CZY WIELKA LITERATURA CZYNI NAS LEPSZYMI (22 lipca 2014 roku) / DOES GREAT LITERATURE MAKE US BETTER (July 22, 2014)

CZY WIELKA LITERATURA CZYNI NAS LEPSZYMI? (22 lipca 2014 roku)

Artykuł ukazał się w The New York Times, czerwiec 2013

Autor: Gregory Currie, profesor filozofii na University of Nottingham

Tłumaczenie: Agnieszka Szymkowiak

Zakładam, że wszyscy się zgodzą, iż styczność z wymagającą literaturą przynosi nam wiele korzyści. Jest to jeden z powodów, dla których potępiamy ogłupiające szkolne curriculum i rosnącą rolę internetu oraz jego hiper-linkowej kultury. Być może nie wszyscy czytamy wystarczająco dużo literatury, którą można nazwać wielką, ale odczuwamy poczucie winy jeśli tego nie robimy, w tym właśnie upatrując jeden z powodów, dla których dalecy jesteśmy od doskonałości. Czy czytanie o Annie Kareninie, Miasteczku Middlemarch czy dzieła Marcela i jego przyjaciół, nie rozwinęłoby naszej wyobraźni, bądź doskonaliło naszą moralność i społeczną wrażliwość?

Jeśli ktoś zażąda dowodów wspierających tę tezę, spodziewam się następującej reakcji: po pierwsze, dlaczego ktokolwiek miałby pytać o dowód na coś tak oczywistego? Po drugie, jaki konkretnie dowód byłby zadowalający? Odpowiedź na pierwsze pytanie jest prosta: jeśli nie ma dowodu – nawet niebezpośredniego – na cywilizującą wartość fikcji literackiej, nie powinniśmy zakładać, że w istocie taka wartość istnieje. Można założyć, że istnieją pytania, na które odpowiedzieć można w inny sposób, inny niż ten, który wymaga dowodu: np. zwyczajnie ufając, wierząc w prawdziwość danej tezy. Jeśli nawet istnieją takie pytania, nikt nie ma wątpliwość, że to pytanie zdecydowanie nie jest jednym z nich.

Jakiego rodzaju dowody moglibyśmy dostarczyć? Otóż można by posłużyć się konkretnymi przykładami naszych znajomych, którzy stali się bardziej dbali i mądrzejsi dzięki swemu doświadczeniu z literaturą. W zasadzie, sami jesteśmy takimi ludźmi, czyż nie?

Mam nadzieję, że nikt nie będzie tego kwestionować. Wszystko co wiemy na temat własnego pojmowania samych siebie sugeruje, iż tak naprawdę nie jesteśmy ekspertami w tej dziedzinie; dlaczego jesteśmy takimi, a nie innymi ludźmi. Idąc dalej; często bywa tak, że sami tak naprawdę nie wiemy jakimi właściwie ludźmi jesteśmy. Normą jest, że własne niepowodzenia spychamy na karb niesprzyjających okoliczności, natomiast błędy innych wynikają, według nas, ze złego charakteru tych, którzy je popełniają. Jednak wszyscy nie możemy być wyjątkiem potwierdzającym regułę (przy założeniu, że takowa istnieje), jakoby ludzie posuwali się do złych uczynków ponieważ są złymi ludźmi.

Jesteśmy nieudolni w identyfikowaniu powodów stojących za naszymi wyborami, tak samo jak przegrywamy w rozpoznawaniu wszystkich drobnych, balansujących na granicy niuansu, niezależnych od nas zmian w otaczającej nas rzeczywistości, które popychają nas do podjęcia takiej czy innej decyzji. Jeśli zaś chodzi o innych ludzi, czy możemy być pewni, że nasz inteligentny, społecznie rafinowany i hojny przyjaciel, który czyta Prousta, jest taki właśnie dzięki tej lekturze? Czy nie może być na odwrót: że to błyskotliwi, społecznie świadomi i empatyczni ludzie częściej niż inni znajdują przyjemność w obcowaniu ze złożonymi interpretacjami ludzkich reakcji znajdywanych w literaturze?

Istnieje również argument, który często daje się słyszeć po drugiej stronie, zilustrowany wcześniej tego roku w artykule zamieszczonym na stronie The New York Times; przypominając nam o wszystkich kulturalnych Nazi, Teju Cole zauważa przychylność czytającego nowele i poezję Prezydenta, który z ochotą podpisuje zgodę na cotygodniowe ataki dronów. Co, jak pyta, stało się „przechwaloną mocą sprawczą literatury w inspirowaniu empatii?”. Ciężko jest mi zaakceptować ten argument i to nie tylko dlatego, że z etycznego punktu widzenia, argumenty przeciwko dronom jeszcze mnie nie przekonały. Nikt nie powinien twierdzić, że styczność z literaturą całkowicie chroni przed pokusami z rodzaju tych na granicy moralności, lub że może uzdrowić tych naprawdę złych spośród nas. Mierzymy efektywność działania leków i innych medycznych zabiegów opierając się na wąskim marginesie zadowalających wyników, które nie byłyby widoczne gdyby nie zaawansowane techniki statystyczne; dlaczego zakładać, że efektywność literatury rządzi się innymi prawami?

Musimy sięgnąć poza odwoływanie się do wspólnych doświadczeń i wkroczyć na terytorium badań psychologicznych, tak dziś wyrafinowanych, i tam właśnie zgłębiać nasze założenia.

Psychologowie poczynili pewne starania w tej dziedzinie i jak dotąd, odkryto parę faktów; dowiedziono, że jeśli zaprezentować czytelnikom krótką, przygnębiającą historię traktującą o morderstwie dziecka, odnotują oni obniżenie nastroju, a nastawienie do otaczającego świata ulegnie pogorszeniu. Zmiany te, choć krótkotrwale, zmieniają nasze samopoczucie. Są one dowodem na to, że fikcja czy zasłyszane historie, posiadają zdolność wprowadzania nas w odmienny stan ducha; nie udowadniają zaś korzystnego wpływu na naszą emocjonalność, ani też nie zmieniają nas w żaden inny sposób.

Dowiedziono również, że ludzie mają tendencje (podobnież) do wychwytywania faktograficznych informacji przedstawionych, lub tylko zasugerowanych w tle zasłyszanych historii fikcyjnych. Zadziwiające jest, że badani częściej skłaniają się ku temu, jeśli zasłyszana historia dzieje się w miejscu dalekim od ich miejsca zamieszkania: w eksperymencie badawczym przeprowadzonym przez Deborah Prentice i jej współpracowników, a opublikowanym w 1997 roku, okazało się, że studenci Uniwersytetu Princeton zapamiętali więcej z opowiedzianej historii, kiedy akcja osadzona była w Yale, aniżeli na ich własnym kampusie (nie martwcie się, studenci z Yale mieli takie same wyniki w analogicznej sytuacji). Programy cykliczne emitowane w telewizji, w pewnych przypadkach pełnią funkcję edukacyjną; według badań z 2001 roku przeprowadzonych na rzecz Fundacji Kaiser, widzowie regularnie oglądający serial E.R., wzbogacili swą wiedzę o wiele cennych informacji z dziedziny medycyny, w niektórych przypadkach nawet ją później wykorzystując w swoim życiu. Czego jednak wciąż nie osiągnęliśmy, to niepodważalnego dowodu, który sugerowałby, że czytanie Tołstoja wpływałoby korzystnie na ludzkie morale i zdolności społeczne.

Zdecydowanie niedostateczna ilość badań została na tym polu przeprowadzona; ani też, według mnie, nie zdobędziemy w najbliższym czasie miarodajnych dowodów opierających się na psychologicznych eksperymentach. Większość podjętych do tej pory badań nie bazuje na przykładach poważnej literatury, lecz na krótkich historiach stworzonych wyłącznie na potrzeby przeprowadzanych badań. Niewiele z nich podnosi problem wpływu literatury na ludzką moralność, czy rozwój społeczny. To zdecydowanie zbyt mało, aby móc na ich podstawie jednoznacznie stwierdzić, czy literatura posiada pozytywny wpływ na nasze morale.

Panuje zadziwiająca niespójność pomiędzy pewnością wyrażanych opinii na ten temat, a dowodami na ich poparcie. Podejrzewam, że rzeczywistość jest jeszcze gorsza; adwokaci poglądu, iż literatura edukuje i cywilizuje, nie przeceniają roli tych dowodów – uważają oni bowiem, że ewentualne dowody nie odgrywają tu żadnej roli. I podczas gdy wartość literatury nie powinna być jedynie kwestią wiary, wszystko na to wskazuje, że tak właśnie jest.

Filozofowie są natomiast wyważeni w swoich sądach, nauczeni ostrożności w stawianiu ocen, można by mieć nadzieję, że wolni od pomyłek. Zadziwiające jest zatem, iż niektórzy z nich z całkowitą pewnością i pasją rozpisują się na temat rozmaitych nauk, których źródłem może być literatura i o tych jej aspektach, które sprawiają, że jest ona najlepszym nauczycielem psychologii moralności. Martha Nussbaum w swej uznanej książce Love’s Knowledge argumentuje, iż narracyjna forma nadaje fikcji literackiej swoistą moc generowania moralnych przemyśleń; w rękach mistrza literatury jakim jest Henry James, fikcja literacka podsuwa nam scenariusze wyjaskrawiające detale moralnych rozterek, które jednocześnie nie pozwalają zniekształcić się poprzez nasze własne doświadczenia, pozwalając nam tym samym na przemyślenia nie naznaczone naszymi osobistymi uprzedzeniami.

Sam nie przekreślam takich spekulacji; zawsze warto mieć na uwadze zbiór tez na to, w jaki sposób literatura może uszlachetniać nasze myśli i czyny. Byłoby jednak ożywczym zachować trzeźwe myślenie i przyjąć do wiadomości, że spekulacje na temat tego czy literatura faktycznie może nam pomóc w poznawaniu, tak naprawdę wcale nie udowadniają, że tak właśnie jest. (Załóżmy, że inspektor szkolnictwa znalazłby skuteczną metodę nauczania i podał sposoby, dzięki którym nauczyciele byliby w stanie pomóc swoim uczniom przyswajać wiedzę; inspektor taki bardzo szybko zostałby bez pracy).

Jestem przekonany, że możemy wypatrywać bardziej przekonujących dowodów, jednak mój optymizm znacznie spada, gdy tylko pomyślę o tym, co te nowe dowody nam ujawnią. I to jest dowód na to, że nasze nadzieje na moralną, czy uspołeczniającą lekcję płynącą z literatury, mogą okazać się złudne.

Jednym z powodów, dla których ludzie jak Martha Nussbaum bronią przekonań dotyczących korzyści jakie niesie literatura jest założenie, że literatura lub fikcyjna narracja z elementami realności, jest bardzo kompleksowa. Literatura odwraca naszą uwagę od prostych zasad moralnych, które często okazują się zbyteczne kiedy stajemy w obliczu skomplikowanego procesu podejmowania decyzji w prawdziwym życiu, a przygotowuje nas na pełną przygód wędrówkę poprzez świat, w którym wrażliwe, wysublimowane postawy moralne powinny wziąć górę. Innymi słowy, literatura pomaga nam być, lub przybliża nas do statusu moralnych „ekspertów”.

Argument ten okazuje się o tyle problematyczny, że już dawno udowodniono, iż poddawanie ekspertyzie zagadnień z rodzaju tych złożonych i trudnych – a moralność niewątpliwie do nich należy – tak naprawdę jest bezużyteczne. Seria badań naukowych zapoczątkowanych 50 lat temu przez psychologa Paul’a Meehl udowodniła, że trzymanie się prostych zasad – zasad, które uwzględniają dużo mniej czynników, które eksperci braliby pod uwagę – działa w równej mierze, a często lepiej niż opieranie się na ocenie ekspertów. (Nie znaczy to, że zasady te zawsze się sprawdzają; jednak co by nie mówić, zdają egzamin lepiej niż ocena eksperta.)

Niektóre z dowodów popierających tę tezę zostały w sposób przekonywujący zaprezentowane w ostatniej książce Daniel Kahneman Thinking Fast and Slow: spektakularne porażki obejmują ekspertyzę dotyczącą przewidywań wartości wina w przyszłości, skuteczności zawodników drużyn bejsbolowych, zdrowia nowo-narodzonych dzieci czy perspektywy na stabilizację małżeńską.

Dlaczego, już słyszę zaniepokojone głosy, zarzucam innym brak dowodów, skoro sam nie posiadam swoich na to, że moralna ekspertyza nie ma miejsca? Suma summarum, nikt nie przeprowadził badań na tym polu.

Tak, zgadza się, przyznaję, w ostatecznym rozrachunku dowody faktycznie mogłyby obronić tezę, że literatura może z nas uczynić moralnych ekspertów. Przyznaję również, że moralne myślenie nie jest jednopłaszczyznowe, jest zaś czymś, co podąża w oszołamiająco różnych kierunkach w obliczu różnych okoliczności. Niewykluczone, że można znaleźć przykłady, w których eksperci, którzy wystawieni są na kontakt z fikcyjną literaturą, traktującą złożone, moralne wybory, są lepsi od tych, którzy polegają na prostych i fundamentalnych zasadach moralnych.

Nie podważam w żadnym stopniu twierdzenia, że bycie moralnym ekspertem to wartość, do której wszyscy powinniśmy aspirować. Myślę jednak, że pojawiło się wyzwanie, któremu może sprostać tylko ktoś, kto potraktuje je jak najbardziej serio.

Tak naprawdę, wszystko sprowadza się do tego, czy uda się znaleźć bezpośrednie, niezbite dowody: musimy udowodnić, że kontakt z literaturą, sam w sobie, ma pozytywny wpływ na to jakimi ludźmi już jesteśmy, czy jakimi się stajemy. Możliwe jest to wyłącznie za sprawą ostrożnych i wnikliwych badań psychologicznych (spróbujmy przeprowadzić eksperyment testujący jaki efekt niesie lektura np. Wojny i Pokoju). W międzyczasie, większość z nas, z pewnością, z uporem będzie tkwić w przekonaniu, iż literatura ma pozytywny wpływ na nas; przekonaniu nie popartym niczym innym jak ślepym sentymentalizmem.

Nigdy nie dałem się przekonać argumentom mającym na celu zilustrować rzekomą arbitralną funkcję literatury, która funkcjonuje jedynie jako karta członkowska elitarnego klubu. Istnieje coś takiego jak wartość estetyczna, lub raczej wartości, złożone, jako że mogą one być wyrażane czy przypisywane, w zasadzie w przypadku każdej twórczości.

Trudno jednak uniknąć myśli, że jest coś na rzeczy w tym anty-elitarnym zmartwieniu. Wielu z tych, którzy którzy rozczytują się w literaturze nie zadowalają się kolekcjonowaniem ładnie brzmiących komplementów; w zamian upierają się, że to wysiłek który wkładają w lekturę, czyni ich bardziej oświeconymi moralnie.A tego, tak naprawdę, jeszcze nie wiemy.

DOES GREAT LITERATURE MAKE US BETTER? (July 22, 2014)

The piece was published in The New York Times in June, 2013

Author: Gregory Currie, professor of philosophy at the University of Nottingham

Translation: Agnieszka Szymkowiak

You agree with me, I expect, that exposure to challenging works of literary fiction is good for us. That’s one reason we deplore the dumbing-down of the school curriculum and the rise of the Internet and its hyperlink culture. Perhaps we don’t all read very much that we would count as great literature, but we’re apt to feel guilty about not doing so, seeing it as one of the ways we fall short of excellence. Wouldn’t reading about Anna Karenina, the good folk of Middlemarch and Marcel and his friends expand our imaginations and refine our moral and social sensibilities?

If someone now asks you for evidence for this view, I expect you will have one or both of the following reactions. First, why would anyone need evidence for something so obviously right? Second, what kind of evidence would he want? Answering the first question is easy: if there’s no evidence – even indirect evidence – for the civilizing value of literary fiction, we ought not to assume that it does civilize. Perhaps you think there are questions we can sensibly settle in ways other than by appeal to evidence: by faith, for instance. But even if there are such questions, surely no one thinks this is one of them.

What sort of evidence could we present? Well, we can point to specific examples of our fellows who have become more caring, wiser people through encounters with literature. Indeed, we are such people ourselves, aren’t we?

There is scant evidence that reading great literature morally improves us.

I hope no one is going to push this line very hard. Everything we know about our understanding of ourselves suggests that we are not very good at knowing how we got to be the kind of people we are. In fact we don’t really know, very often, what sorts of people we are. We regularly attribute our own failures to circumstance and the failures of others to bad character. But we can’t all be exceptions to the rule (supposing it is a rule) that people do bad things because they are bad people.

We are poor at knowing why we make the choices we do, and we fail to recognize the tiny changes in circumstances that can shift us from one choice to another. When it comes to other people, can you be confident that your intelligent, socially attuned and generous friend who reads Proust got that way partly because of the reading? Might it not be the other way around: that bright, socially competent and empathic people are more likely than others to find pleasure in the complex representations of human interaction we find in literature?

There’s an argument we often hear on the other side, illustrated earlier this year by a piece on The New Yorker’s Web site. Reminding us of all those cultured Nazis, Teju Cole notes the willingness of a president who reads novels and poetry to sign weekly drone strike permissions. What, he asks, became of “literature’s vaunted power to inspire empathy?” I find this a hard argument to like, and not merely because I am not yet persuaded by the moral case against drones. No one should be claiming that exposure to literature protects one against moral temptation absolutely, or that it can reform the truly evil among us. We measure the effectiveness of drugs and other medical interventions by thin margins of success that would not be visible without sophisticated statistical techniques; why assume literature’s effectiveness should be any different?

We need to go beyond the appeal to common experience and into the territory of psychological research, which is sophisticated enough these days to make a start in testing our proposition.

Psychologists have started to do some work in this area, and we have learned a few things so far. We know that if you get people to read a short, lowering story about a child murder they will afterward report feeling worse about the world than they otherwise would. Such changes, which are likely to be very short-term, show that fictions press our buttons; they don’t show that they refine us emotionally or in any other way.

We have learned that people are apt to pick up (purportedly) factual information stated or implied as part of a fictional story’s background. Oddly, people are more prone to do that when the story is set away from home: in a study conducted by Deborah Prentice and colleagues and published in 1997, Princeton undergraduates retained more from a story when it was set at Yale than when it was set on their own campus (don’t worry Princetonians, Yalies are just as bad when you do the test the other way around). Television, with its serial programming, is good for certain kinds of learning; according to a study from 2001 undertaken for the Kaiser Foundation, people who regularly watched the show “E.R.” picked up a good bit of medical information on which they sometimes acted. What we don’t have is compelling evidence that suggests that people are morally or socially better for reading Tolstoy.

Not nearly enough research has been conducted; nor, I think, is the relevant psychological evidence just around the corner. Most of the studies undertaken so far don’t draw on serious literature but on short snatches of fiction devised especially for experimental purposes. Very few of them address questions about the effects of literature on moral and social development, far too few for us to conclude that literature either does or doesn’t have positive moral effects.

There is a puzzling mismatch between the strength of opinion on this topic and the state of the evidence. In fact I suspect it is worse than that; advocates of the view that literature educates and civilizes don’t overrate the evidence — they don’t even think that evidence comes into it. While the value of literature ought not to be a matter of faith, it looks as if, for many of us, that is exactly what it is.

Now, philosophers are careful folk, trained in the ways of argument and, you would hope, above these failings. It’s odd, then, that some of them write so confidently and passionately about the kinds of learning we get from literature, and about the features of literature that make it a particularly apt teacher of moral psychology. In her influential book “Love’s Knowledge,” Martha Nussbaum argues that the narrative form gives literary fiction a peculiar power to generate moral insight; in the hands of a literary master like Henry James, fiction is able to give us scenarios that make vivid the details of a moral issue, while allowing us to think them through without the distortions wrought by personal interest.

I’m not inclined to write off such speculations; it is always good to have in mind a stock of ideas about ways literature might enhance our thought and action. But it would be refreshing to have some acknowledgment that suggestions about how literature might aid our learning don’t show us that it does in fact aid it. (Suppose a schools inspector reported on the efficacy of our education system by listing ways that teachers might be helping students to learn; the inspector would be out of a job pretty soon.)

I’m confident we can look forward to better evidence. I’m less optimistic about what the evidence will show. Here, quickly, is a reason we already have for thinking the idea of moral and social learning from literature may be misguided.

One reason people like Martha Nussbaum have argued for the benefits of literature is that literature, or fictional narrative of real quality, deals in complexity. Literature turns us away from the simple moral rules that so often prove unhelpful when we are confronted with messy real-life decision making, and gets us ready for the stormy voyage through the social world that sensitive, discriminating moral agents are supposed to undertake. Literature helps us, in other words, to be, or to come closer to being, moral “experts.”

The problem with this argument is that there’s long been evidence that much of what we take for expertise in complex and unpredictable domains – of which morality is surely one – is bogus. Beginning 50 years ago with work by the psychologist Paul Meehl, study after study has shown that following simple rules – rules that take account of many fewer factors than an expert would bother to consider – does at least as well and generally better than relying on an expert’s judgment. (Not that rules do particularly well either; but they do better than expert judgment.)

Some of the evidence for this view is convincingly presented in Daniel Kahneman’s recent book “Thinking Fast and Slow”: spectacular failures of expertise include predictions of the future value of wine, the performance of baseball players, the health of newborn babies and a couple’s prospects for marital stability.

But why, I hear you say, do you complain about people’s neglect of evidence when you yourself have no direct evidence that moral expertise fails? After all, no one has done tests in this area.

Well, yes, I grant that in the end the evidence could go in favor of the idea that literature can make moral experts of us. I also grant that moral thinking is probably not a single domain, but something that goes on in bewilderingly different ways in different circumstances. Perhaps we can find kinds of moral reasoning where experts trained partly by exposure to the fictional literature of complex moral choice do better than those who rely on simple moral rules of thumb.

Everything depends in the end on whether we can find direct, causal evidence: we need to show that exposure to literature itself makes some sort of positive difference to the people we end up being. That will take a lot of careful and insightful psychological research (try designing an experiment to test the effects of reading “War and Peace,” for example). Meanwhile, most of us will probably soldier on with a positive view of the improving effects of literature, supported by nothing more than an airy bed of sentiment.

I have never been persuaded by arguments purporting to show that literature is an arbitrary category that functions merely as a badge of membership in an elite. There is such a thing as aesthetic merit, or more likely, aesthetic merits, complicated as they may be to articulate or impute to any given work.

But it’s hard to avoid the thought that there is something in the anti-elitist’s worry. Many who enjoy the hard-won pleasures of literature are not content to reap aesthetic rewards from their reading; they want to insist that the effort makes them more morally enlightened as well. And that’s just what we don’t know yet.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.