WIŚNIOWY SAD, CZYLI OPOWIEŚĆ O CZASIE

Wiśniowy sad A. Czechowa w reżyserii Izabelli Cywińskiej w Teatrze Nowym w Poznaniu.

Kiedy „jeszcze nic się nie dzieje”, patrzymy na elewację domu od wewnątrz. Za przeszklonymi drzwiami ciemna gęstwa, i wysoko ponad, oplatające nieomal po horyzont, gałęzie drzew rozwichrzone, czepliwe i takie zastygłe w znieruchomieniu. Dopiero kiedy przyjadą, wszystko ruszy, przyśpieszy. Dopiero człowiek wniesie tutaj sobą czas i zacznie się dziać. Tę wstępną granicę Izabella Cywińska zaznacza wyraźnie, dobitnie – i dzięki temu początkowy, nieruchomy obraz przedstawienia tkwi przed nami tak mocno, jakby na wieki, jakby istniała tylko moc trwania, a czasu nigdy nie było i nie będzie. Tymczasem przepływ życia Raniewskiej i jej rodziny, których chwilę później w domu rodzinnym po przyjeździe z Paryża zobaczymy – od razu daje się to zauważyć – niesie się prawem zupełnie innym, jest dyktowany wyłącznie przez nieustająco ulotne chwile wyrażanych myśli i uczuć postaci, ich oczekiwań, nagłych konstatacji, doznawanych radości i zawodów. Dzięki temu rzeczywistość tych postaci jest nacechowana szczególnym napięciem. Wszystko co widzimy na scenie, choć obecne, w każdej chwili może tego nie być i stać się może zupełnie inaczej. Aura czegoś nieoczekiwanego zdaje się skrycie naznaczać i nawet podważać realność potocznego biegu życia, toczącego się na naszych oczach cały czas. Zwyczajność staje się na swój sposób niezwyczajna i tym bardziej przykuwa naszą uwagę. Ten charakterystyczny i tak istotny rys dzieła Antoniego Czechowa znalazł w przedstawieniu poznańskim pełny wyraz. Znakomicie widać to u Raniewskiej (Antonina Choroszy), jej oczekiwanie na spełnienie, na co jest cała nastawiona, kiedy wróciła po latach do rodzinnego gniazda. Wszystko jest wtedy przygotowane w niej na otwarcie, nie wiadomo tylko, co konkretnie miałoby się zdarzyć, wypełnić ją, nasycić na tyle, by mogła po swoim długim oczekiwaniu osiąść wreszcie w sobie, a nie wychylać się niejako z siebie w oczekiwaniu na coś, co nie daje się namacalnie i trwale uchwycić, tak jakby tego pragnęła. I jak to w sobie zatrzymać – żeby było przekonywująco jej? Na długo, albo na zawsze? To pytanie jest na jej spiętej chwilami w delikatnym grymasie twarzy nie do końca dopowiedziane. Pewno dlatego czytamy to jako wyraz swoistego wyniesienia ponad realność życia wokół, i, jak najbardziej dotycząc, tylko Raniewską niejako „omywa”, do głębi nie przenikając. Takie niezaspokojone odpowiedzią pytanie odpycha wszystko inne, co rzeczywiste wokół. Przychodzi więc chwila – bo musi taka przyjść – kiedy za dużo zostało odepchnięte i ona chce raz po raz być znowu panią Raniewską po ludzku na swoim gospodarstwie. Kiedy Piszczyk (lldefons Stachowiak) prosi ją o rubelki, lekkim, oczywistym ruchem daje, choć brakuje na własne potrzeby rodziny. Leonid (Tadeusz Drzewiecki) po trochu skarbnik rodzinny, strofuje ją dyskretnie, ale jest, jak ta kropka w zdaniu, zawsze na swoim miejscu, aby wszystko pozostało w formie i pieniążki są dla niej, jak dotąd, choć wiadomo, zmienić będzie się musiało wszystko. Leonid, właściwie podległy Raniewskiej, jednocześnie promienieje łagodną stanowczością, dzięki temu budzi zaufanie; i to on przydaje po części rodzinie poczucie jakiej takiej stabilizacji, choć traci ona już realną podstawę. Lonia w istocie niewiele może – na przekór sytuacji jednak w swym spokoju zdaje się być przekonywujący, a chwilami nieomal władczy. Jej, Raniewskiej, otwarcie i oczekiwanie, zyskuje wtedy pozór wspierającego ją uzasadnienia, przykładowo kiedy Lońka podziwia stuletnią szafę czy mówi o sadzie, jedynym takim w guberni. Wtedy pojmowanie świata i swojej w nim sytuacji dla obojga postaci jest jasne: ważny jest tylko czas własnego przeżywania i można tak powiedzieć, że szczęśliwie się dopełnia. Dlatego, choć nic z tego nie przystaje do rzeczywistości, jej aktualnych problemów, pośród których na powrót się znaleźli, wracając z Paryża – oboje zamykają się w ich kontakcie pełnym pobłażliwości dla siebie wzajemnie, można by rzec, że poniekąd w zgodzie idealnej. Stając się szczególnie odpornymi na rzeczywistą sytuację wokół, nieodparcie skazują się na zgubę. Można wręcz powiedzieć, że moc ich czasu, tej ulotnej chwili własnej, jest tak ogromna, że momentami wymusza własną, naprawdę ludzką, pełną ułudy – chwilową rzeczywistość. I czuje się nawet momentami pokusę: czy nigdy nie może tak być, że odsłoni się i nam jako pełna realność?
Szansa na rzeczywisty ratunek dla gniazda rodzinnego Raniewskiej jednak się pojawia. Przynosi go ze sobą Łopachin (Sebastian Grek), potomek chłopów, którzy pracowali kiedyś dla rodziny Raniewskiej. Pozostała w nim pewna duchowa zależność, czy nawet zobowiązanie wobec jej rodzinnego mitu, i dlatego chce Raniewskiej pomóc. Za cenę wyrębu sadu i sprzedaży działek można by dom uratować dla rodziny, według jego pomysłu. Wówczas okazuje się, że Raniewska i Lońka czasu własnego, porządkującego im świat po swojemu, nie przekroczą. Nie chcą w sobie niczego naruszyć, choć oznacza to, że utracą rzeczywiste rodzinne gniazdo, jakim jest w całości. Okazuje się, że mit jest dla nich ważniejszy niż rzeczywistość. Tylko pozostając wiernymi ulotnym chwilom swego czasu uważają, że ocalą ich rodzinne gniazdo, i pozostanie takie, jak mają je w pamięci. Co im z tego, że ocaliliby dom, kiedy nie byłoby sadu; a ten trzeba wyrąbać, żeby podzielić ziemię na działki. Zostanie to zrealizowane tym bardziej, że to właśnie Łopachin – autor tego zbawiennego pomysłu – zostaje właścicielem jej rodzinnego gniazda. Sukces Łopachina odniesiony na licytacji, wiele w nim samym zmienia, wyzwalając go z duchowej zależności od Raniewskiej. Poczuł się po prostu panem, który może wszystko kupić; obwieszcza to głośno w uniesieniu, odkrywając się niejako sam dla siebie na nowo, a to chyba najważniejsze dla niego, jak to zwykle u człowieka. Odtąd nie ma już innego wyjścia. Widzimy na scenie walizki. Pojadą z nimi z powrotem do Paryża, tylko tam pozostaną nieodłącznie z rodzinnym gniazdem – całym, nienaruszonym w nich, tak jak każe pamięć.
Walizki mają własne, szczególne miejsce w działalności teatralnej Izabelli Cywińskiej. Trudno na moment przy tym znaku się nie zatrzymać. Pamiętam, rok 1982, jesień, czyli samo dno Stanu Wojennego. Wróciła z internowania. Teatr znowu działa. Jest jesień, premiera Wroga ludu Henryka Ibsena w jej reżyserii i koniec przedstawienia. Dr Stockmann przegrał, musi opuścić miasteczko, gdzie wszystko miało się zmienić. A na scenie stoi jego żona (Maria Robaszkiewicz) z walizką, sama; stoi nieruchomo i patrzy na widownię, jakby zdawała się na nich i przyznaje się do chwili słabości, bo tak naprawdę nikogo to nie omija. Widownia znieruchomiała, cisza, długo nikt nie klaszcze, potem słabo, powiedziałbym, że nieśmiało, ale wszyscy wpatrzeni w nią na scenie, są z nią razem, kiedy tak ciągle stoi na w słabym świetle, prawie mrocznym.
Patrzę na leżące na proscenium walizki, kiedy przygotowują się do podróży. I zaczynam rozumieć, że to nie jest przedstawienie tylko o przeszłości, to jest rozprawa z czasem, który tak jak ją, Cywińską, doświadcza nas wszystkich. Tak, rozumiem już, że kiedy Pietia Trofimow (Grzegorz Gołaszewski), choć głoduje, odmawia i nie przyjmuje pieniędzy od Łopachina, szczęśliwego, że mu się tak powodzi – i zwycięża, nie jest to tylko gest szaleńca. On chce być alternatywą wobec rzeczywistości, która zaczyna panoszyć się wokół. A nie jest to łatwe. Nie on jeden zresztą zostaje na marginesie. Zbyteczna zaczyna też być Szarlota (Bożena Borowska-Kropielnicka), guwernantka i sztukmistrz w jednej osobie ze swymi kameralnymi sztuczkami, które są zbędne, kiedy dwór się likwiduje. Z dzisiejszej perspektywy jesteśmy już o wiele dalej, wystarczy tłoczyć się w galeriach handlowych i innych super sklepach, i na dodatek unieść się na skrzydłach fantasy, czy postraszyć się oglądanymi filmami. Tam, u początku drogi, która się dopiero otwiera, wygląda na to, że Łopachinowi jeszcze zależy na wizerunku w oczach Pietii, na resztkach ludzkiej relacji między nimi. Choć małżeństwo jego z Warią (Gabriela Frycz), córką Raniewskiej pod koniec przedstawienia już nie budzi jego entuzjazmu. Tym bardziej, że Waria zaciśnięta niejako w sobie do ostateczności, w ten sposób dając stanowczy odpór przeciwnościom losu, w gruncie rzeczy ułatwia mu końcowy dystans wobec niej i pozwala milczeć. Wyrazistą i poruszającą postać stworzyła Aktorka. A przyszłą bywalczynię owych wspomnianych już galerii pachnących perfumami Chanel, i nie tylko, zapowiada swoim apetytem na wszystko młoda Ania Anny Mierzwy, lekka w sobie, gotowa od razu do drogi, choć wcale nie jest obojętna wobec rodzinnego miejsca, które zaraz opuści. Ale lekkość wewnętrzna pozwala jej godzić ze sobą wszystko w sposób właściwy dla niej. I tak, w tych własnych, ulotnych chwilach czasu niejako rozprzestrzeniają się te postaci, każda w sobie; brak kontaktu czy jego zaistnienie, jakby na równi znaczył. I kiedy Raniewska z rodziną wyszli, nowy właściciel zamyka drzwi. Patrzymy na puste wnętrze domu, na ciemna gęstwę za drzwiami w głębi, jak na początku. Ale teraz cisza, nieruchomość potężnieją nieodparcie w przestrzeni, wsparte tym co było, czego już nie ma. I nie musi być żadnego czasu, taka to potęga na naszych oczach. Sobie wystarcza.
Ale to tylko jedno zakończenie przedstawienia. Ono ma jeszcze drugie. Musi upłynąć jakiś czas, sekundy – bo człowiek zawsze jest osobno, sam dla siebie zostaje. I tak tutaj jest. Taki zapomniany przez wszystkich Firs (Michał Grudziński) służący rodziny od zarania, został w zamkniętym, opuszczonym domu, stoi przy drzwiach – i oto jego obecność jeszcze raz wtrąca się w to, co już się porządkuje w swoim wiecznym czasie.

Wiśniowy sad Antoniego Czechowa, Teatr Nowy im. Tadeusz Łomnickiego w Poznaniu.
Przekład: Jerzy Jarocki; reżyseria: Izabella Cywińska; scenografia i kostiumy: Katarzyna Adamczyk; muzyka: Jerzy Satanowski; reżyseria świateł: Prot Jarnuszkiewicz; konsultacja choreograficzna: Marta Szumieł; asystent reżysera, inspicjent: Iga Figiel-Idziak; asystent scenografa: Marta Wyszyńska; realizacja dźwięku: Piotr Piniewski, Michał Stryszyk; światła: Leszek Kargol, Krzysztof Wasielewski.

Premiera: 14 grudnia, 2013.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.