O OBŁĄDZENIU – MOŻE Z KONIECZNOŚCI, BO INNYMI NIE POTRAFIMY BYĆ?

Ambona ludu Wojciecha Kuczoka w reżyserii Piotra Kruszczyńskiego w Teatrze Nowym w Poznaniu.

Jaki to las, chce mi się od razu pytać, bo przed nami na scenie sterczą gęsto tylko kikuty ogołoconych z liści brzóz i na dodatek jakby z różnych wiekowo lasów. A całe bogactwo listowia widać że opadło dawno i wygląda, że są to już raczej leśne śmieci walające się na ziemi, i jeszcze zadeptywane, czy mimowolnie przekopywane nogami ludzi łażących bez przerwy w tę i z powrotem, jakby nie mieli innego sposobu na zadomowienie; i jest tak wszędzie, bo wszędzie ten sam las, i to samo każdego własne życie. Z konieczności łażą szukając odpowiedzi, co by utwierdziła w tej, należnej jakby z przyrodzenia, samowiedzy. Jest tych ludzi nurkujących i poniekąd błąkających się w leśnej gęstwie życia sporo. Tak zarysowująca się bardzo nietrwale społeczność leśnego życia, skazana jest na ciągłe szukanie kontaktu, a w warunkach w jakich ich egzystencja się dokonuje, wygląda to dość dziwnie. Bo drzew tu bez liku, i najczęściej tylko migoczą sobie między nimi, przystając, lub potykając się o siebie i każdemu coś się udaje na moment widzieć, czy powiedzieć dosadnie, choć za chwilę już w innych są okolicznościach. Więc czy zdążą się zestroić tak naprawdę jeden z drugim? Czy jest szansa na jakieś rzeczywiste wspólne razem – i naprawdę im o to chodzi? Bo to że często zostaje się tutaj samemu – to jedyne, czego można być pewnym. Więc przede wszystkim w swej własnej racji chcą się umacniać, lecz ze względu na to, że sytuacja tak ciągle inna, nieoczekiwanie każdemu w gęstwie leśnej się sama nawija trudno żeby coś konstruktywnego, trwałego mogło się między nimi rodzić i stąd praktycznie na nic przygotowanym właściwie się nie jest. Chociaż jednocześnie toczy im się życie na ogół bez wielkich zmian, ciągle tak jak było wczoraj czy przedwczoraj, tym bardziej, że jest się przynajmniej w podobnych warunkach, czyli dokoła zawsze tylko las, w który trzeba brnąć, to znaczy przemykać się między drzewami. I każdy pozostaje ze swoimi przypadłościami, choćby urazem zwykłym czy kalectwem. Nazywa się to w końcu swoim losem, podnosząc tym samym swe życie do godności, i chyba w aurze takiego myślenia lepiej im się znika w leśnej gęstwie, tyle że pozostaje jakiś ślad, co z pamięci trudno potem szybko usunąć. – Nie inne, jakby dostosowujące się do tych warunków, są potem ich kontakty, czy wzajemne odzywki, często lakoniczne, krótkie, rzucane w leśną ciszę, nawet czasem bez oczekiwania na odpowiedź, a tym bardziej satysfakcję. I staje się to gadanie trochę powoli „od Sasa do Lasa” – bo po prostu słowem takim, co w danej chwili do głowy jednemu czy drugiemu przyjdzie, więc dłuższego żywota nie będzie miało, i obce pozostanie, choć powiedziane zostało. I znaczenia, czy wartości w tym tyle, ile w samotnym łażeniu ta swoboda myślenia jednemu czy drugiemu będzie przynosiła – bo przecież za chwilę każdy już gdzie indziej, jeśli nawet nie fizycznie, to myślami na pewno coraz śmielej, bo gęstwa dokoła sprzyja. Więc niekończący się z tego zamęt, żadnego porządku, ani śladu hierarchii, a więc i ładu. Wystarczy wtedy tupet, bezczelność tego czy owego, i tym zaskoczy jak racją – tych, którzy czego innego oczekiwali. Pozostają wtedy tylko nieustające próby sklejania rozklejających się myśli, skojarzeń. Można jednak sobie powiedzieć, że złego za wiele w tym być nie może, co najwyżej po swojemu każdy będzie to rozumiał, a gęstwa leśna dokoła wszystko wchłonie. Ale w sumie kocioł gadania zdąży się zrobić strasznie mylny, do bezsensu zrównując rzeczywiste różne znaczenia Wtedy uparty może iść w tak zwaną „swoją stronę”, i znika jeden drugiemu między drzewami. Trener (Aleksander Machalica) w swym wędrowaniu będzie czuł, pomimo wszystko, że jest po swojej stronie, i rozmowa żadna. Nie naruszy zamknięcia w sobie, co go broni; i taki jest jak w twierdzy, kiedy wędrując po lesie, ma głębokie poczucie swojej pewności siebie, choć z trudem mu się chodzi. Zdarza się, że ktoś jakby po łebkach zdarzeń barwnego dziania się będzie skakał, jak Dziennikarka (Karolina Głąb): od zdarzenia do zdarzenia – jak w przygodę, rzec można, i w swoistym słowotoku popłynie, niczym w szybkim filmie, by uczestniczyć w tym co z daleka widziała, gdzie była, lub tylko słyszała, i wszystko to razem u niej się łączy, niesie się jej szybką mową, jak do tańca, wynosząc ponad jednostajne leśne życie, i przynosi złudzenie osobności, czy wyzwolenia. Przychodzi nawet chwila, że ni stąd ni zowąd pocałuje nagle, bo czar życia przy każdym jej kroku może się zdarzyć, w jej zawodzie tym bardziej. Jest też Urzędnik (Zbigniew Grochal), chce mocno zaistnieć, i nachodzi go, żeby zrobić coś pozytywnie nagle dla innych, choć to jedynie ochota i zamiar, bo w istocie nic z tego nie wychodzi. I każdy swój monolog ciągnie, choć powtarza też innych. Jest zapalony miłośnik boksu (Marcin Kalisz) ćwiczy energicznie sprawność sam ze sobą by przekonać siebie w jak świetnej jest formie, by dać sobie poczucie prawie już odniesionego zwycięstwa, choć żadnej walki jeszcze nie było; Aktorzyca (Maria Rybarczyk) prześladowana dolegliwościami, a jednak w końcu przymierza się do postaci Racheli z „Wesela”, zapewne by poczuć się także, jak tamta, władczynią wyobraźni, co ponad rzeczywistość wzlatuje, choć widzimy ją w istocie ciągle w lesie pogrążoną po uszy, jak inni. Na ogół zresztą owi mieszkańcy lasu ze swadą, czy z pretensjami wobec życia, usiłują się po równi odnaleźć w gęstwie leśnej, by koniecznie się zadomowić, nie bacząc na swe uplątanie, co i tak stanowi o ich życiu, bo alternatywy tak naprawdę wcale nie widać. Można by nawet powiedzieć, że ,siłą rzeczy, ten las w jakim są pogrążeni, jest właściwie nieprzenikniony, choć niby swobodnie w nim łażą. My jednak czujemy tymczasowość tego co widzimy, co dzieje się na każdym kroku, i odkrywamy z wolna iluzoryczność ludzkich działań, czy także wyobrażeń o sobie, swojej sytuacji. Może dlatego sytuacje w tej leśnej gęstwie kierują ich siłą rzeczy tak często do siebie samych, bo wszystko dość przelotne, i zawsze nie do końca. Prześwieca wprawdzie cały czas między drzewami, w głębi, ambona leśna, nie żeby z niej strzelać do zwierząt, lecz żeby umożliwiać wgląd w leśne życie, by je badać, doszukiwać się w nim miejsca dla siebie, czy to gdzie oni są, jest naprawdę takim, jak to widzą. Początkowo widać, że ktoś tam raz po raz na górę jeszcze wchodzi, ale żadnych, widomych dla nas znaków, że bezład toczącego się życia można dzięki temu ogarnąć, i nadać biegowi rzeczy docelowy budujący sens. Ten las życia, ciągle utwierdza w tym samym, bo jest zbyt gęsty, rozległy, i są w nim tylko trochę inne widoki, w innym miejscu ale spotkania, konfrontacje – w istocie podobne, a ich sens pozostawia uczestników w samotności swoich poszczególnych działań, i tym samym w ogólnym błądzeniu jak chodzą i co mówią. Choć znajdzie się znowu taki, co nagle się podrywa by przerwać bezwład czy stagnację. Z tym że odruch ten stał się już do pewnego stopnia rutyną. Ale trudno, chce się ruszyć z miejsca, i choć dyrektor teatru nie kryje zdystansowania (Waldemar Szczepaniak) pojawia się Reżyser (Mateusz Ławrynowicz) elokwentny, czarodziejsko sugestywny wizjoner, od razu zapowiada swe działania, jako ciąg atrakcyjnych zdarzeń, co przydadzą dynamiki ich widzeniu i sama rzeczywistość zatętni prawdą porywającą człowieka bez reszty! Ale i z tego nic nie wychodzi. Widzimy zresztą, że niektórzy dają sobie raz po raz chwilę relaksu i na swój sposób biwakują; leżakując, mając chwilę luzu w leśnej głuszy, nawet wobec własnego narzekania. Ale nie jest to odpoczynek, który człowieka pozytywnie ładuje; są to jedynie chwile bezwolności, a głusza wokół tylko ucisza i jeszcze bardziej spowalnia, a nie usposabia do działania. (wyraźnie daje nam to poznać Terapeutka Małgorzaty Łodej-Stachowiak) A kiedy pojawiają się momenty wigoru, zdawałoby się chwile bliskiego kontaktu, nie prowadzi to do rzeczywistej komunikacji, do istotnych rozmów, czy choćby zwykłych refleksji, wynurzeń o sobie czy sytuacji. Pozostają nam w pamięci jedynie postaci ciągle migoczące między kikutami drzew, pozbawionymi swej naturalnej urody. A u tych pojawiających raz po raz na ambonie – bo można ich dostrzec między drzewami – także cisza kompletna. W istocie wygląda na to, że kontakty z drugim są najczęściej jedynie pretekstem, by wyrzucać ze siebie to co najłatwiej przychodzi na myśl, i stanowi to odpowiedź w gruncie rzeczy dla siebie, pozwala utwierdzić się w tym, na czym każdemu z błąkających się w lesie życia po prostu bardzo zależy, to znaczy żeby wywrzeć wrażenie jak nie na drugim, to koniecznie na sobie i tworzyć złudzenie, że wcale nie jest się bezwolnie błąkającą się osobą.

W sumie widzimy na scenie obraz życia na podobieństwo jawiącego się majaku, który jest niby czymś zupełnie normalnym, i wszystko staje się dla nas jasne dzięki temu, że przedstawienie jest precyzyjnie dopracowane do realistycznego szczegółu przez reżysera, Piotra Kruszczyńskiego, i cały zespół aktorski. Ogromnie celne przedstawienie, rezygnujące z typowych walorów z reguły budujących teatr na scenie. Bo tym razem teatr skazuje się w przedstawieniu konsekwentnie, i dosłownie, na wręcz nieteatralną prostotę, czyli tak zwaną „szarą rzeczywistość dnia”, na to rozmazanie ludzkiego dramatu co nie bardzo jest zdolny złożyć się w całość, którą chcielibyśmy rozumieć czy kochać, albo być przynajmniej blisko, łączyć się z nim drżeniem serca – a w dodatku zaprawione jest to jeszcze rozchwianiem języka , z którym w tym scenicznym lesie poczyna sobie zuchwale ludzka głupota wynosząca się na wyżyny, które w istocie dla niej nie są osiągalne. Tym bardziej na ambonie, gdzie niektórzy dostąpili tej możliwości, a oni po prostu milczeli! Nie byli w stanie niczego sensownego powiedzieć o tym co widzą. I tak otrzymujemy obraz tego co się dzieje właściwie na granicy, z pozoru, niewinnego koszmaru, który objawia się nam tak bardzo wstrzemięźliwie. Autor dał tu teatrowi świetny materiał do roboty, gdy oto zwyczajność dezorientując swą pewnością siebie, podnosi głowę by urastać do roli bohatera na co jednak zupełnie nie ma szans. Musiał więc zdarzyć się w przedstawieniu moment, kiedy Teatr wymierza tej rzeczywistości krótki, choć należny policzek, sygnalizując sprawiedliwą ocenę na jaką trzeba się zdobyć, nawet jeśli się wydaje, że jest już za późno. I tak się po części stało. Policzek ten został wymierzony nie na końcu przedstawienia, lecz błysnął nagle zaskakująco w gęstwie leśnego życia i to właśnie z leśnej ambony, gdzie znalazła się w pewnej chwili wreszcie kompetentna osoba, bo pani Profesor Danieli Popławskiej, relacjonująca wyniki swego badania społeczności w tramwaju wygłaszanego, jak słyszymy, z całą naukową pedanterią. Ale w czasie tego szczególnego sprawozdania Pani Profesor traci powoli przekonanie, że jej analityczny opis jest wystarczający, że coś istotnego załatwia i nie rozmija się bezradnie z tym wszechobecnym na scenie całkowicie rozlazłym szaleństwem rzeczywistości. Ona rozumie już, że co innego powinna była powiedzieć, że zawiodła jako badaczka rzeczywistości społecznej. Więc powoli milknie i już tylko patrzy na nas, zapadając się jeszcze w sobie, dosłownie kurcząc się na twarzy – i to stało się nagle mocnym w nas uderzeniem. Bo przecież nie było się gdzie cofnąć przed jej twarzą. I miało się wrażenie, że niby tylko nas prosi, abyśmy zrozumieli, i jej wybaczyli, że swej roli nie dopełniła, a my wreszcie pewni tego, co należy sobie powiedzieć o tej rzeczywistości i zrobić coś, aby było inaczej – kiedy my niczego przecież zrobić nie potrafimy! I trzyma nas długo tak wzrokiem w swoim bezsilnym milczeniu, na miarę bezwolnie upadającej w jej oczach rzeczywistości. Choć Pani Profesor ciągle jeszcze na nas liczy, że dotrze przynajmniej tą bezradnością i rozpaczą, tak jakby należało. To niezwykła chwila aktorstwa Danieli Popławskiej, aktorstwa żywego człowieka, który chciałby sprostać, a jest z nami blisko i objawia właśnie dziwną, niezwykłą siłę swej bezradności – że nic nie może poradzić, że upada razem z tym wszystkim o czym mówiła i przeciwko czemu jest.

Teatr Nowy w Poznaniu: Ambona ludu – Wojciech Kuczok.

Reżyseria i opracowanie tekstu: Piotr Kruszczyński; dramaturgia: Michał Pabian; scenografia, kostiumy, reżyseria świateł: Mirek Kaczmarek; muzyka: Paweł Dampc.; asystent reżysera: Krzysztof Weber; asystenci scenografa: Sandra Stanisławczyk, Krystian Szymczak (Uniwersytet Artystyczny w Poznaniu); inspicjent: Józef Piechowiak.

Premiera 17 grudnia 2016.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.