, być blisko i jeszcze się zbliżać. (…) Może zawołać: Mamo! Może zawołać: Tereso! Może powiedzieć: Władku, bracie, co ty zrobiłeś? O co tak naprawdę zapytać go już nie można, bo on już słowa nie wypowie, ruchu nie wykona. A matki i tak nigdy potem nie miał odwagi męczyć pytaniami. Choć widział jak marnieje bez najstarszego syna. Jak zawija się żałobne woalki, zasnuwa w czerni, niczym mumia za życia. Mógłby też wołać: ojcze. Choć on już tyle lat nie żyje. (…) Leży na posadzce. Z jednej i drugiej strony są ściany, wysoko w górze sufit – i tam na końcu otwarte drzwi. Chciałby podnieść głowę i spojrzeć na nie. Bo pamięta, że szedł tym korytarzem, żeby dojść do drzwi i przejść na druga stronę do swoich. (…) Wykręca w lewo, w prawo i patrzy tam ku jasności za głową w górze, która rozprasza szarość po bokach, w kątach. Kiedy się dobrze wpatrzy, widzi jak to jest daleko i wysoko, jakby przychodziła nie z półpiętra, lecz rzeczywiście z nieba. Jakby to był ten ognisty krzak na górze, który w oczy raził i robił każdego maluczkim, żeby padali, klękali. (…) Teresa, gdyby stanęła nad nim zakryłaby od razu twarz i niczego by się nie dowiedział. Płacz, płacz. I ani słowo nie wydobyło by się z ust. Zawsze mówiła, że brak jej słów, kiedy słyszy o jego rodzinie. (…) Dopóki miała nadzieję, mówiła: Wyprowadźmy się. Weź przeniesienie. Nawet ci Twoi będą zadowoleni, że chcesz z tego miasta wyjść, że masz dość wspomnień ojca, który nie żyje, i brata, który nie żyje i tego, że żadnej z tych śmierci nie można wyjaśnić, wskazać winowajcy. I została matka, która bez przerwy w czarnym chodzi. Niech to będzie dla nich jasne, że trudno ci w tym wytrzymać i chcesz żyć inaczej. (…)
(…)Więc uderzył jeszcze raz. Tak. Uderzył w twarz i nic potem nie powiedział. Tylko uderzył jeszcze raz. Z całej siły. Żeby nie było żadnego tłumaczenia, przepraszania, nawet płaczu. Żeby była cisza, po której nie da się powiedzieć nic. Bo nie mógł mówić o zdradzie. To by nie przeszło przez gardło. To musiało być obmurowane milczeniem – jak murem. (…) Nie po to walczył ojciec i brat o Polskę Ludową, żeby się skazywać samemu dobrowolnie. Nie było żadnej zdrady i na każde takie słowo może być tylko milczenie. Już go więcej nie próbowała namawiać. Ale widział w oczach pytanie: Jak długo wytrzymasz. Jak długo będziesz milczał – udawał, że to nie twoja sprawa co zrobili z ojcem, co się stało z bratem. Wierzysz, że ciebie nie zrobią takim samym i ktoś nie zapyta w urzędzie, jak to możliwe, aby być tak blisko, aby ocierać się na co dzień i nie mieć z tym nic wspólnego? Żałuje, że nie odpowiedział, tak jak teraz to mówi czy szepce, czy tylko myśli: Na zawsze. Na zawsze… (…) i każdemu powie co musi – jeśliby żądano, jeśliby nawet skazano. Jak ojca za zdradę, której nikt nie udowodni. Bo policji nie podał żadnego z tych, co spotykali się z nim przed wojną w Dębinie nad Wartą i czytali Manifest. Och, miałby teraz siłę, aby powiedzieć Teresie – jak wierzy. Może by go zrozumiała, że on niczego się nie boi. Nie przeznaczenie będzie nimi rządziło, lecz rozum, to co sobie wybiera, co jest słuszne. I nie pomyli się, choćby tu leżał tak długo, że w końcu straci pamięć od tego leżenia. (…) Teresa by mu powiedziała: Widzisz, zrobili z tobą, jak z ojcem i bratem. Tylko, że sprytniej, mądrzej. Strzelili jak do obcego, jak do wroga, bo byłeś po drugiej stronie ulicy. Nikt nie udowodni. Już nie dojdziesz. Już się stąd nie wywleczesz. (…) Tereso – powiedziałbym do niej – bez względu na to co zrobią, jak myślą i kto to jest – muszę tam być, wydostać się stąd, przejść ten długi korytarz. I wiem, że trafię. Nie pobłądzę, bo na końcu jest jasno, słychać szum, wrzawę, głosy i są strzały. Jakby witali. Na wiwat. Z niczym tego nie pomylę. Gdzie indziej nie pójdę. Tereso… (…)
Kiedyś mówił do Teresy, że jeżeli ma coś ważnego do zrobienia, musi długo czekać, aby tej ochoty się w nim nazbierało i żeby samo go potem popchnęło, jak ciężar pcha z góry w dół. Prawda też tak musi zabierać człowieka: bo jest mocna i da sobie radę, jeśli się nawet boisz, już nie możesz albo cię boli… Teresa odpowiedziała: Mówisz jak matka o twoim ojcu. I to jest prawda. Matki nie interesowały dowody, świadkowie, czy się to wszystko zgadzało. Wystarczyło, że ojciec milczy, wcale się nie broni. Jego socjalizm nie może oskarżać, to musi być jakaś pomyłka, tak powiedział matce. Teresa rzuciła: chcesz umrzeć jak on, zmarnieć jak człowiek, któremu się nic nie należy. (…)
(…) – A ja pokażę, że zdrady nie było i nie będzie nigdy. Nie będę głowy chował w piasek. – No to uważaj. Uważaj… – Teresa płakała. A potem jeszcze raz przypada do niego. – Poproś. Pojedziemy. Zgodzą się. Zobaczysz jacy będą zadowoleni, że chcesz zerwać ze wszystkimi. Socjalizm nie kończy się na tym mieście. – Ale tu dla nas się zaczął. (…)
(…) – Wiesz, Tereso, brat się zabił, bo mu nie wierzyli. On nie pił. Nie wypił wtedy w kasynie ani grama. To przez ojca tak się pilnował. Wiedział, że musi, że jemu nie wolno. Ani cienia nie może być. Nic. A kiedy zrozumiał, że trudno być mu komendantem, jeśli ktoś z rodziny skazany, wyszedł wieczorem na podwórze i strzelił. Z jego pistoletu była kula. Jak bez wiary można żyć, Tereso, jak? Jeśli nie wierzysz, to jak żyć? No, Jak? (…)
(…) Palce wciskają się pod biodra z jednej, potem z drugiej. Głęboko. Żeby mokro było wszędzie. A on wtedy przesunie się jak ślimak po mokrej trawie. Rozsuwa szeroko ręce, dłonie zapierają się, gdzie jest jeszcze sucho. Tak. Krawędź stopnia twardnieje boleśnie i przez chwilę jest miękko w tej ciszy. Jakby uginało się w nim wszystko przed tym, co jest nieznośnie obce aż do bólu. Głowa przesuwa się powoli w górę, gdy krawędź schodzi po karku w dół jak nóż. (…) Udało się. W pierwszej chwili nie wiedział czy to z bólu, czy naprawdę daleko przed nim zalśniło bielą i czerwienią jakiejś wstęgi. I rozpłomienia mu się ta wstęga w oczach aż do krzyku, który w nim jest. I zaraz znika. (…) Nie musi być niczego innego, co by przynosiło ulgę, wytchnienie. Co by mówiło: człowieku nic już nie musisz, nigdzie nie pójdziesz, zapomnieć możesz o wszystkim – jest tylko ta biel i czerwień ciągle się rozpromieniając w tkliwości serdecznej i jedynym bólu, jaki jest jeszcze gotowy czuć, do jakiego przyznasz się jak do łaski najdroższej. Choć może nie wiesz czyja to łaska – tych ludzi, którzy idą tam po drugiej stronie tej jasności i nie wiedzą, że tobie ją ofiarowali. A może są jeszcze jakieś inne obrazy, których nie możesz tu zobaczyć, inni ludzie, którzy przecież byli i rozpłomieniali się razem z twoim ojcem i z tobą tak czerwono, jakby cały świat się palił. Tak krwawo, jak tylko jasność i biel potrafią się nasycić czerwienią wszystkich sztandarów, z którymi szli nie jeden raz przez te wieki. O, tak. Szli całymi brygadami na pola łopocząc sobie nad głowami i śpiewając. Pamięta ten snopek zboża przepasany czerwoną wstęgą jak szlacheckim pasem. O jakże chciałby wypowiedzieć to zdumienie dziecka, które patrzy na jeden wielki obraz czerwieni.
Pamięta jak wyjeżdżali w pole, proporczyki furkotały za plecami jakby byli lekką kawalerią, a chłopi stali i żaden się nie ruszył. Żaden nie machnął ręką, tylko stali i patrzyli. A oni mieli w sobie tyle radości, tyle ochoty, żeby im jeszcze przed nosem tymi proporczykami pomachać. Niechby zrozumieli, że nic się za nimi nie kryje, że to tylko oni, młode kilkunastoletnie chłopaki. Przyjechali te pola niczyje obrabiać, bo jedne obok drugich są i trzeba, żeby odłogiem nie leżały. Potem pamięta Dzięgiela, jak bierze proporczyk, idzie do tych chłopów i przy nich na granicy wbija w ziemię na znak powitania, zgody, żeby lody przełamać. Oni dalej bez jednego ruchu stoją i patrzą. Ani słowa, ani gestu. Nic. Nic. Więc puścili te nowiutkie unrowskie traktory w ruch. I ten warkot to był ich następny argument. Potem śmiali się i obejmowali, że to my się ruszamy, my jeździmy i pracujemy, a tamci jeszcze stoją. I wiedzieliśmy, że wygrywamy, bo oni wreszcie będą musieli pójść na te swoje pola obok. Przestaną w końcu patrzeć, a na następną jesień ziarno nasze i ich spotka się. I nikt nie pozna, które było ich, a które nasze. Będzie go po prostu więcej. To była nasza radość, nasze zwycięstwo. (…)
(…) A matka zaraz: – A moim znakiem jest czarny. To jest cała moja radość, z którą mogę chodzić, nie kryć się. Wszędzie mogę z tym iść. I nikt mi nic nie powie, choćby nie wiem co miał w oczach. Przecież nie mogę iść na zebranie naszego popu i powiedzieć teraz, jaki ojciec był dobry, jak walczył o to, o co wy walczycie, kiedy was jeszcze nie było. I tego wszystkiego nie było: waszych stopni, stanowisk i naszych domów. Nic. Nędza i poniewierka. (…)
(…) Niech się dzieje co chce… Może już nie patrzeć, nie wysilać oczu ani trzymać głowy na tym stopniu. Może nie widzieć nic. Cisza rozepchnie to wysoko, daleko, głęboko. Żeby nic nie przeszkadzało. Będzie taki chłód i cień, żeby nie chciało się pić – i lekki szum, aby nie słyszeć hałasu, który gdzieś tam jest. Jak w lesie. Jak w lesie będzie. W lesie, w którym idzie. W którym już szedł. I za rękę trzymał go ojciec. I było rzeczywiście cicho. To wtedy usłyszał, że byli zabici. Rok 1926. Tylu zabitych. Setki. Jakieś nazwiska, imiona. Ojciec mówił i powtarzał wolno, wyraźnie kolejarzowi, z którym szli do leśnej bocznicy, gdzie pracował przy drzewie. I ci zabici, i te nazwiska z tych wszystkich lat, których nie znał, układały mu się razem jedno na drugim czy też obok drugiego; w każdym razie wysoko, co raz wyżej w taką budowlę, jak ten las wokół. Poważny i dostojny las. Kolejarz pytał, kto przebaczy? A ojciec nie mówił nic. On wtedy patrzył na każde drzewo z osobna, jak stoi prosto, cicho i świeci w górze czarną koroną w jaskrawym świetle dnia. I czuł jak ten las pachnie. Jak ten zapach rośnie, kiedy oni tak szli i nic do siebie nie mówili. Nie wie, co się z tym stało. Bo w końcu nie mógł by oddychać, gdyby to trwało dużej. Czy to jednak jest możliwe, aby pamięć była taka dokładna? A czy las w ogóle może pachnieć z taką siłą, że człowiek już tego nie chce, że chciałby to przerwać, powiedzieć: nie, nie, nie… Tereso, Tereso, wiem, że do ciebie mogę mówić, choćby ciebie nie było do końca, choćbyś nie wróciła. Tereso, tego nikt nie zabroni. Będę do ciebie mówił. Niech tam walą do końca, niech biegają i krzyczą na tej ulicy. Niech strzelają do ostatniej kuli… (…) Powiedz, czy słyszysz? Bo sam siebie nie słyszę, ale wiem, że mówię do ciebie, że nie przestałem.