WENECKIE ZBLIŻENIA

48. Biennale weneckie („Gazeta Malarzy i Poetów”, nr 1/2000 i 2/2000) nowa redakcja (25 maja 2012 roku)

Do „oka” Rosemarie Trockel w pawilonie niemieckim wracam raz i drugi i nie tylko pierwszego dnia. Kiedy potem wychodzę z zaciemnionego wnętrza, wprost w prześwietloną zieleń parku, mam wrażenie, jak bym chciał się wycofać ze spojrzenia. Czy jednak może 25być jakiekolwiek „poza”? To jedynie, co najwyżej, moment irracjonalnego odruchu. Za to tam, w pierwszej ciemnej sali, mam przed sobą nieustający, zwrotny ruch ogromnego „oka”, które, wita nas, przykuwając uwagę jednostajnym, magnetyzującym rytmem i nic innego się nie liczy. Jest tak, jakby to było serce ufnie zalegającej wokół ciemności, które bije nam wszystkim ku szczególnej uwadze i dla każdej chwili, także miejsca, gdzie spojrzymy, czy choćby o nim tylko pomyślimy. Jest tak, jakby nigdy nie miało się to skończyć. Pomyślałem, że trafiłem na ślad jakiegoś niebywale oszczędnego, trwałego i zarazem dyskretnie ustanawiającego się porządku, choć wiadomo, że przecież na co dzień żyjemy przede wszystkim w świecie ludzkich miar, potrzeb i stosownych wedle tego ustanowień. A jeśli cokolwiek się wyodrębnia i wreszcie konstytuuje (największym nawet wysiłkiem duchowym), musi się okazać prędzej czy później fragmentem, szukającym sobie dopiero miejsca. My czujemy, że ten rytm niezmienny i spokojny, ma wszechwładną siłę spokrewniania rzeczy, czy choćby przepowiadania im nieuchronnego związku, co my także, zapewne wkrótce odkryjemy.

Kiedy przechodzę do sąsiadującej z „okiem” sali, równie wielkiej i zaciemnionej, otwiera się dla nas jeszcze bardziej rozległa przestrzeń aż po przedłużenie na ścianie-ekranie przed nami dokładnie od sufitu do podłogi. Stąd mamy wrażenie, że składamy się w całość z wnętrzem przylegającym do nas ze ściany. Razem z innym, którzy też na ławce przysiedli, penetruję wzrokiem swobodnie całość tego ogromnego, po części zaludnionego wnętrza, aż po krawędzie niknące w półmroku. Nie łatwo teraz rozróżnić, ile w tym rzeczywistości, powiedzmy, prawdziwej, do której ciągle ja się przypisuję – a ile dzieła , które dyskretnie, ale skutecznie, udzieliło swojej przestrzeni.

W każdym razie widzę, że na podobnej, jak nasza, ławce w sporym oddaleniu przed nami są tacy, co na niej leżą i wygląda na to, że pogrążeni we śnie, przewracają się czasem na drugi bok. Choć są też tacy, co z niewiadomych powodów wstają i wychodzą. Są też inni, co dopiero się kładą znalazłszy wolne posłanie, ale są i tacy, którzy weszli, by szukać miejsca, lecz nie znajdując niczego odpowiedniego, rezygnują i wychodzą poza horyzont przestrzeni dostępnej oczom. Dzieje się to wszystko bez zaznaczającego się w ruchach napięcia, czy gotowości, bez widocznego dla naszego oka wysiłku, jakby rządził tym jedynie tajemny rytm – może właśnie ten z poprzedniej sali, panującego tam wszechwładnie „oka”? I prowadzi przez tę swoistą poczekalnię życia, niczym boska niewidzialna ręka, stanowiąc ostateczną i niepodważalną harmonię choć ani dla oczu i poniekąd nawet dla świadomości była niedostępna. Narzuca się przeczucie, że rozstrzyga się to na zupełnie innym poziomie rzeczywistości, gdzie te milczące postaci – i my z ławki, gdybyśmy się jakimś cudem mogli wśród nich znaleźć – po prostu wszyscy razem jesteśmy zwolnieni z konieczności zastanawiania się na sytuacją, wiadomo, że jest dobrze.

Dla nas podglądających z ławki, jest ta poczekalnia właściwie jak z somnambulicznego snu (a nie mogłoby tak być zawsze! – przenikało pewno nie tylko do mojego mózgu), w którym wszystko oddalone nieprzekraczalnym dystansem wszechwładnego rytmu – jest jednocześnie, nie wiadomo dlaczego, przyjazne i intymnie bliskie. Tylko jakim prawem! – zastrzegałem się szybko, żeby nie podejrzewać siebie, że dałem się zwariować. Dwuznaczność tego obcowania, wbrew moim odruchom sprzeciwu pomnaża się, kiedy zauważamy, że tacy wyłączani z rytmu (bo muszą być i tacy w tej wielogeneracyjnej poczekalni) są pakowani we foliowe worki zamykane na błyskawiczny zamek i wieszani na hakach, by w ten sposób impregnowani mogli pozostać razem z żywymi, nie naruszając niczym harmonii tego przybytku.

Nie tworzy to jednak żadnej tajemnicy, którą moglibyśmy uznać za właściwą dziełu sztuki, która w jakiś sobie tylko znany sposób mogła konsekrować je. Nic z tych rzeczy. Nie ma w tym przypadku żadnego osobnego dzieła, pogrążonego w królewskiej swej samoistności; dzieła, które wisi na ścianie, czy jest na niej wyświetlane. W pewnym momencie zauważyłem, że ktoś, kto wszedł, omijając naszą ławkę, idzie przez salę dużym łukiem, i schodzi się z kimś, kto w podobny sposób zbliża się z głębi ekranu i w końcu mam wrażenie, że obie postaci właściwie zlewają się w jedno, tam gdzie wnętrza łączą się podłogami. Podrywam się, idę za tym człowiekiem, który zajrzawszy do małego, mrocznego sąsiedniego pomieszczenia po prostu rezygnuje i wzruszając ramionami wycofuje się jak ktoś, kto pomylił drzwi. Natomiast ja zdezorientowany zatrzymuję się; widzę w półmroku leżących nieruchomo na kozetkach dwóch młodych – wyglądających na studentów. Nie śpią, chwilami oczy otwierają, i widać że im tu dobrze. Są jak ci z ekranu, jakby żywcem stamtąd przeniesieni. I już mam ochotę pójść za ich przykładem, bo jest jeszcze trzecia kozetka – wolna. Zatrzymuję się jednak w ostatniej chwili. Nie wiem, czy nie położyli się dla zwyklej zgrywy, bo były wolne… Czy może rzeczywiście legli za przykładem tamtych na ekranie, żeby zobaczyć jak się poczują. I widocznie, nie było im źle, bo nic się dzieje – i niczego więcej nie trzeba. Tak. Poczułem się jak przyłapany na bezmyślności. Po prostu nie doceniłem sytuacji, którą Trockel zainspirowała. Nie dociekam już przez kogo obaj są „zaprojektowani”– czy z „dzieła”, czy z „życia” Wycofuję się z takich pytań. Nie ma sensu postawa podglądacza, który ma ambicję ogarniania, czy też przenikania rzeczywistości aż do ostatecznego sensu. Odwrotnie na przekór takim ambicjom mógłbym się właśnie położyć tak po prostu, bezmyślnie. Nie muszę być wcale ciągle z zewnątrz – jestem „w obrazie”, jak wszyscy tutaj po jednej i po drugiej stronie ekranu, czy są na nim, czy patrzą na niego. Wszyscy tyle wiemy, ile wiemy. I czy musi być inaczej? I nagle spokój. Niespodziewana, dziwna ulga – że może być właśnie tak, jak jest, chociaż tylko tutaj, kiedy jestem u Trockel. Nie wiem, po co, ale powtarzam sobie, że nie muszę ani kroku do przodu, ani do tyłu. Nie muszę myśleć o tym, co będzie; przypominać, co było, ani kim jestem. Jestem przecież w obrazie, który jest dokoła mnie – jest całym światem. Jedyne, co muszę, to patrzeć i widzieć. Ten ruch oka, to „widzieć” witające przy wejściu – jest nagle jedyną pępowiną, która trzyma przy życiu. Czuję jakby ta sytuacja z czegoś mnie wyzwalała z jakiś utrwalonych pojęć o sobie, o swoim miejscu jedynym i niepowtarzalnym, bo znanym pod moim imieniem i nazwiskiem., o wszystkich fizycznych nawet ograniczeniach, które oczywiście są – ale też i mogą nagle stracić swoją ważność, nie być brane pod uwagę, mimo że nadal obowiązują.

Nie bez powodu więc obcowanie ze światem i ze sobą staje się jakimś doświadczeniem na tym Biennale bardzo oczyszczającym. Jak to robić, żeby za każdym razem móc uznać, iż to co jest, jest właśnie tym, o co chodzi? (Dodajmy, że jeżeli nie miało by być Boga – wszystko musi być święte. Kto jednak temu sprosta? Kto podoła?). To Biennale to dla mnie nauka obcowania, że tak powiem, od pierwszej litery alfabetu, kiedy z wrażenia nie doszedłem jeszcze do drugiej. Ale jest już myśl następna: Wychodzić ku wszystkiemu, bo wszystko jest nam przeznaczone, każdy konkret – i odwrotnie, również my – wszystkiemu, chcemy, czy nie. Lepiej wtedy rozumiemy wyznanie Jean-Pierr’a Bertranda z pawilonu Francji, który mówi o tym, jak pociąga go robienie dziur, łamanie, dewastowanie. W wielkiej sali na poziomie piwnicy kładzie posadzkę z płytek – i jest jak dno zaniedbanego, opuszczonego basenu czy podłoga starej, niczyjej kotłowni. Bertrand buduje nad tym solidny, potężny podest, abyśmy mogli to oglądać z góry i kontemplować rozległą powierzchnię, tak boleśnie unerwioną siatką niezliczonych spękań. Jest przestrzeń, ale jest i czas – nasz czas także, gdy się nad tym pochylamy. Wtedy też poezja opuszczenia: cisza tego miejsca już wygasła, bez napięcia; jednak to, co widzimy i czujemy – dokumentuje obecność, i choć trudno to nazwać, nic temu nie zaprzeczy, nic nie wymaże.

Eksponowana ruina i zniszczenie jeszcze na naszych oczach się utrwala i formuje – jak dzieło. W tym, do czego zaprasza Bertrand, jest ciągle jakaś ogromna potencjalna siła. Z tego wnętrza tchnie pewnością, która uspokaja, choć przecież mamy przed sobą studium zniszczenia. Tutaj nagle wiemy, że naznaczeni przemijalnością mamy określone miejsce w nieustającym ruchu wszystkiego.

To, co kojarzy się nam ze światłem, otwarciem, lotnością – co daje nam poczucie lekkości i wyniesienia – odnajdujemy na parterze w dwóch małych salach. Nie ma w nich niczego poza światłem wpadającym przez wycięty w dachu kwadrat przykryty szkłem. Światłem nasycającym jasno pomalowane ściany tak, że zanika ich wyrazisty obrys, ich materialność i dramat ograniczonej ścianami przestrzeni. Odnajdujemy się jak w rozświetlonym obłoku. I to właśnie w takim wnętrzu jesteśmy nagle zdezorientowani, obezwładnieni, bez potrzeby wykonania najmniejszego choćby ruchu. Dopiero po chwili w narożniku, prawie przy podłodze widzimy konkret. Ale jaki to konkret! Cienie liści gałęzi zwisającej nad szklanym kwadratem okna. I wtedy uświadamiam sobie, że w hallu tego pawilonu przyciągnęły moją uwagę dwa potężne pnie, które ucięte sufitem i podłogą, jak bez początku i końca, są tym bardziej niewzruszone i nienaruszalne w swojej nieustępliwej obecności. Z tym większym uporem wpatruję się w ciemniejące refleksy liści w narożniku. Tylko to daje moim oczom oparcie w niepodzielnej jasności wnętrza. I coś mi podpowiada, że te dwie nierównoważne „obecności” są z jednego drzewa, z jednego źródła.

Praca Katarzyny Kozyry, film video Łaźnia męska, celuje bezpośrednio w nas samych, w ciało każdego z osobna, skracając dystans dzielący od tego ciała do ostatecznej granicy, jak na ten rodzaj sztuki. Mamy przed sobą obnażonego mężczyznę, wydanego na pastwę własnego ciała. Nie wiele mają sobie do zaoferowania. Mężczyzna jest na ciało głuchy, próbuje dotykać, coś w nim wyczuwać, palce przesuwają się, trafiają na kształty, sfałdowania, ale to wszystko jest połowiczne, nieświadome celu, którego mogłyby sobie życzyć. Nie wie, co można z tego własnego ciała czerpać. Jest w łaźni ciałem w stanie spoczynku, poza kobietą, rytuałami kultury, mitologią swej męskiej roli (niekoniecznie rozumianej negatywnie). I rozumiem wtedy, że jedynie akt biologicznego spełnienia organizuje ciało w całość. Są to jednak znikome ułamki czasu. Więc poza aktem spełnienia, w łaźni jest jedynie pustka samotnego, niepotrzebnego sobie ciała. Po nieuchronnym szoku – jedni wybiegają ze śmiechem lub chichocząc, drudzy siedzą na podłodze z wyciągniętymi nogami, oparci o ściankę, żeby przyjąć pełne uderzenie obrazów video, jeszcze inni stoją skupieni w sobie jakby wpuszczali to w siebie wąskim kanałem racjonalnego postrzegania – i przychodzi w końcu cicha oczyszczająca pokora.

Zaczyna się w nas wszystko jakby od początku, od poruszenia, od tych drgań, dla których szukamy w sobie ludzkiej perspektywy. Wizualność na Biennale zdaje się nie mieć granic. Można śmiało powiedzieć, że oko artysty „widzi więcej niż patrzy” i nie obawia się przenieść ostrza swej obserwacji w głębokie, zaciemnione sfery naszej duchowości.

Tak dzieje się w pawilonie Skandynawów. Finka Eija-Lisa Ahtila w filmie Koniec historii mówi o stereotypach zachowań określających relacje i związki, poza którymi są jednak w nas rzeczy niepojęte. I to na nie można liczyć, na stwarzanie między ludźmi czegoś nowego, na rozstrzyganie o czymś… Bo w nieprzeniknionym ludzkim wnętrzu otwierają się nieoczekiwane rany. A potem nie wiadomo, dlaczego przebaczamy, choć wydaje się, że jest już za późno, aby to mogło mieć znaczenie. A jednak tytułowy „koniec historii” może dopiero wtedy nastąpić, gdy „ona” „jemu” wybaczy, choć „jego” od dawna nie ma pośród żywych. I nie granica śmierci jest tu najważniejsza, nie granica tego, co wydaje się nam realnie istniejącym życiem, ale to, aby szaleństwo naszej duszy znalazło wreszcie odpowiedź, tak, jak zdobyła się na to bohaterka Ahtila’i.

Kiedy znowu wychodzę z pawilonu w zielony, słoneczny park wśród miękkich, aksamitnych powiewów od strony laguny, rodzi się z początku dla mnie niezrozumiałe napięcie, coś w rodzaju podejrzenia, nie odnoszącego się do niczego konkretnego. Mógłbym sobie nawet powiedzieć, że nie wiem, o co mi właściwie chodzi. Godzinę czy dwie później jestem w pawilonie Egiptu i pośród dostojeństwa historii, która pozostawia niezatarte piętno na całej ekspozycji, i jest w tym coś, co odbieram jako sygnał. Stoję przed pracą Abdel Gama Nassera. Na gładkiej, jasnej ścianie, niczego nie zapowiadającej, widać ciemną bruzdę niezagojonej, zarośniętej częściowo rany, z której chciałoby się wydobyć coś obrzydliwego, co widocznie psuje się pod gładką powierzchnią ściany i prędzej czy później będzie musiało wypłynąć.

A potem jeszcze w pawilonie Włoch obraz Xie Nanxing, nad którym człowiek z raną w kroczu – zasłania je dłonią; nie wiadomo, czy o zatamowanie krwi chodzi czy po prostu ze wstydu chce zakryć miejsce, gdzie został dotkliwie okaleczony. Brakuje mi oddechu…

W sąsiedniej Sali znajduję otwór w ścianie, do którego przywieram okiem i jak przez długą lunetkę widzę szczęśliwy, choć bardzo oddalony krajobraz weneckiej laguny.

Wracam więc do miasta. Do mojej Wenecji (po raz pierwszy czuję, że mogę tak powiedzieć). Słońce opromienia czerwonawo pyszną kopułę kościoła Santa Maria Della Salute po drugiej stronie Grande Canale, na cyplu wyspy. I choć słońce zachodzi, niebo zdaje się odbijać je wysoko w górze, jest rozepchnięte dynamiką barw – ostatni pożegnalny, szeroki gest kończącego się dnia. I robi się nad laguną bardzo rozlegle. Bardzo wszystkiemu do wszystkiego – daleko.

Wracam jeszcze raz na Biennale – teraz już pamięcią – do pawilonu Grecji, gdzie w wielkiej kilkudziesięciometrowej sali rozpięty jest równie wielki łuk mostu, choć bez trudu można przejść na drugą stronę sali nie korzystając z niego. Tym bardziej, że powierzchnia mostu pokryta płytami z łupków, jest cała jakby zryta pługiem. Ale jest to, co najważniejsze, o co chyba autorowi (Costas Varotsos) chodziło: rozpięcie w powietrzu tak wielkiej masy, jakby nie był to tylko łuk mostu, lecz przede wszystkim łuk wyobraźni wzbijającej się wysoko w górę, choć jest przecież zamknięty w wyraźnie zbyt ciasnym dla niego budynku.

* * *

Znowu uliczki i kanały krzyżujące się, splątane mostkami, znikające w jasności wylotów. Albo gubiące się w zastałej ciszy zaułków, które nigdzie nie prowadząc zostawiają ciebie sam na sam z bezruchem wody między murami, przebijającej się spokojem przez twoje patrzenie aż do chwili, kiedy zdajesz sobie sprawę, że o nic konkretnego nie chodzi. I otwiera się tobie bezczas, jak wrota krainy, gdzie nie musisz się ku niczemu zwracać i każde poruszenie jest błędem, czymś niepotrzebnym. Jakbym się odwracał od tego, co jest – ku temu, czego nie ma.

Przypomina się widok laguny z lądu, od strony Mestre. Daleki horyzont dziwnie płaskiego nieba i morza stwarzał wrażenie, jakby coś się przed naszymi oczami ukrywało. Coś, co powinno być, a nie ma. Pozostał lekki rys miasta na lagunie, jak słabe maźnięcie pędzla, roztapiające się w prześwietlonym słońcem powietrzu – ostatni trop, który też zapewne każdej chwili zniknie.

Było prawie tak, jak musiało być kiedyś, na początku, w tym zacisznym kącie Adriatyku na prawie całkowitym odludziu, gdzie żyło trochę rybaków i tych, co utrzymywali się z czerpania soli na płyciznach laguny. I jak teraz, kiedy jestem w przejściu pod Museo Civico Correr i odsłania się rozległy plac i na jego drugim dalekim końcu Bazylika, sanktuarium św. Marka Ewangelisty, którego relikwie wykradzione z arabskiej Aleksandrii, przewiezione kupieckim statkiem na początku IX wieku, miały pomóc miastu przymierzyć się do znakomitej i legendarnej przeszłości Rzymu. Kilka wieków później Wenecja triumfowała wobec drugiego centrum, z którym łączyły ją szczególne relacje – wobec Bizancjum. Zrabowane w czasie IV wyprawy krzyżowej w Konstantynopolu z hipodromu cztery konie z brązu zostały umieszczone na fasadzie Bazyliki (później wymienione na kopie), chociaż niezupełnie mieszczą się w stylistyce jej fasady. Emanująca z koni dzika, nieujarzmiona żywotność dawała jednak miastu inną, ważniejszą satysfakcję; na zawsze miała zaświadczać o potędze.

Wchodzę wreszcie na plac, zamknięty po obu stronach długimi, potężnymi budynkami Starej i Nowej Prokuracji. Razem z kolumnadą arkad wynurzają się te budowle z oparów zalewającego plac słońca, trochę jak szpalery zwartych i zdyscyplinowanych oddziałów napoleońskich, które rzeczywiście w 1797 roku wkroczyły do miasta, kładąc kres Republice Weneckiej. Patrzę na barwny wielojęzyczny tłum przed Bazyliką, której fasada nie otwiera podwoi dla dawnych zwycięzców z trofeami – teraz jest już inaczej. Otwiera się dla wszystkich, którzy tu przyjdą: wielkie theatrum historii sztuki z całym bogactwem stylów i form, od bizantyjskich i rzymskich, po romańskie, gotyckie i barokowe. Układa się to w architektoniczą całość począwszy od pięciu wejść z portalami i mozaikami, odpowiadającymi im łukami na wyższej kondygnacji, i wreszcie wieńczącymi dach rzeźbami, wieżyczkami i pięcioma wielkimi kopułami. W pełnym blasku dnia Bazylika wydaje się być tym światłem oszroniona. I ten rodzaj przesłony unaocznia niejako tajemnicę budowli, jej świetność, harmonię form tworzącą się na przestrzeni wielu wieków. To chyba dlatego mam wrażenie, że od nas zbliżających się ku niej – niczego już nie potrzebuje. I chwilami ta prawie bezbolesna samowystarczalność przytłacza, a nawet tym spokojnym, nieustającym ujawnianiem się obezwładnia, jakby istniała na wzór czegoś nieosiągalnego. Choć przecież w końcu stajemy u jej stóp i wiemy, że tkwi w tym miejscu od wieków.

A potem słuchamy przewodników wycieczek opowiadających trochę głosem retora pełnym wzniosłości i patosu, ale i historyka sztuki pilnującego precyzji i poprawności opisu. Kiedy spoglądam na słuchaczy wydaje się, że opowiadane dzieje tych budowli wyłaniają się z nieogarnionego niczym, a pomnażającego się istnienia i nie mają nic wspólnego z realnością, którą można by odnieść do własnego życia i zrozumieć. Oszołomieni bogactwem historii, którą mają przed oczami, zmęczeni upałem i słońcem, czy długą wędrówką po mieście, błądzą bezsilnym, zdumionym wzrokiem – lecz wcale się nie niecierpliwią, wcale nie mają zamiaru stąd odejść. Jakby chcieli takiej właśnie chwili z orszakiem wieków w tle, stawiającej ich wobec niemal namacalnie obecnej historii, i to bez ich własnego słowa, nawet bez drgnienia wyobraźni – za to z poczuciem nie wiadomo skąd wziętej przemożnej pewności. Jakby właśnie tak, niewiele rozumiejąc, w istocie bardziej odczuwali wielkość tego, co się tu w tym mieście przez wieki działo. I w ten sposób czują się o wiele bliżsi prawdy, a już na pewno pełni większego wobec niej respektu. (Pewno dlatego gromadzą się tu takie rzesze – pomyślałem – a niedaleko na Biennale, gdzie potrzeba obcowania człowieka ze światem szuka nowych bardziej intuicyjnie, i racjonalnie budowanych spełnień – jest jednak ludzi o wiele mniej).

A więc o tę niepojętość rzeczy chodzi, aby w środku jasnego dnia poczuć całe to nagłe oddalenie rzeczy i spraw, do jakich chcieli się zbliżyć, z którymi, wiadomo, że mieli bardzo niewiele wspólnego. Dotąd było to oczywiste; ale tu teraz właśnie przestało być oczywiste. I oto, kiedy tak stoją, niejako na nowo odzyskują poczucie pogrążenia się w niemocy swego rozumienia. Ja też poczułem, że to myślenie na swój sposób zabiera mnie ze sobą.

Ale to tylko pojedyncze chwile, momenty, mgnienia – bo trzeba jednak iść dalej. Ktoś organizuje grupkę rodzinną czy znajomych do „fotki” na tle Bazyliki; matka roztrąca ludzi, krzycząc, że zgubiło się dziecko; stadko gołębi obniża gwałtownie lot, by opaść na odsłaniające się tu i ówdzie skrawki placu i żeby nie doszło do kolizji trzeba błyskawicznie wykonać unik głową wśród śmiechów pryskających wokół lekko, swawolnie, tak że za chwilę będzie można mieć wrażenie, że nie było tu niczego godnego uwagi.

Ponad powierzchnią stolików, blisko przede mną widzę dwie siedzące postacie Amerykanina i Hinduski. Nie mogę oderwać od nich oczu. On szczupły, wysoki, kwintesencja inteligencji i wrażliwości, pełen gotowości, jakby zatrzymywał się nad każdą chwilą, bo każda jest pełna znaczeń i sensów, i chce być wobec nich uważny, czuje się zobowiązany. I ona, mała, gruba i chyba dlatego każda chwila fizycznej egzystencji (nawet w tym bezruchu przy stoliku) jest takim dla niej trudem. Ale w dużych, ciemnych oczach pełnych obezwładniającego ją samą ciężaru – jest jednak coś więcej. Jakby te oczy przeniosły w sobie wygasłe już odwieczne pragnienia tysięcy pokoleń tamtej dalekiej i umęczonej słońcem ziemi, z której przywędrowała. Spogląda teraz nad zatłoczonym placem, tak jakby wiadomo było, że niczego zmienić się nie da. I zresztą nikogo z nich by to nie interesowało. W pierwszej chwili pomyślałem nawet, że spotkali się dopiero po raz pierwszy. Szybko stało się jednak jasne, że wyczuwalna między nimi „odległość” i niezależny od nich samych dystans wcale nie dzieli, lecz jest właściwie znakiem głębokiego wzajemnego zrozumienia, a z rzadka padające słowa – i nie zawsze wprost do drugiej strony adresowane – są tylko potwierdzeniem, że nie muszą sobie niczego dowodzić ani przekonywać siebie, jak bardzo są blisko siebie. Mogli więc trwać przy tym stoliku w nieskończoność. Czasem tylko wzrok Amerykanina raz po raz wędruje ku Bazylice oddalonej od kawiarni Floriana o kilkadziesiąt metrów i wydaje się, że ta jego powściągliwość jeszcze się nasiliła, jakby umacniała się świadomość granic, w których trzeba się tutaj poruszać. A ja patrzę na nich bez przerwy urzeczony tą harmonią, która nie musi dawać o sobie żadnego widomego świadectwa, tak jest pełna, tak się w niej wszystko bez reszty wyczerpuje.

Kiedy Amerykanin wstał, ona też się podniosła, choć ciężko i z wysiłkiem. I od razu bez słowa ruszyli w kierunku Bazyliki. Ona kolebiąc się, wymuszonym na sobie cierpliwym ruchem – i on dostosowujący się do niej każdym poruszeniem. Szli ramię w ramię. Zdałem sobie sprawę, że lada moment stracę ich bezpowrotnie z oczu. Zapłaciłem przechodzącemu kelnerowi. Nie zdążyłem się podnieść, kiedy dostrzegłem dłoń jego opuszczonej ręki jak krawędzią dotyka jej dłoni, a palce szukają jej palców, by się zapleść. I choć po chwili wstałem, nie robię już żadnego więcej ruchu, jakby to mogło przeszkodzić temu, na co patrzę. A oni złączeni idą dalej, niezmiennie w tym samym powolnym rytmie, cierpliwie pokonując odległość dzielącą ich od głównego wejścia, w którego portal i łuki jego archiwolty, aż do ostatniej, zbliżonej do skali człowieka, wpisywały mi się z daleka obie ich postacie. I tak dyskretnie, prawie niezauważalnie dopełniała się ta wspólnota, jakby to były ciche, dokonujące się wyłącznie na użytek ich dwojga, ale może bez ich świadomości – zaślubiny.

Stojąc na mostku nad kanałem spoglądam na młodą kobietę siedzącą poniżej na stopniach schodków, zapatrzoną w cichą i ciemną toń wody, jej dyskretną głębię, mimo że cały czas stojący obok mężczyzna próbuje zwrócić jej uwagę na siebie. Ona odpowiada głośno, niekiedy reaguje nawet krótkim, dźwięcznym śmiechem, nie odrywa jednak wzroku od wody, jakby działała na nią niczym magnes. Mężczyzna w końcu rezygnuje i odchodzi. Kobieta po chwili wraca do rzeczywistości, wyciąga z torebki lusterko i pomadkę. Precyzyjne, pełne skupienia ruchy. Potem czyta uważnie strony w notesie, zapisane numerami telefonów. Znalazła. Chowa. Dwadzieścia metrów dalej są automaty. Dzwoni. Śmieje się dźwięcznie, zwycięsko, bo widocznie zaskoczenie się udało. Słucha. Odpowiada. Wreszcie jest to, o co chodzi. Domani? – sprawdza. A potem jeszcze powtarza, że wszystko jasne: Domani. Odkłada słuchawkę i rusza natychmiast w głąb uliczki zdecydowanym krokiem. Jest to już zupełnie ktoś inny – w każdym razie nie ta kobieta siedząca i zapatrzona w cichą, spokojną wodę. Idę jeszcze za nią do bliskiego następnego mostku, pod który wpłynie zaraz zbliżająca się gondola. Ale gondolier dostrzegł kobietę przystającą na mostku i zaczyna śpiewać Volare…, posyłając jej obiecujące spojrzenie niczym rasowy trubadur. Kilku Japończyków półleżąc w gondoli wyłożonej wiśniowym pluszem ze złotym obramowaniem spogląda na siebie z satysfakcją, choć komu innemu ten śpiew jest dedykowany. Kobieta lekkim, triumfującym ruchem głowy odrzuca sploty jasnych włosów i energicznie schodzi w uliczkę. Nic już jej nie obchodzi. Dla niej nie ma „dzisiaj” – jest tylko „domani”. Więc ja też powtarzam: do jutra.

I wracam. Wiem, że to absurd. Jednak wracam. Południe jest blisko. Tym razem jestem po drugiej stronie placu przed bazyliką, w kawiarni Quadriego. Zapomniałem usiąść jak najbliżej krawędzi cienia wieży, wysokiej, smukłej campanile, i słońce wkrótce uderza raz po razie. W ogniu światła jest po chwili cały stolik i to, co na nim błyszczy: szkło szklanki i butelki po mineralnej, posrebrzana cukiernica, porcelanowa, biała filiżanka – teraz jak nieużyteczne znaki trwania, co przepowiada… I nie zapytam siebie, co?… Nie. Przymykam oczy, chociaż – myślę – jest tylko to, co widzę. I nie ruszam się. Nie ruszam. Przypomniał mi się cytat z poezji Gabriela D’Annunzio, do którego odwołała się w swoim wprowadzeniu do ekspozycji Rosmarie Trockel: „Wenecja… MIASTO ŻYCIA”. Powtarzam sobie te słowa z całą siłą, która nagle we mnie jest, jakby na przekór nieruchomego mego ciała przy tym stoliku, tego wszystkiego, co mogłoby się takim wydawać teraz i za sto lat. I za tysiąc.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.